O wszystkim


13 grudnia 

ANDRZEJ DOBOSZ


Po raz pierwszy zdałem sobie z tego sprawę w Heidelbergu, widząc na murze narożnego budynku tabliczkę z napisem „Sedan Platz”. Kraje europejskie, prowadząc wspólną politykę rolną, zachowały pamięć własnych historii, utrwaloną w nazwach placów i ulic. Nie do pomyślenia jest we Francji Plac Sedanu, choć w Paryżu są nie tylko ulice noszące nazwę Rennes czy Marsylii, ale także niewielkiego Sčvres. Daty świąt narodowych są często datami klęsk krajów sąsiednich. Właściwie jedyna wspólna data w całej Europie to 24 grudnia.
W Polsce sprawy są bardziej skomplikowane. Nie można zrozumieć naszej powojennej historii, pomijając powiedzenie Leona Schillera: „Myśmy obalili kapitalizm, myśmy zbudowali socjalizm, myśmy się wyrzucili z teatru”.
Kraje piętnastki przyjmując Polskę do swego grona akurat w piątek 13 grudnia wykazały znaczny brak słuchu, skoro ta data w pamięci Polaków i tak nadal będzie się kojarzyła z całkiem innym wydarzeniem. Owa dwuznaczność została natychmiast wykorzystana. Pan prezydent Kwaśniewski w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” wypowiedział osobliwe zdania: „...to zasługa także tych, którzy otworzyli drzwi Polski do takich przekształceń. Trzeba by zaczynać od generała Wojciecha Jaruzelskiego, dla którego – mam nadzieję – dokonuje się pewien akt istotny: oto 13 grudnia on wybierał mniejsze zło, a dzisiaj – 13 grudnia – my wybieramy większe dobro”.
Otóż – co ważne – 13 grudnia ’81 dokonując swojego wyboru, generał Jaruzelski nie był osamotniony. Dokonali go wraz z nim członkowie jego partii. Ponieważ część z nich ją opuściła, szanse awansu pozostałych jeszcze się zwiększyły. 
Dalej: choć profesor Geremek i pan Leszek Miller, i księża biskupi, i prezydent Kwaśniewski, i moja żona, Andrzej Biernacki, Jakub Karpiński, Anna i Stanisław Tymowie oraz ja uważamy zgodnie, że przystąpienie do Unii leży w interesie Polski, to jednak koniunkcja „my” nie wydaje się w wypowiedzi prezydenta usprawiedliwiona. Chyba że szanowny dżentelmen użył słowa „my” w sensie czysto pickwickowskim. My – to znaczy moja żona i pozostałe osoby dalej wymienione – uważamy, że 13 grudnia wybrano po prostu zło. Musimy jednak przyznać, że wybrano także drugie, mniejsze zło w postaci wyboru daty, co sprawiło, że miliony przyzwoitych ludzi akurat w okresie świąt Bożego Narodzenia trzęsło się z nienawiści. Czy jednak nasze uczucia nie dadzą się usprawiedliwić?
CHWAŁA NA WYSOKOŚCI 
A NA ZIEMI POKÓJ LUDZIOM DOBREJ WOLI
Długa rozmowa z Jerzym Urbanem, którą „Gazeta Wyborcza” zechciała ogłosić na dziesięć dni przed tegoroczną Wigilią, dowodzi jasno, że był on i pozostał człowiekiem złej woli. Znów żałuję, że przed kilku laty widząc go w Paryżu, na placu Odeonu, minąłem go jakby był powietrzem, zamiast czynnie wyrazić mój stosunek.
Chcąc wyjaśnić, co rozumiem przez czynne wyrażenie stosunku do J.U., muszę opowiedzieć historię o piecyku gazowym, generałowej, dwu żołnierzach i majorze żandarmerii.
Pewnego dnia w PRL-u popsuł się piecyk gazowy w łazience generała. Generał kazał przysłać dwóch żołnierzy, by naprawili piecyk. Po jakimś czasie rozjuszona generałowa wezwała telefonicznie żandarmerię wojskową, żądając niezwłocznego aresztowania i usunięcia z jej domu reperatorów.
Oto co usłyszał major żandarmerii podczas przesłuchania:
Piecyk był umieszczony tak wysoko, że nie mogliśmy się do niego dostać, a w wannie nie udało się ustawić drabiny. Musiałem więc wejść do wanny i trzymać kolegę na ramionach. Ponieważ było ciepło, zdjęliśmy nie tylko kurtki mundurowe, ale i koszule. Gdy kolega użył palnika, roztopiony ołów zaczął mi kapać na plecy. Wówczas wyraziłem się mniej więcej tak: Szanowny kolego, czy zechcialbyś uważać. I właśnie słysząc to, pani generałowa bardzo się rozgniewała.












 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl