W PRL zima było problemem, którym zajmowały się najwyższe władze,
np. podczas „zimy stulecia” 1962/63


Z frontu walki z mrozem

Jacek Gilarski



Pierwsza wzmianka o braku węgla pojawiła się na początku zimy. Jednak
w warunkach gospodarki centralnie sterowanej, jaką była gospodarka Polski Ludowej, władze długo były bezradne. I choć zima
w końcu ustąpiła, nie można powiedzieć, kto wygrał tę batalię: mróz i śnieg, polityka władz, czy też ofiarność setek zajmujących się transportem zamarzniętego węgla robotników.



14 stycznia 1963 r. był czarnym dniem przemysłu energetycznego w PRL: utrzymujący się od 4 dni deficyt energii w całym kraju osiągnął najwyższy poziom. Ograniczono, a nawet wstrzymano dostawy prądu dla zakładów i odbiorców prywatnych, by zabezpieczyć w ten sposób dopływ mocy do kopalń i hut, gdzie każde wyłączenie wielkich pieców równałoby się ich zniszczeniu. Dwa dni później, 16 stycznia, wiadomo już było, że będące na wyczerpaniu zapasy węgla najważniejszych w kraju elektrowni umożliwią pracę generatorów od zaledwie 12 godzin w Blachowni Śląskiej do 7 dni w Łodzi.
Kryzys nie wybuchł nagle. Przeciwnie: pierwsza wzmianka o braku węgla pojawia się już na początku zimy, 10 grudnia 1962 r., i dotyczy województwa krakowskiego. Tamtejszy Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zawiadamia, „że w powiatach rolniczych występują nadal poważne braki węgla”. Skoro już wówczas występowały, to kiedy się pojawiły? Nie sposób na to odpowiedzieć, można jednak prześledzić proces narastania niedoboru „czarnego złota”, który doprowadził wtedy do rozpaczliwej sytuacji nie tylko w przemyśle hutniczym, ale i w domach milionów Polaków. Można dowiedzieć się, jak ludzie próbowali radzić sobie w kryzysowej sytuacji. Można wreszcie spojrzeć na działania władz.
Dlaczego zabrakło węgla? Po pierwsze, przez niedoskonałość systemu centralnego planowania; przyczyna druga to czynniki naturalne, które można wyjaśnić, stosując prawa fizyki. 
Pierwszą przyczynę ilustruje fragment „Informacji Wydziału Organizacyjnego KC PZPR” z 3 stycznia 1963 r., odnoszący się do województwa bydgoskiego: „Zapotrzebowanie województwa wg norm opałowych wynosi 300 tys. ton w pierwszym rzucie roku opałowego 1962/63. MHW [Ministerstwo Handlu Wewnętrznego] uznało zapotrzebowanie na 274 tys. ton węgla i koksu, natomiast rozdzielnik uwzględniał 206716 ton. Do końca 1962 r. rozdzielnik został wykonany w wysokości 203516 ton. Nie pokryto więc zatwierdzonego zapotrzebowania w wysokości przeszło 70 tys. ton”. Była to sytuacja typowa dla gospodarki sterowanej: ministerstwo nie przyjmuje do wiadomości rzeczywistych potrzeb i zaniża je, po czym, ograniczając nawet tę liczbę, umieszcza w rozdzielniku wielkość jeszcze mniejszą. Efekt: niedostatek kilkudziesięciu tysięcy ton opału w jednym tylko województwie.
Z brakiem węgla borykała się wówczas każda gałąź gospodarki, dla której stanowił on surowiec lub paliwo, od przemysłu farmaceutycznego i chemicznego przez ciepłownie, elektrownie i huty, na kolejach skończywszy. Zimno dało się odczuć w mieszkaniach, szkołach, szpitalach. Gminne Spółdzielnie nie mogły wywiązać się z zawartych z rolnikami umów o dostawy opału w ramach kontraktacji żywca; podobnie było w zakładach pracy, gdzie robotnicy zamówili przysługujący im tzw. węgiel deputatowy. 
Niezadowolenie rosło, Komitety Wojewódzkie PZPR informowały o ekscesach, próbach kradzieży czy wymuszenia węgla na wsi od pracowników Gminnych Spółdzielni (zwykle nieudanych, bo w składach i tak go nie było). Chłopi grozili, że nie zawrą kolejnych umów o dostawy żywca, robotnicy grozili strajkami. Szczególna frustracja ogarniała tych, którzy widzieli... hałdy węgla obok kopalń. Pytano: skoro został wydobyty, czemu nie ma go w składach i przedsiębiorstwach?
Na odpowiedź, której wtedy nikt nie udzieliłby publicznie, składa się kilka elementów. Po pierwsze, MHW nie uwzględniło realnych potrzeb ludzi i przemysłu. Po drugie, kiedy węgiel się skończył, nie można było go dowieźć tam, gdzie był potrzebny. Czemu? Odpowiedzią są prawa przyrody: ówcześnie stosowana technologia wydobycia i przygotowania transportu węgla przewidywała konieczność płukania go wodą przed załadowaniem na wagony. Przy temperaturze grubo poniżej zera (najniższa temperatura tamtej zimy to -32°C) woda z węglem zamarzały – i tak wiezione były do odbiorcy. Kiedy na miejscu chciano wagony rozładować, okazywało się, że zamiast materiału sypkiego znajduje się skamieniała masa. Przy próbach jej rozbicia pękały szczęki czerpaków. Wagony podgrzewano, wprawiano w wibrację przy pomocy uderzeń, kuto węgiel kilofami – bez skutku. Także transport nie odbywał się bez problemów: zamarzały zwrotnice, pękały kotły parowozów i szyny, rozrywały się zaczepy wagonów, w czasie odwilży zaś rozmiękały nasypy kolejowe. W takich warunkach zmniejszała się liczba dostępnych wagonów: w samym porcie gdyńskim stało, czekając na rozładunek półtora tysiąca węglarek. Liczba odwołanych pociągów towarowych szła w setki.
A zwykli ludzie? Oni marzli w domach do tego stopnia, że matki przyprowadzały dzieci do budynków administracji rządowej, by tam je ogrzać. Nie zawsze z powodzeniem: wkrótce władze podjęły decyzję o obniżeniu temperatury w swych siedzibach lub nawet o wstrzymaniu dostaw węgla do budynków użyteczności publicznej.
Co jeszcze władza zrobiła, poza tą ofiarną decyzją o marznięciu wraz z ludem? 
Pierwsze inicjatywy pojawiły się w kilku Komitetach Wojewódzkich (KW): powołano komisje ds. opału, upoważnione do kontrolowania wszelkich zapasów węgla i koksu, jakimi dysponowały zakłady i do rozdzielenia opału według potrzeb. Zalecono przedsiębiorstwom elastyczną gospodarkę węglem, wzajemną pomoc i pożyczanie sobie opału. Dyrekcje kilku zakładów na Śląsku poszły dalej: kiedy robotnicy żądali dostaw węgla deputatowego, dyrektorzy powoływali (prawda, że czasem także na wniosek zainteresowanych) społeczne komisje opałowe, które chodząc po domach ustalały potrzeby ludzi i rozdzielały węgiel.
Poza tym w Komitetach debatowano, jak poprawić sytuację i zgłaszano wnioski, po spełnieniu których kryzys miał zostać zażegnany. Właściwie były to hasła, mające pokazać ludziom, że partia działa. Bo jak inaczej zinterpretować takie oto pobożne życzenia, jak: sprawne działanie zakładów, współdziałanie pracowników kilku zakładów w celu szybkiego rozładunku towarów, wyposażenie w ciepłą odzież, ciepłe napoje i posiłki robotników pracujących na wolnym powietrzu, dostarczenie zapasów opału do szkół i szpitali, zapewnienie prawidłowego ogrzewania w miejskiej komunikacji, utrzymanie przejezdności dróg itp.
Niestety fakt, że najlepszym sposobem rozwiązania problemu jest rozwiązanie problemu nie gwarantował poprawy. Władze zdawały sobie z tego sprawę, podjęły bowiem szeroką akcję wyjaśniania i tłumaczenia. Zaprzęgnięto do tego nie tylko telewizję czy organizacje PZPR w terenie, ale także organ prasowy partii: „Trybunę Ludu”. Jej dziennikarze odwiedzali kopalnie i elektrociepłownie. Ukuto hasło „frontu walki z mrozem” – i eksploatowano kilka tygodni.
Gdy sytuacja staje się najcięższa, na łamach „Trybuny Ludu” (z 17 grudnia 1963 r.) wydrukowany zostaje obszerny wywiad z przewodniczącym Komisji Planowania przy Radzie Ministrów towarzyszem Stefanem Jędrychowskim. Przyczyny kryzysu, jakie przedstawił, podobnie jak projekty przezwyciężenia sytuacji nie odbiegały od tych przyjętych na partyjnych posiedzeniach. Towarzysz Jędrychowski podał też, że starając się pomóc krajowi w walce z zimą górnicy wydobyli o milion ton węgla więcej niż wymagał plan. W zamierzeniu Przewodniczącego wypowiedź ta miała uspokoić nastroje wśród zmarzniętych Polaków; trudno powiedzieć, czy odniosła skutek. Symptomatyczne jednak, że władza znów wystosowała do ludzi przekaz: wiemy o kłopotach i działamy – wszelkie strajki i ekscesy są niepotrzebne.
A nastroje były fatalne. Informacja Wydziału Organizacyjnego KC PZPR o niedoborze opału (sporządzona wiele miesięcy później, w grudniu 1963) omawia reakcje społeczeństwa na miniony kryzys. Jak więc obywatele wyjaśniali sobie „węglowy problem”? Cóż, jedyne zrozumienie, jakie wykazali, przeznaczone było dla śniegu, nie dla władz. Mówili, że zaopatrzenie winno być dokonane jesienią, a nie dopiero w czasie mrozów. Pojawiły się też pogłoski, że władza wykorzystała pogodę, stwarzającą popyt na węgiel za granicą i tam sprzedawała większość węgla, nie troszcząc się o obywateli. Raport donosi: „Wypowiada się poglądy, że w okresie przedwojennym też były silne mrozy, ale nie było sytuacji, żeby brakło węgla dla potrzeb ludności. (...) Mówią również, że przed wojną bez względu na mrozy nie było sytuacji, żeby zamykać szkoły i niektóre instytucje z powodu braku węgla”.
Ale w końcu partia problem rozwiązała. Przecież zima ustąpiła. 

Jacek Gilarski jest studentem historii Uniwersytetu Warszawskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl