„Symetria” Dariusza Sośnickiego


Świat jako wycinanka kurpiowska

Adam Wiedemann



Sośnicki i Grzebalski, pamiętają Państwo? Dwaj redaktorzy „Nowego Nurtu” wydali jednocześnie (latem 1994 roku) swoje pierwsze zbiory poezji i odtąd przez dłuższy czas ich nazwiska nigdzie nie pojawiały się osobno. „Marlewo” i „Negatyw”, obie te książki (zdecydowanie zresztą różniące się od siebie) do dziś przez większość krytyków uznawane są za szczytowe punkty w dorobku autorów. Nie chodzi teraz o to, że nie podzielam tej opinii (zwłaszcza w przypadku „Negatywu”), lecz o to, co stało się potem.  


Grzebalski w „Ulicy Gnostyckiej” definitywnie „Negatywowi” zaprzeczył, poświęcając się żmudnemu „wywoływaniu” jasnego oblicza rzeczywistości – nowe zaś książki Sośnickiego zdają się (póki co) kontynuacjami, dopowiedzeniami, komentarzami do „Marlewa”. I z jednej strony komentarze te pod każdym względem przerastają swój przedmiot, z drugiej wszak „Marlewo” rozrasta się w nich i krzepnie, ponosi konsekwencje, daje do zrozumienia. Tak było w „Ikarusie”, tak jest i w świeżo wydanej „Symetrii”.
Zacznijmy od notek na okładce (będących, bądź co bądź, pierwszymi kłączami obrastającej książkę „tradycji krytycznej”), znalazły się w nich bowiem nader ciekawe i wysoce symptomatyczne sformułowania: „banalny Poznań” (Karol Maliszewski) i „naiwny świat” (Marian Stala). Naiwny może być obraz Erwina Sówki, ale świat? Czy temu wszystkiemu, co nas otacza, przyznawać możemy walor naiwności albo – nie wiem – przebiegłości?, wyrachowania? I czy istnieją miasta (dzielnice?) bardziej i mniej banalne? Banalna rozmowa o pogodzie dotyczy zawsze banalnej pogody, tak? Długo by dywagować, rzecz jednak w tym, iż Sośnicki (jako poeta) w ogóle takich pytań nie stawia ani też ich nie prowokuje. Nasi krytycy wykazują się tu dość szczególnymi oczekiwaniami wobec świata, chcą, żeby to on sam był widomie wzniosły, istotny, usiany wartościami – tymczasem jak świat światem, nigdy ze światem tego typu nie mieliśmy do czynienia (chyba że w twórczości autorów opiewających wyłącznie królewskie wesela i pogrzeby). Sośnicki, rzeczywiście, przyzwyczaił nas do tego, że opisuje swoje najbliższe otoczenie, dostrzega tzw. drobiazgi i drobiazgowo się z nimi obchodzi. A to dostał gorączki, a to mysz mu wpadła do kubła. Zabawne, prawda?, wiersze o takich rzeczach pisać. Rozbawienie to wynika wszakże z rozpowszechnionej tu i ówdzie teorii, jakoby wiersz miał dotyczyć rzeczy „poetyckich”, a jeśli nie – winien je zaraz „upoetycznić”, zmieniając np. w „koszmar” albo w kolejną wersję „historii Odyseusza i jego towarzyszy” (znowu cytuję Stalę i Maliszewskiego). A więc mysz tak czy owak zostaje wykluczona, jeśli natomiast gorączka, to tylko śmiertelna. Nic z tego, drodzy Panowie, wiersze Sośnickiego naprawdę dotyczą świata, i to wcale nie po to, aby go przekształcać; są – olśniewająco wprost – realistyczne.
Weźmy na przykład drugą część „Inauguracji rundy wiosennej” („Ma na sobie wiatrówkę, / różowe dzwony / i buty z plastiku na wysokim koturnie. // Nie wymawia »r« / i z trudem przepycha powietrze / przez nos z krzywą przegrodą”.), weźmy i porównajmy z bardzo – na pozór – podobnym wierszem Tadeusza Dąbrowskiego (***, inc. jest blondynką): „jej odrosty / mówią że jest sama / od miesiąca // paznokcie / mówią że jest od zawsze / sama”. Bez wątpienia w obu fragmentach mamy do czynienia z opisem jakiejś tam dziewczyny, dla Dąbrowskiego jednak dziewczyna ta jest tekstem i stopniowo „odczytywana” znika nam z pola widzenia, dla Sośnickiego stanowi natomiast fakt, który coraz wyraźniej „wynurza się” nad powierzchnię wiersza. Na tym polega różnica między Sośnickim a całą resztą: jest obserwatorem, nie interpretuje, po prostu potrafi wybrać. 
Wszystkich, rzecz jasna, intryguje tytuł, pierwszy raz bowiem u tego autora nie pojawia się tutaj żaden onomastyczny konkret, lecz pojęcie oderwane, i to – jak by nie patrzeć – z dziedziny estetyki. Sam poeta doradza, by spojrzeć nań „trochę tak... filuternie”, ten wielokropek sporo tutaj mówi, wahanie poprzedzające filuterność to coś wręcz niebywałego. Sośnicki nie jest filologiem i to w jego wierszach było widać. Od samego początku (tj. od „Marlewa”) trudnił się – w szlachetnym tego słowa rozumieniu – rzemieślnictwem, nie starał się burzyć form, lecz je pieczołowicie „wykonywał” (czego rezultatem takie „żmudne fajerwerki” jak „Noc. Sklepik przy pętli”), przy czym dawał się tutaj wyczuć charakterystyczny brak swobody i nieumiejętność spojrzenia na wiersz „od wewnątrz”, niczym w przypadku kopii samolotu wykonanej przez Papuasów. Autor „Ikarusa” prędko jednak zauważył, że ta postawa daje świetne rezultaty – i zaczął ją świadomie pielęgnować. Do sekretów sztuki podchodził już niczym ci chłopcy, którym „też powiedziano i chociaż pytali / o każdy szczegół, nie można powiedzieć, / że zrozumieli”. 
Cały ten wiersz („W kolejce do ksero”) jest tylko z pozoru zabawną opowiastką o utrapieniach czwartoklasistów, w istocie bowiem (zwróćmy uwagę na przemyślną konstrukcję podmiotu) stanowi wyznanie wiary w srebrny głosik, który (jak wiemy z wiersza Tuwima o spóźnionym słowiku) z łatwością można bezpowrotnie utracić. A zatem sztukę pojmować trzeba nie jako umiejętność, techne, lecz jako cenny dar, pozwalający mówić o świecie z pozycji „chłopca”: kogoś, kto jeszcze nie do końca to wszystko zrozumiał. Trzeba też (w związku z tym) jak najpieczołowiciej ochraniać niewinną wiarę w przedustawny porządek, który przez nas przemawia i się uobecnia, a inni niech go sobie nazywają „estetyką głupców”. Teraz jednak – w odróżnieniu od debiutanckiej książki – niewinność tę „uprawia się” z całą filuterną (?) premedytacją.
W programowym wierszu pt. „Jak zostałem zwolennikiem pewnej estetyki” adwersarzem Sośnickiego jest Tadeusz Pióro, twórca arcysymetrycznej „Wycinanki kurpiowskiej” (z tomu „Okęcie”), która zaczyna się tak: „Nasza przyjaźń jest jak piękna teoria. / Świat nie zagraża jej w niczym”. Odżegnującej się od związków ze światem „teorii” Pióry Sośnicki przeciwstawia „szalejący żywioł” symetrii, która jest właśnie cechą „rzeczy tego świata” – a zatem co dla jednego stanowi podkreślenie sztuczności, drugiemu zdaje się czymś jak najbardziej naturalnym. Z jednej strony „wątpliwe jest nawet twe ciało”, z drugiej – „mamy dwie ręce, dwoje oczu, uszu”. W ujęciu Pióry poezja jest czystą konstrukcją, w ujęciu Sośnickiego – odzwierciedleniem głębokiej struktury rzeczywistości. I tak dalej, poprzestańmy wszakże na stwierdzeniu, iż oddając hołd symetrii, Sośnicki korzy się przed tym, co w sztuce i w świecie najbardziej tajemnicze, przed ich samoistnym, równoległym dążeniem do zamykania się w regularnych formach.
Nowy tom poznańskiego poety ma więc charakter tradycyjnie mimetyczny, co nie przeszkadza mu zachwycać nas czystą wirtuozerią słowa (czystą, acz wciąż uwikłaną w autobiograficzne kody i pakty). Te właśnie dwa czynniki pozostają tu w doskonałej symetrii, o czym świadczą zarówno tak popisowe kawałki jak „Chiński zodiak” czy „Targi poznańskie”, jak i utrzymane w zgrzebnych, marlewskich klimatach „Na dachu” i „Z parteru”. Oddając sprawiedliwość „naiwnemu światu” poeta przekonuje nas, iż jest to po prostu „Świat: cały i niepodzielny” (choć czasem bywa brzydki i nawet „banalny”). 


Dariusz Sośnicki, „Symetria”, Legnica 2002, Biuro Literackie Port Legnica.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl