„Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”, mówi przykazanie.
Niedziela w Polsce, kiedyś i dziś


Dzień (bez) troski codziennej

Iwona Hałgas



Człowiek zawsze potrzebował cezury: dnia innego od pozostałych, który rozgranicza codzienność i ma charakter społeczny; w końcu uczestnictwo w nabożeństwach podkreśla także wspólnotowy wymiar człowieka. Dnia, w którym jest czas na wypoczynek i zabawę. W świecie chrześcijańskim dniem takim jest niedziela. Jej charakter na przestrzeni wieków to ciągłość i zmiana: nie tylko w sposobie spędzania tego dnia, także w strojach, nawet potrawach. Niedziela – to „punkt widokowy”, z którego oglądać można życie społeczeństw. Także polskiego.


Kiedyś rytm niedzieli wyznaczały nabożeństwa w miejscowym kościele, a człowiek podporządkowywał się temu rytmowi. Dziś jest inaczej. Czy przetrwa w Polsce niedziela jako „dzień święty”, kształtowany przez tradycję chrześcijańską, nawet jeśli już nie w wymiarze religijnym, to kulturowym, jako kontrapunkt do powszechnego przyspieszenia życia i indywidualizacji?

Weekend zamiast niedzieli 
W Polsce, jak wynika z badań CBOS, w dni wolne od pracy dwie piąte Polaków najczęściej zajmuje się domem i dziećmi, a taka sama liczba wykonuje zaległe prace domowe. Co piąty odsypia miniony tydzień, a 14 proc. (badani mogli wybrać trzy odpowiedzi) naprawia coś w mieszkaniu. „Niedziela jest obecnie jedynie elementem weekendu, jego ostatnim dniem – mówi prof. Elżbieta Tarkowska z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. – Tak dzielimy tydzień, zapominając o sakralnym charakterze tego dnia”. 
Niedziela – pryzmat, przez który można oglądać dzieje społeczeństw, uległ deprecjacji. Socjolodzy mówią o „szarzeniu” kalendarza, kiedyś wyraźnie znaczonego niedzielami i świętami kościelnymi. Wprowadzanie w kolejnych krajach Europy wolnej od pracy soboty (w Polsce od początku lat 80.) sprawiło, że „dzień świąteczny” nie tylko się rozszerzył, ale także „rozmył”. Sobota zlewa się z niedzielą, a oba dni najczęściej określa się mianem weekendu.
Niedziela nie jest wcale ulubionym dniem Polaków: najbardziej lubimy piątek, dzień rozpoczynający koniec tygodnia. „Dzień święty” świąteczny jest często już tylko w połowie: niedzielny obiad oznacza przejście do zajęć codziennych czy pracy. 
„Jest dzisiaj przyjęte, że telefony zawodowe w niedzielę po południu już uchodzą – mówi prof. Tarkowska. – Podobne zjawisko obserwowałam podczas pobytu w Yale w USA, gdzie biblioteki najkrócej były czynne w sobotę, bo tylko do 16, ale już w niedzielę od południa do północy, jak w zwykłe dni tygodnia”. 
Przyczyn deprecjacji niedzieli należy upatrywać również w zamazaniu, niegdyś wyraźnego, podziału na czas pracy i czas wolny. „Dziś w wielu zawodach, choćby w pracy pracownika reklamy, uniwersytetu czy wolnych zawodów nie ma przestrzennego ograniczenia między pracą a czasem dla siebie – podkreśla Tarkowska. – To wpływa także na sposób spędzania niedzieli, bo wiele osób niedzielne popołudnie wykorzystuje na pracę w domu. Kiedyś nie do pomyślenia było pracować np. w polu”. 

Niedziela: dzień targowy
„Szarzenie” czasu – to także wynik odchodzenia od zbiorowych rytuałów, wyznaczających życie człowieka przez stulecia. Dziś dzień świąteczny kształtowany jest przede wszystkim przez jednostkę. Choć człowiek, wyrwany na kilkadziesiąt godzin z codziennej „rutyny” nie zawsze radzi sobie z tym „darem wolności”: z badań niemieckich socjologów wynika, że 70 proc. par kłóci się w niedziele o wiele intensywniej niż w pozostałe dni tygodnia. „Podobnie jest w Polsce – komentuje prof. Tarkowska. – Zapracowani ludzie na co dzień kontaktują się głównie w sprawach praktycznych. Gdy przychodzi niedziela, wypływają problemy lub okazuje się, że nie umiemy ze sobą rozmawiać i zagospodarować sobie wolnego dnia”. 
W Polsce, gdzie w ciągu minionych 13 lat liczba chodzących do kościoła pozostała niemal niezmienna (poza młodzieżą: w tej grupie widać spadek), badacze zbiorowych rytuałów mogą się zastanawiać, jak fakt ten łączy się z niedzielną zbiorową konsumpcją: bywa, że rytm napływu klientów do supermarketów, czasem czynnych 24 godziny na dobę, odpowiada rytmom Mszy. Czyli: do kościoła, a potem na zakupy, „rodzinną wycieczką”.
Niedzielne tłumy w supermarketach mogą nasuwać wniosek, że dla sporej liczby Polaków trzecie przykazanie Dekalogu traci obligujący charakter. 75 proc. badanych nie ma nic przeciw temu, że ktoś w „dzień święty” robi zakupy – i właśnie w sobotę i niedzielę handlowcy notują największe obroty. 
„Zakupy, które kiedyś, w PRL, były udręką i męczącym obowiązkiem domowym, dziś przy pełnych półkach i istnieniu centrów handlowych stały się formą miłego spędzania czasu, mają charakter nie tylko instrumentalny ale, podobnie jak kino, są rozrywką. Tylko tańszą, więc dostępną większej ilości osób” – mówi prof. Tarkowska.
Prawie dwie trzecie Polaków nie ma także nic przeciw – podejmowanej dobrowolnie – pracy zarobkowej lub dorabianiu w niedzielę. Ponad połowa z wyrozumiałością odnosi się do tego, gdy ktoś w sensie dosłownym nie święci „dnia świętego” i nie uczestniczy w niedzielnym nabożeństwie. 
Kościół wychodzi naprzeciw nowej sytuacji: udział w Mszy w sobotni wieczór „zalicza” się jako świętowanie Dnia Pańskiego. A przecież 96 proc. polskiego społeczeństwa to, zgodnie z deklaracjami, wierzący katolicy, wśród których liczba systematycznie uczestniczących w niedzielnej Mszy nadal kształtuje się na poziomie 58 proc.

Beztroska i bezczynność
Historia chrześcijańskiej niedzieli nie zaczęła się w 321 r. naszej ery, gdy rzymski cesarz Konstantyn otoczył ją prawną ochroną, zakazując wykonywania wszelkiej pracy poza rolniczą. Już w I wieku ówcześni chrześcijanie wspominali w ten dzień – pierwotnie drugi, poświęcony bogu słońca dzień w siedmiodniowym tygodniu, jaki funkcjonował już w starożytnym Babilonie – zmartwychwstanie Chrystusa i zwoływali zebrania gmin, celebrując Eucharystię. Dla pierwszych chrześcijan nie było jednak oczywiste, że jest on wolny od pracy. Chrześcijańska niedziela – taka, jaką znamy dziś – narodziła się dopiero na synodzie w Agde (506 r.), który dokonał pozytywnej interpretacji niedzielnej bezczynności.
Cykl niedzielny wprowadzony przez chrześcijaństwo nie nałożył się na żadne ze świąt pogańskich – jak było to np. w przypadku Bożego Narodzenia, wyznaczonego w III w. na dzień Słońca Niezwyciężonego, czczonego od V w. przed Chrystusem. Nałożyła się natomiast sama idea i pojęcie święta: zarówno „święto”, jak i „świętowanie” pochodzą od rdzenia „svet”, który w słowiańskim oznaczał „moc” (słowiański bożek Światowid to nie bóg, który ogląda świat, ale włodarz mocy). 
Świętowanie – ono przenosi człowieka w obszar czasu mitycznego, nie przemijającego. „W krótkim, tygodniowym cyklu niedziela jest powrotem do aktu stworzenia świata, do prapoczątku. I choć tydzień jest jedyną miarą czasu, nie związaną z rytmem natury, w odróżnieniu od roku, miesiąca, doby, Dzień Pański dobrze wpisał się w odwieczny zwyczaj świętowania” – mówi prof. Włodzimierz Pawluczuk z Instytutu Religioznawstwa UJ.
Od strony praktycznej niedziela była dniem, w którym obowiązywał zakaz jakichkolwiek czynności interesownych, zawieszenie trosk i przejście do czasu bycia w świątyni i liturgii. Jednak w historii chrześcijańskiej Europy różnie bywało z przestrzeganiem świętości niedzieli – także w średniowieczu, gdy chrześcijaństwo określało strukturę życia społecznego, a dźwięk dzwonów w najmniejszych wsiach wyznaczał rytm życia. Legenda o tyrolskiej dziewczynie imieniem Notburga, żyjącej na przełomie XIII i XIV w. opowiada, jak ta prosta służąca sprzeciwiła się swemu panu, gdy próbował zatrzymać ją w polu, choć dzwony kościelne wybiły już koniec sobotniego dnia roboczego: Notburga wezwała Boga na świadka i rzuciła swój sierp w niebo tak wysoko, że zawisł na promieniu słonecznym; w tym regionie chłopsko-rolniczego Tyrolu lud traktował Notburgę – ogłoszoną świętą, jako patronkę dni świątecznych.

Fajrant i czas święty
Do XIX w. istniał jedynie podział na czas powszedni i czas święty. Nie było czasu wolnego, którego pojawienie się należy wiązać z powstaniem fabryk i zbiorowisk robotniczych, z wprowadzeniem limitowanego czasu pracy. „W średniowieczu i kilku kolejnych wiekach w zagrodzie chłopskiej nie było czasu wolnego, nikt nie mówił wieczorem: fajrant. Produkcja była związana z rodziną, a praca, jak np. wieczornice przy kołowrotku, miała wymiar nie tylko praktyczny. Czas wolny zabił czas święty. Trudno mówić o sakralnym charakterze niedzieli spędzanej przed telewizorem, jak to robi większość Polaków” – mówi prof. Pawluczuk.
W kulturach ludowych i dworskich, w jakich ludzie żyli do XIX w., obok uczestnictwa we Mszy istotny był też fakt istnienia wspólnoty świętującej. „Ludzie gromadzili się, by rozmawiać o tym, kto zmarł, kto się narodził, kto gdzie żyje. To były inne rozmowy niż te dotyczące spraw praktycznych, inny był nawet sposób mówienia, zdania bez początku i końca, często ich równoważniki, niedokończone wątki. Najdłużej ta umiejętność świętowania, w sensie obecności w Micie, przetrwała na Huculszczyźnie” – wspomina z nostalgią Pawluczuk. 
Realizowała się również w samym sposobie uczestnictwa w nabożeństwie, odmiennym dla obszarów kultury chrześcijaństwa łacińskiego i greckokatolickiego. „Do kościoła szło się szybko, na określoną godzinę i równie szybko, po zakończeniu Mszy, wracało – podkreśla prof. Pawluczuk. – Do cerkwi ludzie schodzili się powoli. Nabożeństwo, trwające 3-4 godziny nie miało początku ani końca, ludzie schodzili się w jego trakcie. Siadali przed ołtarzem, w grupach, toczyły się ciche rozmowy, plotki rodzinne i obyczajowe. Dopiero gdy dzwon bił na Ojcze Nasz, podczas kazania i wyznania wiary, wszyscy milkli. A potem znów toczyły się rozmowy, ktoś tymczasem wychodził, nabożeństwo trwało do nocy. Po jego zakończeniu ludzie spotykali się z rodziną, szli do karczmy. Całość dnia była takim ludowym sacrum”.
„Dziś niedziela i święto jest kwestią kultury, nie metafizyki – dodaje profesor. – Większość uczestniczących w Mszy robi to ze względu na przekonania kulturowe, a nie metafizyczne, bo przecież spośród 96 proc. wierzących tylko kilkanaście procent wierzy głęboko. Kiedyś kultura i codzienność były przesycone mitem. Nawet sposób ustawienia stołu i siedzenia przy nim, sposób, w jaki kładło się chleb na stole: gdy położyłem go odwrotnie, dostawałem po łapach, bo to grzech. Podobnie jak grzechem było ustawienie się tyłem do dzieży, siedzenie na stole, czy bicie kijem w ziemię, bo ziemię to bolało, była święta. Dziś tego mitu nie odnajduję nigdzie”.

Nieobyczajna szlachecka
„W Polsce szlacheckiej w niedzielnej obyczajowości ścierały się dwie tendencje: pragnienie Kościoła, by zabudowywać wolny czas przez udział w nabożeństwach, procesjach, w dodatkowych formach pobożności oraz naturalne dążenie ludzi do rozrywki” – podkreśla prof. Janusz Tazbir, historyk z PAN. I choć Skarga napominał, „że się w ten dzień nic działać i robić nie godzi”, władze kościelne tolerowały nieobyczajne w ich przekonaniu formy rozrywki świeckiej. 
„Kościół gorszył się niedzielnymi obyczajami szlachty: grami hazardowymi, pijaństwem, tańcami. Choć zachowywał też zdrowy rozsądek mając świadomość, że trudno »wolnemu stanowi szlacheckiemu« czegokolwiek zakazywać – twierdzi Tazbir. – Stąd przymykanie oka na zwyczaje szlachty i próby kompromisu”. Kompromisem było np. różnicowanie przez kaznodziejów tańców na obyczajne i nieobyczajne czy akceptacja konsumpcji alkoholu w ograniczonych dawkach (tzw. kubek św. Jana), a także kazuistyczne usprawiedliwianie prac niedzielnych. 
W XVII w. luterański postyllograf Adam Gdacjusz pisał, iż lepiej już w dzień świąteczny pracować na roli lub „inne gospodarskie roboty wykonywać, niżeli tańcować”. Ostatecznie jednak zarówno protestanccy, jak i katoliccy kaznodzieje musieli uznać formy rozrywki, a Gdacjusz w kilka lat później przekonywał, iż „uczciwy taniec może być dozwolony”. 
Niezależnie jednak od stosunku szlachty do Kościoła, nieraz zabarwionego antyklerykalizmem, obecność na niedzielnej Mszy była centralnym wydarzeniem, nie tylko religijnym, ale i społecznym: stanowiła okazję do podkreślenia swego miejsca w strukturze społecznej (jeszcze Ślimak z „Placówki” Prusa, gdy zarobi na dostawach kolejowych, pcha się bliżej ołtarza). Kazanie zaś było wówczas przeglądem wydarzeń ze świata. „W kazaniach pojawia się też to, co bym nazwał kącikiem mody niewieściej – mówi prof. Tazbir. – Księża zwracali uwagę na zmiany w modzie i je piętnowali: im szerszy dekolt, tym szerzej otwarte bramy piekielne. Ale to także przez ambonę przychodzą wiadomości o odkryciach geograficznych, a mapa świata staje się mapą misyjnych osiągnięć Kościoła; z ambony chłopi dowiadują się, że istnieją ludzie o innym kolorze skóry”. 
Do niedzielnej obyczajowości w dawnej Polsce należy również wizyta w prowadzonej przez Żyda karczmie. Tej rozrywce oddawała się drobna szlachta i chłopi; szlachta zamożniejsza bawiła u sąsiadów. „Karczma do XIX w. pozostaje rodzajem empiku, klubu towarzyskiego, w którym koncentruje się życie towarzyskie wsi, podlewane alkoholem. Nie do przecenienia jest fakt, że to w karczmie alkohol można było dostać również w niedzielę i na kredyt” – mówi prof. Tazbir. Ale, z drugiej strony, jeszcze w Dwudziestoleciu międzywojennym Żydzi narażali się Kościołowi i nie tylko jemu, handlując potajemnie w niedzielę: do sklepików żydowskich klientów wpuszczano wtedy tylnym wejściem. „Stanowiło to źródło dochodów dla miejscowej policji. W małych miasteczkach, sam to pamiętam, gdy policjant się żenił, to chodził do kupców żydowskich i przedstawiał żonę, która mogła brać do swego użytku towary. Woleli płacić taki haracz niż karę, jaką mógł nałożyć policjant za handel w niedzielę” – wspomina prof. Tazbir.

Zamiast czarownic – intermedia
W Polsce szlacheckiej, w odróżnieniu od krajów protestanckich, niedziela aż do XVIII w. nigdy nie była synonimem „nudy”. Kościół nie nakazywał, by Dzień Pański przeznaczać jedynie na indywidualne studiowanie Pisma, mając świadomość, że umiejętność czytania to rzecz rzadka. Dlatego wyznawana np. przez jezuitów zasada „przez oczy do duszy” wywierała wpływ na obyczajowość niedzielną: nabożeństwom towarzyszyły procesje, inscenizowane widowiska oparte na Starym Testamencie (tzw. intermedia) czy ruchome szopki. „Ilość rozrywek była wówczas ograniczona. Palenie czarownic, na które wynajmowano okna, zdarzało się rzadko, stąd na jezuickie przedstawienia przychodzili także protestanci” – podkreśla prof. Tazbir. 
O ile na Zachodzie Europy tworzyła się formacja protestancka, która odcisnęła piętno na sposobie spędzania wolnego czasu, o tyle protestanci w Polsce prowadzili podobny tryb życia co katolicy. Wystawność przyjęć i strojów, choć krytykowana przez Kościół, ubolewający nad wystawnością życia szlachty, nie była jednak ograniczana przepisami określającymi np. ilość potraw, które mogły być podane na weselu, jak to miało miejsce w krajach protestanckich. „Polscy protestanci często uznawali wstawiennictwo świętych. Do Częstochowy pielgrzymowały zwłaszcza kobiety, które nie mogły doczekać się dzieci. Co nie znaczy, że zmieniały wiarę: traktowały to raczej jako zabiegi magiczne” – dodaje prof. Tazbir. 
Wpływ Kościoła na niedzielne obyczaje szlachty był ograniczony. Większy był natomiast wpływ zwyczajów szlacheckich na duchowieństwo: można mówić o sarmatyzacji katolicyzmu. W II połowie XVII w. przełożeni jezuitów, zakonu słynącego z dyscypliny, przestrzegali, by zakonnicy unikali bywania na bankietach szlacheckich, a jeśli już, to by chodzili w dwóch, by jeden drugiego pilnował. „Zakon mający temperować i chrystianizować szlacheckie obyczaje sam często im ulegał lub naginał do nich zasady. Patrząc na jego działalność można powiedzieć, iż była ona podporządkowana zasadzie wielkiego kompromisu” – stwierdza prof. Tazbir.

„Życie me jest niedzielą”
Pojęcie „nudy niedzielnej”, funkcjonujące w krajach protestanckich już w XVII w., w Polsce pojawia się dopiero w okresie Oświecenia. Być może przyczynia się do tego likwidacja jezuitów, zakonu dbającego jak żaden inny o uatrakcyjnianie nabożeństw widowiskami. Likwidacja Towarzystwa Jezusowego, podobnie jak inne reformy oświeceniowe, zmniejsza atrakcyjność katolicyzmu; gdy biskup poznański Teodor Czartoryski zakazuje urządzania ruchomych szopek, frekwencja w kościele maleje. Na barwności nierzadko traci niedzielne kazanie. 
Mimo oświeceniowych reform, prowincja żyje nadal dawnym rytmem, a niedzielna Msza należy do jego najważniejszych i niezmiennych rytuałów. Jeszcze Wańkowicz w „Szczenięcych latach” opisywał niedzielny wyjazd dziedzica do kościoła i jego stałe elementy: wkładanie świątecznego stroju, przejazd bryczką przez wieś, witanie się z proboszczem, rozmowy z sąsiadami na dziedzińcu kościelnym, a w drodze powrotnej z prostym ludem.
Niewiele zmienia się także sposób spędzania niedzieli przez chłopów. Ten jedyny, wolny od pracy dzień pozostaje dla nich specjalnym świętem. Spędzają go nie tylko tradycyjnie w kościele i karczmie, ale też, co światlejsi, przy lekturze powstających w XIX w. pism ludowych. 
Na nudę i smutek tego dnia narzekają za to artyści. Leopold Staff pisał o niedzieli: „Morderczyni okrutna nadziei”, nazywając ją „obnażycielką pustki” i „stręczycielką nudy”. Wcześniej Słowacki skarżył się w liście do matki: „Bo cóż ja będę robił dalej? Zawsze i wiecznie nic nie robiąc? Życie moje jest ciągle trwającą niedzielą.” W innym liście, dotyczącym być może niedzieli, Słowacki pisze: „Byłem w Hotelu Lambert i jak zwykle Mickiewicz improwizował, a Szopen grał. Nudno było niesamowicie”. 
My dziś dużo byśmy dali za takie „nudne” niedzielne popołudnie... 

Walka z niedzielą
W czasach nowożytnych pierwszą poważną próbę „odgórnej” – i motywowanej ideologicznie – dechrystianizacji niedzieli podjęła Rewolucja Francuska: na fali walki z religią i Kościołem, rewolucjoniści – skracający o głowę na gilotynie także duchownych, którzy nie chcieli podporządkować się republice – wprowadzili w 1792 r. obowiązkowo nowy kalendarz, w tym także nowy, 10-dniowy tydzień, zwany „dekadą”. Projekt utrzymał się jednak tylko przez 12 lat – i upadł, tak jak upadła Francja republikańska, zaanektowana przez Napoleona.
Niedziela przetrwała też oba XX-wieczne totalitaryzmy, które prowadziły kampanię na rzecz jej dechrystianizacji i desakralizacji. Zdecydowaną walkę chrześcijańskiej niedzieli wypowiedziały bowiem obie dyktatury: brunatna i czerwona. 
W III Rzeszy Hitler-Jugend i Związek Dziewcząt Niemieckich organizowały zbiórki w niedzielne poranki, by odciągnąć dzieci od zwykle przedpołudniowych nabożeństw dla młodzieży. Zawłaszczanie niedzieli sięgnęło nawet kuchni: propaganda nawoływała, by – w imię oszczędzania na „narodowosocjalistyczną pomoc zimową dla ubogich” – tego dnia wszystkiego rodziny jadły obiad jednodaniowy (Eintopf, gotowany w jednym garnku), tak jak jada Adolf Hitler. Plakat z jesieni 1933 głosił: „Am Sonntag mit dem Führer Eintopf!” (W niedzielę jemy obiad tylko z jednego garnka, tak jak Führer!). 
Także w ZSRR i innych krajach komunistycznych trwała kampania na rzecz dechrystianizacji niedzieli, będąc funkcją eliminowania religii z życia społecznego. Z różną intensywnością: większą w ZSRR albo w NRD – gdzie niedziela miała być dniem świątecznym, ale „socjalistycznym” – a mniejszą w PRL (poza okresem stalinizmu). 

Dzień patriotyzmu i mięsa
W czasach PRL niedziela była więc świętem nie tylko Kościoła, ale i patriotyzmu: jego wyrazem był udział w Mszach, a liczba praktykujących niemal przekraczała liczbę wierzących. Komuniści natomiast usiłowali promować świecką obyczajowość, zastępować święta ku czci patronów np. świętem górnika, chrzest obrzędem zgłaszania narodzin, a śluby kościelne – cywilnymi w tzw. pałacach ślubów, na które przeznaczano atrakcyjne budynki. 
Rezultaty były jednak mierne. „Podobnie jak III Rzesza, władze PRL próbowały odciągnąć młodzież od Kościoła organizując w niedzielne poranki zbiórki organizacji młodzieżowych. Ale nie posunęły się do tego, by zakazać procesji Bożego Ciała” – mówi Tazbir. W niedziele komuniści próbowali za to konkurować z Kościołem, pokazując w kinach zamiast filmów radzieckich – filmy zachodnie, których atrakcyjność zależała od wielkości święta kościelnego. 
Do prywatnej zaś niedzielnej obyczajowości w PRL należał świąteczny obiad, którego obowiązkowym składnikiem musiało być mięso: towar deficytowy i jak wiele innych reglamentowany. „Dziś obowiązkowy niedzielny obiad z mięsem przetrwał w rodzinach najbiedniejszych, których na co dzień nie stać na mięso. Poza tym mięso jest ciągle symbolem dostatku i obfitości” – mówi prof. Tarkowska. 
W porównaniu z epoką PRL-u dziś o wiele rzadziej wychodzimy czy przyjmujemy gości. Mimo szerszej i ciekawszej oferty repertuarowej kin i teatrów – tak wynika z badań socjologów – mniej Polaków bywa na koncertach, wystawach, w teatrze. Niedzielne popołudnia spędzamy częściej przed telewizorem. „Wielu nie stać na nic więcej oprócz telewizora, który nic nie kosztuje. Stąd dla wielu sposobem spędzenia niedzieli jest życie rodzinne przed telewizorem, bo na towarzyskie nie mają pieniędzy” – podkreśla prof. Tarkowska. 
W PRL-u telewizor jednoczył w jednym pokoju nie tylko rodzinę, ale też (w latach 60.) sąsiadów. Dziś telewizja jedynie skupia ludzi w domu, ale nie integruje. Bywa, że każdy członek rodziny ma własny odbiornik, przy którym spędza popołudnie.

Inna, ale wyjątkowa
„Niedziela to dzień, który ma być poświęcony Bogu – podkreśla religioznawca prof. Pawluczuk. – Nie chodzi tylko o chrześcijańskiego Boga, bo przecież w każdej kulturze jest świętowanie, często połączone z oddawaniem czci bóstwu. »Dzień święty« jest jednym ze sposobów bycia. Przeciwstawnym do zatroskania o byt materialny; do tego, co tworzy codzienność. Jest świętowaniem. Weekend, który go wyparł, świętowaniem nie jest, bo nie jest to czas obecności w Micie: nie ma tu odesłania do spraw wiecznych, do Boga, Biblii czy innego Pisma”. 
„Dzisiejsze okaleczone mity – dodaje Pawluczuk – to jedynie »żyć pełnią życia«, »robić karierę«, »odnieść sukces«. Ale w tym wszystkim nie ma już żadnej metafizyki, odwołania do Absolutu”.
Czy przetrwa więc niedziela jako dzień kształtowany przez tradycję chrześcijańską, nawet jeśli nie w wymiarze religijnym, to kulturowym, jako kontrapunkt do powszechnego przyspieszenia i indywidualizacji? Na pewno w ostatnich latach niedziela utraciła wiele ze swej sakralności i dawnego charakteru – mimo, paradoksalnie, pełnych nadal kościołów. Ale dla większości z nas i tak pozostaje dniem wyjątkowym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl