Radosna nowina o Bogu, dla którego nic, co ludzkie, nie jest obce


Znak Dziecięcia

Ks. Tomáš Halík



Człowieczeństwo jest mostem, po którym kroczy Bóg – mówi wieść bożonarodzeniowa. Przyjąć swój ludzki los jako dar i posłannictwo, troszczyć się o swoje człowieczeństwo i rozwijać je – oto droga, którą człowiek zmierza ku Bogu, i to nawet wtedy, gdy o Nim nie wie albo sądzi, że nie może w Niego wierzyć.


Adwent właśnie się kończy. Czy w ogóle był jakiś adwent? Ten błogosławiony czas cichutkiego zbliżania się Bożego Narodzenia, czas postu, radosnego oczekiwania, wewnętrznego uspokojenia i refleksyjnego przygotowania... Czy można ten czas obronić i zachować nawet wtedy, gdy otaczający świat już od połowy listopada natrętnie i hałaśliwie narzuca nam świadomość nadchodzących świąt poprzez blichtr wystaw sklepowych i karuzelę reklam? Ale czym jest Boże Narodzenie bez Adwentu? Czym jest słowo bez ciszy?
W starożytnym Rzymie chrześcijanie zaczęli obchodzić „przyjście Pana” w reakcji na ustanowienie święta państwowego, które prastarym obchodom zimowego przesilenia dnia z nocą miało dać nową, religijno-
-polityczną szatę, miało służyć kultowi cesarza, upodabnianego do boskiego Słońca. Od tego państwowego święta rzymskiego chrześcijanie demonstracyjnie się odwrócili i zaczęli uroczyście obchodzić Boże Narodzenie. W ten sposób owych kilka zimowych dni naznaczonych zostało duchem i sensem, z którym po stuleciach możemy się spotkać również i my – wszelako tylko wtedy, jeśli starczy nam odwagi odwrócić się od tego, co z kolei dzisiaj prezentuje nam siebie jako boskie Słońce, wokół którego powinniśmy się obracać. Pierwotny duch świąt Bożego Narodzenia nie leży w płaszczyźnie słów mieć i korzystać, lecz być i stawać się. „Słowo stało się ciałem” – oto zdanie, zawierające w sobie chrześcijański sens Bożego Narodzenia. Zrozumienie tego przesłania nie jest rzeczą zupełnie łatwą.
W dzień Bożego Narodzenia można odprawić trzy Msze: o północy, o świcie i w ciągu dnia. Podczas każdej z nich czytany jest inny fragment Ewangelii – każdy nieco inaczej odzwierciedla wydarzenie, o które tu chodzi: że narodził się Zbawiciel, że Słowo stało się ciałem.
Boże Narodzenie, podobnie jak Wielkanoc, kojarzy się z nocą. W nocy oczekiwalibyśmy jakiegoś tekstu bardzo głębokiego, mistycznego. W nocy świat jest głęboki, „głębszy, niż dzień kiedykolwiek sobie pomyślał. Nie wszystko może być w obecności dnia wypowiedziane”, szepcze Nietzsche ustami swego Zaratustry. A tymczasem podczas pasterki przedstawia się nam zadziwiająco prostą, jakby „namacalną” opowieść o tym, jak ubogim ludziom urodziło się dziecko. Jedynie rama tego obrazu jest pozłacana: na początku opowieść zatrąca o wysoki świat możnych i wspaniałych („wyszło rozporządzenie cezara Augusta”), a na koniec daje się słyszeć anielski chór. To, co istotne, opisane jest pośrodku – zwięźle i bez aury cudowności: „Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie”. A dalej tekst mówi: „W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoją trzodą”.
Opowieść rozpoczęła się w sferze wielkiej polityki: całe państwo zostaje wprawione w ruch rozporządzeniem cesarskim; szarzy ludzie, jakimi są Józef i Maria, muszą wyruszyć w drogę ze swego Nazaretu i kończą ją w stajni na skraju przepełnionego przybyszami Betlejem. Ten, który się tam narodził, zapewne nie został ujęty w cesarskim spisie ludności. Ale my czytamy już ten tekst ze świadomością, że nawet rachunki monarchów nie muszą się zgadzać: o cesarzu Auguście większość z nas wie dzisiaj jedynie to, że panował w czasie, kiedy w betlejemskiej stajni narodził się Syn Marii. Historia, która się tu zaczyna, będzie pełna paradoksów; to, co najważniejsze, jest tam zawsze ukryte w rzeczach niepozornych. Pierwszymi, którzy o nowonarodzonym usłyszeli, byli pasterze.
Motyw pasterski rozbrzmi w pełni w Ewangelii Mszy porannej. Pasterze odnajdują „znak”, o którym powiedział im głos z wysokości: jest nim „Dziecię położone w żłobie”. Pasterze opowiadają, co im zostało objawione o tym Dziecięciu i wzbudzają tym podziw. „Lecz Maria zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu”.
Do pasterzy dojdą potem magoi, mędrcy; legenda dodaje: mędrcy królewscy. Tak więc prości i ubodzy staną obok mądrych i dostojnych; pośrodku jest Dziecię, tronujące na łonie Marii – tak to znamy z niezliczonych przedstawień, od ludowych szopek po płótna wielkich mistrzów. W tę scenę wpleciony jest osobliwy diagram wiary. Mądrość i prostota stanowią dwa bieguny – niezbyt od siebie odległe, przede wszystkim zaś jednakowo bliskie tajemnicy, która ukrywa się za „znakiem Dziecięcia”. Dopiero nasza „niedouczoność” (raczej niedojrzałość serca niż niedokształcenie myśli) oddaliła się zarówno od mądrości, jak i od prostoty, i wskutek tego jest niezdolna do wiary, która umożliwia obcowanie z tajemnicą.
Najlepiej postępuje wobec tajemnicy ten, kto „to wszystko zachowuje w sercu”. W rozumieniu biblijnym serce nie jest czymś romantycznym i sentymentalnym, jedynie jakimś „siedliskiem uczuć”. Jest to sięgające głęboko sedno naszej istoty, miejsce, gdzie rodzą się nasze uczucia i myśli, intuicje i czyny, gdzie dojrzewają najgłębsze motywy naszych przekonań i dokonań. Jest to głębia, której sami nie mamy we własnej dyspozycji, miejsce, gdzie przekraczamy samych siebie. Miejsce, gdzie przemawia do nas Bóg. Nasze „przekonania”, poglądy i ideologie mieszkają w naszych głowach – tam, gdzie rozwiązujemy problemy i układamy plany; a przecież „wiara” – podobnie jak miłość i nadzieja – to coś całkiem innego. Wiara dotyka tajemnicy, a do tajemnicy rozum nie dorasta: tajemnicę trzeba cierpliwie zachowywać w sercu, pozwolić jej tam wzrastać, jak pod matczynym sercem wzrasta płód. Maria całkiem słusznie ma swoje miejsce w scenie bożonarodzeniowej: „Słowo stało się ciałem” nie tylko dlatego, że takie było odwieczne zrządzenie Boże, ale także dlatego, że ta Dziewczyna miała odwagę wyrzec swoje „tak”. W chrześcijańskiej duchowości Maria uosabia mądrość zaślubioną z pokorą i wiarą, wstępującą z odwagą i nadzieją w nowe, nieznane i niesłychane możliwości. Maria „uwierzyła, że u Boga nic nie jest niemożliwe”.
Trzecia Msza odprawiana jest w ciągu dnia. Czyta się podczas niej hymn rozpoczynający Ewangelię według Jana. Głównie tym właśnie tekstem chrześcijaństwo wstąpiło jakby po uroczystym moście do centrum myśli antycznej. Znalazło zrozumienie u mędrców, którzy zadawali sobie pytanie o arché, pochodzenie i zasadę sprawczą wszystkich rzeczy – o boskiego Logosa, który sprawia zaistnienie wszelkiej rzeczywistości i odciska na niej pieczęć Bożego ładu. Ale potem przychodzi przełom, który szokuje antyczną duszę: „Słowo stało się ciałem”.
To właśnie jest sednem bożonarodzeniowego przesłania i to właśnie jest sercem chrześcijańskiej nowiny: jeśli Bóg chciał wypowiedzieć siebie w pełni, jeśli chciał oznajmić swoją najgłębszą tajemnicę i podzielić się nią, jeśli chciał dać ludziom swe Słowo, którego nigdy im nie odbierze, to „kształtem” tego Słowa, szczytem Bożej komunikacji z nami było człowieczeństwo. Człowieczeństwo Chrystusa, człowieczeństwo nas wszystkich. To, co betlejemskie Dziecię łączy z nami, to nas łączy z Bogiem. „Co jest wielkiego w człowieku, to to, że jest on mostem, a nie celem”, mówi Zaratustra Nietzschego. Mostem między zwierzęciem a nadczłowiekiem? Człowieczeństwo jest mostem, po którym kroczy Bóg, mówi wieść bożonarodzeniowa; przyjąć swój ludzki los jako dar i posłannictwo, troszczyć się o swoje człowieczeństwo i rozwijać je – oto droga, którą człowiek zmierza ku Bogu, i to nawet wtedy, gdy o Nim nie wie albo sądzi, że nie może w Niego wierzyć. Z wiary w tajemnicę Wcielenia, z bożonarodzeniowej Ewangelii mówiącej o tym, że „Słowo stało się ciałem”, że Syn Boży stał się człowiekiem, wynika, iż każdy człowiek, który traktuje poważnie i szczerze swoje człowieczeństwo (swoje „stawanie się człowiekiem”) i człowieczeństwo innych – ich godność, wartość i prawa – już tym samym jest na drodze do Boga. I to nawet wtedy, gdy swoimi słowami Boga nie nazywa czy wręcz neguje Jego istnienie, mówi jeden z najwybitniejszych katolickich teologów XX wieku, Karl Rahner.
Nie jest więc przypadkiem, że przy liturgii bożonarodzeniowej chrześcijanin spotyka się z „niewierzącym”, i że również ten, kto się od świata chrześcijan sporo oddalił, przynajmniej w czasie Bożego Narodzenia znajduje drogę w ich pobliże. Przecież czyta się wtedy radosną nowinę o Bogu, któremu nic, co ludzkie, nie jest obce.

Ks. Tomáš Halík
Przeł. Juliusz Zychowicz



Autor (ur. 1948) ukończył socjologię, filozofię i psychologię na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Karola oraz teologię na tajnych kursach w Pradze i studiach podyplomowych w Rzymie. Od 1978 r. kapłan Kościoła podziemnego, w latach 1990-93 sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Czech. Obecnie wykłada religioznawstwo na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Karola w Pradze. Obszerną prezentację postaci ks. Tomáša Halíka opublikowaliśmy w numerze 25/2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl