Mieszaniny


Polski raj

Jan Błoński




Jak nam dobrze wiadomo, polski raj znajduje się na Litwie. Mieści się w okolicach Nowogródka, jak mniemał Mickiewicz, nad brzegami Niemna, gdzieś między Lidą a Grodnem, jak wspominała Orzeszkowa, w Laudzie, zdaniem Sienkiewicza. We wszystkich literaturach pojawiały się takie loci amoeni, miejsca uprzywilejowane, gdzie poetom – i czytelnikom – dobrze byłoby żyć. Przypomnę tylko górną Prowansję, angielski kraj jezior, dolinę Neckaru czy okolice jeziora Silian w Szwecji.
Odkrycie raju jest zwykle zasługą wielkiego poety: zostaje on jednak zagospodarowany przez następców i wchodzi na stałe do mitycznej geografii tej czy innej społeczności. Tak też w Polsce: przypomnę tylko dolinę Issy-Nieważy, okolice Wilna i Suwalszczyznę Miłosza, Konwickiego, Rymkiewicza. Więc nawet w XX wieku wyobraźnia pisarzy nie może obejść się bez historycznej Litwy.
Będę więc starać się odpowiedzieć, dlaczego. Inaczej mówiąc: jakie to literackie wątki domagają się takiej, a nie innej lokalizacji? I jednocześnie: jakie czytelnicze (a więc społeczno-kulturalne) potrzeby zaspokaja ta właśnie lokalizacja szczęścia?
Może ona być całkowicie niezgodna z historycznym doświadczeniem, świadomie przeniesiona w przeszłość czy marzenie. Okolice, które wymieniłem, zostały wszystkie ciężko doświadczone. Ale nie ma to w istocie znaczenia: nie zbieramy dokumentów do historii wydarzeń, ale do historii serca. W szczególności zaś musimy szukać odpowiedzi na zaskakujące pytanie: czemu polskiego raju nie szukano w Polsce? Przecie świadomość odrębności Wielkiego Księstwa Litewskiego nie zrodziła się bynajmniej razem z litewskim nacjonalizmem! Miał ją nie tylko Mickiewicz, także Orzeszkowa czy Miłosz! Trudno będzie chyba tę zagadkę rozwiązać.
Odrzućmy – dla porządku, choć zdecydowanie – hipotezę imperialną. Mit litewski – inaczej niż ukraiński – nie wiązał się nigdy z romantyką walki, a tym bardziej podboju. O co zresztą byłoby walczyć? ,,Ten kraj szczęśliwy, ubogi i ciasny” – pisze w „Epilogu” Mickiewicz. Po stu latach wtóruje mu Bujnicki pisząc o ,,ziemi nieżyznej bławatków i ostów”. Urokiem Litwy jest właśnie ubóstwo, prostota, blade niebo i mgła. Co więcej, ukazana jest ona zawsze w sytuacji zagrożenia. Na „Panu Tadeuszu” kładzie się już cień klęski, w „Nad Niemnem” Korczyńskiemu wymyka się z rąk rodzina i majątek, „Potop” zaś jest – jak wiadomo – określeniem sytuacji politycznej. Tylko wiek Tomasza pozwala mu nie zauważać wojny, która wybuchła nazajutrz po zakończeniu „Kroniki wypadków miłosnych”. Także w „Rozmowach polskich” Rymkiewicza mówi się o ruchu „Solidarności” jak o przegranym powstaniu. Raj jest więc – jakby z założenia – utracony... choć nie przestaje trwać, chociażby w pamięci. Albo też, choć utracony, jest tym właśnie, czego utracić nie można. Jego mieszkańcy są zwykle byłymi kombatantami, zaś w najlepszym razie przyszłymi emigrantami... Kiedy jednak mowa o walce, pisarze odnawiają często stary topos chłopa, przypasującego miecz w chwili niebezpieczeństwa, cywila, który przedzierzga się nagle w rycerza.
Nieobojętny jest także gatunek literacki, z którym kojarzą się litewskie opowieści. Z wyjątkiem Sienkiewicza wszystkie mają – przynajmniej partiami – rysy sielanki. Litwa – przynajmniej polska Litwa – to locus amoenus, otoczony płomieniami apokalipsy, obojętne, czy jej sprawcą jest Napoleon, czy generał Jaruzelski.
Czy jednak Litwa leży istotnie na kresach? Kresowym rycerzem jest Kmicic, awanturnik i hulaka, ale też pochodzi on spod ,,tamtej ściany”, z okolic Orszy. Prawie trzysta kilometrów na wschód – przecie to nie bagatela, nawet dzisiaj! Kiedy przyjeżdża do Wodoktów, gdzie pobierze lekcję przyzwoitości i patriotyzmu, Sienkiewicz nie omieszka zaznaczyć, że do starostwa żmudzkiego wojna jeszcze nie doszła. I daje do zrozumienia, że nie dojdzie, takie tam stare bory i odwieczne obyczaje, których nic nie ruszy.
Litewski raj to nie tyle krajobraz po bitwie (choć można by tak określić „Nad Niemnem”), ile raczej krajobraz obok bitwy. Jakoś Pan Bóg ustrzegł od nieszczęścia... Bo też substancja tego raju jest trudno zniszczalna.
Zobaczymy za chwilę, dlaczego. Tymczasem chciałbym podkreślić, że geografia nie tłumaczy – a przynajmniej nie tłumaczy w pełni – ducha kresów. Duch kresów rodzi się z poczucia zagrożenia. Ale to zagrożenie nie wiąże się z obecnością granicy. Do granicy jest przecież daleko, Polacy siedzą jeszcze i za Dźwińskiem, i pod Orszą, i pod Kijowem. Nawet w „Dolinie Issy” granicy – choć zamkniętej! – nie bierze się poważnie.
Raczej więc to jest ważne, że w pobliskim mieście siedzi obca, rosyjska władza i nawet w Soplicowie kwateruje – chwilowo – batalion wojska. Zagrożeniem nie jest różnica etniczna, religijna, kulturalna czy Bóg wie jaka, ale państwo, nie tylko obce, ale w istocie swojej różne, niezrozumiałe. Jest to oczywiście najbardziej widoczne w „Panu Tadeuszu”.
Prowadzę do takiego, trochę paradoksalnego wniosku: Polski raj nie dlatego jest rajem, że jest polski. Raczej dlatego, że jest swojski. Dopowiadam Mickiewiczem:

Ten kraj szczęśliwy, ubogi i ciasny,
Jak świat jest boży, tak on był nasz własny.
Jakże tam wszystko do nas należało,
Jak pomnim wszystko, co nas otaczało,
Od lipy, która koroną wspaniałą
Całej wsi dzieciom użyczała cienie,
Aż do każdego strumienia, kamienia –
Jak każdy kącik ziemi był znajomy
Aż po granicę, po sąsiadów domy!


Granica jest więc tam, gdzie kończą się posiadłości sąsiadów i lipa gromadzi pod swym cieniem wszystkie dzieci wsi! Co z tym ma wspólnego polskość? Polskości nie wyznacza język! (Sędzia mówi do służby po rusku, ale zapytany, czy to służba polska, odpowiedziałby bez wahania, że tak) ani religia („Żyd poczciwy ojczyznę jako Polak kochał”), już prędzej wyznacza stan (szlachcic jest bardziej Polakiem niż chłop), na pewno zaś i przede wszystkim określa styl czy sposób życia. Polska jest wszędzie tam, gdzie żyje się mniej więcej tak, jak nad Niemnem i Issą, pod Wilnem i pod Kiejdanami, i może nawet tak, jak na wakacjach w Suwalszczyźnie... Tam, gdzie są ,,sprzymierzeńcy pewni”:

Bo któż tam mieszkał? Matka, bracia, krewni, 
Sąsiedzi dobrzy!... 


Polska jest federacją sąsiedztwa, swobodnych i równouprawnionych. Tam, gdzie żyje się najbardziej i najzgodniej po sąsiedzku, tam także jest najbardziej Polska. A tak właśnie żyje się na kresach... rodzinnie i wedle starych obyczajów. Dlatego polski raj może sobie kwitnąć na Litwie (w znaczeniu Wielkiego Księstwa Litewskiego). Ten kraj nie jest sercem Polski: etnicznym, językowym, ekonomicznym, politycznym. Przeciwnie nawet: jest ubogi, niewiele waży w politycznych rozgrywkach, mówi rozmaitymi językami i zdradza się swą szczególną polszczyzną; gromadzi Litwinów, Mazowszan, Rusinów, Tatarów, Żydów i Bóg wie kogo. Jest raczej rezerwatem, albo po mickiewiczowsku, matecznikiem polskości rozumianej jako ,,swojskość”. Jest też najbardziej malowniczy, najbardziej wartościowy estetycznie, bo pod wspólnym mianownikiem swojskości skrywa największą rozmaitość ludzkich zachowań; cecha niebłaha dla poety, artysty. 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl