Czy Sąd Najwyższy USA będzie musiał rozstrzygnąć, co znaczy słowo „religia”?


Obelisk sędziego Moore’a, czyli serce Południa

Jan Trzciński z Alabamy (Stany Zjednoczone)



Sędzia Roy Moore ze stanu Alabama postawił w gmachu stanowego Sądu Najwyższego dwutonowy monument, na którym wyryto Dziesięć Przykazań. Sprawa obelisku stała się elementem sporu, który od kilku już lat toczy się w USA wokół interpretacji konstytucyjnego zapisu o rozdziale Państwa i Kościoła. Niewykluczone, że koniec końców sam amerykański Sąd Najwyższy będzie musiał rozstrzygnąć, co znaczy słowo... „religia”.  


Pocięli Południe autostradami. Pobudowali centra handlowe, a nowe miasta nakreślili na planie kwadratu. Poustawiali pudła hipermarketów, a ziemię wokół zalali asfaltem, by wyznaczyć na nich białą farbą tysiące stanowisk na megaparkingach. Obok wznieśli multikina i klocki barów, których obsługa serwuje przez okna hamburgery leniwym kierowcom. Zapomnieli o kawiarniach, chodnikach i ulicznych ławkach; o tym, że na megaparkingu z hamburgerem w ręku nijak nie da się czekać na dziewczynę. Nie ma tu miejsca na nerwowość wyczekiwania na spóźnialską, na choćby cień uczucia, które może właśnie się rodzi, a którego nie umiemy jeszcze nazwać. 
Można zjechać tysiące kilometrów i nic, tylko chcieć od tej południowej „Północy” uciec, przestać łudzić się, że odnajdzie się to, co nazywają Ameryką Dnia Wczorajszego, Yesterday`s America. Ale może też być inaczej, bo w tym kraju, który nazywa się Alabama, jest jak w „Sklepiku z marzeniami” Stephena Kinga: „Nie wiesz, co tam będzie do kupienia? Z taką nazwą to przecież może być wszystko. Wszystko bez wyjątku.”
O tym regionie mówią w USA Pas Biblijny (Bible belt). Mieszkańcy to głównie protestanci, ewangelicy, nazywający się południowymi baptystami. Nad wszystkim czuwa Wszechmogący. Przy szosach, jak w Polsce, stoją drewniane krzyże, czasem trafią się tablice z wezwaniem „Żałuj za grzechy”, a przy autostradach plansze z przestrogą „Idź do kościoła, zanim dostanie Cię diabeł”. Mijane samochody na przedniej tablicy rejestracyjnej mają trzy ważne słowa: „Jezus Cię kocha” (w wielu stanach starczy, że pojazd ma właściwą rejestrację tylko z tyłu). 

Religia przed sądem

Także w gmachu stanowego Sądu Najwyższego w Montgomery stanął, na rozkaz przewodniczącego Roya Moore’a, dwutonowy monument z Dziesięcioma Przykazaniami. W latach 90., jako sędzia okręgowy w Gadsden, Moore trzymał w sali sądu tablicę z Dekalogiem i przez 4 lata zmuszony był odpierać ataki ze strony Amerykańskiej Unii na rzecz Swobód Obywatelskich (ACLU). Działacze tej lewicującej organizacji, zajmującej się niegdyś obroną Murzynów przed dyskryminacją, a dziś występujący praktycznie przeciw wszystkiemu, co choć odrobinę ociera się o konserwatyzm, przegrali wówczas z Moore’m. 
Tymczasem sędzia, absolwent Akademii Wojskowej West Point i weteran wojny w Wietnamie, postanowił ubiegać się o stanowisko prezesa stanowego Sądu Najwyższego (w USA jest to stanowisko obsadzane w drodze wyborów powszechnych). Jego konserwatywni sympatycy obwozili go samolotami po całej Ameryce z cyklem wykładów i przemówień. Zachęcony sukcesem w starciu z ACLU, Moore wyznał wtedy: „Czuję się odpowiedzialny za to, by z tego, co wyniosłem z dotychczasowej kariery, czynić użytek na wyższym stanowisku”. 
Mimo poniesionej w latach 90. porażki, przeciwnicy Moore’a i tym razem zdecydowali się na złożenie protestu przeciw dwutonowemu dziełu sędziego – tym razem w federalnym sądzie apelacyjnym. Ten nakazał sędziemu przed miesiącem usunąć sporne memento, uznając, że narusza ono konstytucyjny rozdział Państwa i Kościoła (religii); mimo że w amerykańskich sądach przysięga się na Biblię. Ale Moore nie zamierza ustąpić i złożył już apelację. Powód: sąd federalny nie zdefiniował w swym orzeczeniu, co rozumie pod pojęciem „religia”. A zdaniem Moore’a, który powołuje się na wcześniejsze decyzje Sądu Najwyższego USA, religia „to obowiązki, jakie mamy wobec Stwórcy, zaś bóg judeochrześcijański to jedyny prawdziwy i reprezentujący jedyną prawdziwą religię bóg, stojący przy tym na czele i Kościoła, i państwa”. Stoi on, uważa sędzia, ponad innymi bogami, gdyż daje ludziom wolność religijną i pozwala modlić się w innych wyznaniach.
Cytowany przez dziennik „Montgomery Advertiser” adwokat Richard Cohen z Południowego Centrum Pomocy Prawnej dla Ubogich (organizacji występującej razem ACLU przeciw Moore’owi) mówi wprost: „Sędzia postawił ten obelisk w jeden dzień i w jeden dzień może go zdemontować. Jeżeli w tym czasie ziemia przestanie kręcić się wokół swej osi, ptaki przestaną śpiewać i w dodatku zmieni się prawo, wtedy może go sobie postawić na nowo”. Stronnicy sędziego twierdzą z kolei, że zapisując w konstytucji rozdział Kościoła (religii) od Państwa, Ojcowie Założyciele USA mieli na myśli zakaz tworzenia Kościoła państwowego, np. na kształt anglikańskiego, nie zaś rugowanie religii i wiary z życia publicznego. I że współczesne systemy prawne opierają się na Dekalogu – na co przeciwnicy odpowiadają, że owszem, ale nie na wszystkich przykazaniach.
Niewykluczone, że sprawa Moore’a otrze się w końcu o Sąd Najwyższy USA, i że to on zmuszony zostanie do powiedzenia expressis verbis, czym jest religia. Zupełnie jak kilka lat temu, gdy Kongres – by dać ,,odpór” ofensywie osób pozostających w związkach homoseksualnych – zapisał ustawowo, że małżeństwo to związek jednej kobiety z jednym mężczyzną. 

Złota gwiazda Davisa

Południowcy modlą się żarliwie, nie bacząc na sądy. Z przeprowadzonego przez dziennik „Mobile Register” sondażu wynika, że aż trzy czwarte z nich jest za tym, by lekcje w szkołach rozpoczynały się modlitwą. Sondaż przeprowadzono po tym, jak pewien nauczyciel z miasteczka Valley Head, stwierdził, że on i jego syn czują się urażeni tym, że ilekroć wchodzą do szkolnej stołówki widzą dzieci dziękujące Bogu za spożywane dary. Nauczycielowi przeszkadzało też, że w stołówce wisi krzyż – zgodnie z dyrektywami Sądu Najwyższego, w szkołach publicznych nie wolno tymczasem organizować modlitw, uczyć religii, ani „kolportować” Biblii. Niezadowolony nauczyciel znalazł się jednak na przegranej pozycji, a modlitwy w szkole odbywają się po dziś dzień. Pewna dziewczynka zadeklarowała dziennikarzom, że władze władzami, a ona i tak będzie co dzień przed lekcjami prosić Pana o to, by „inni nie przynosili do szkoły broni i narkotyków”. 




 
4 marca 2000 roku 

 przed Kapitolem w Montgomery: 

 wiec „Ligi na rzecz Południa”; 

 demonstranci żądają, by nad Kapitolem 

 zamiast flagi USA powiewała flaga Konfederacji. 



Ludzie Południa są inni od reszty USA, bo jako jedyni Amerykanie poznali smak przegranej wojny. Szczególnie w Alabamie: to tu przecież, w Montgomery, przez pierwsze dwa miesiące (luty-kwiecień 1861) mieściła się stolica CSA, Skonfederowanych Stanów Ameryki. Przed wejściem do starego budynku parlamentu lśni dziś w słońcu złota gwiazda, upamiętniająca miejsce, w którym składając przysięgę stał Jefferson Davis, pierwszy i ostatni prezydent CSA. To z Montgomery Davis wydał rozkaz ataku na Fort Sumter w Karolinie Południowej, co zapoczątkowało wojnę secesyjną (1861-65), nazywaną na Południu ,,Wojną o Niepodległość”. 
Jednak ani Davis (pochodzący z Missisipi), ani inni Południowcy wojny tej tak naprawdę nie chcieli. Pragnęli jedynie żyć w państwie, w którym to stany, jako konstytucyjne podmioty federacji, a nie władze w Waszyngtonie, decydują o swoich sprawach, tutaj: o uwolnieniu Murzynów-niewolników. A to właśnie zniesienia niewolnictwa używała jako argumentu Północ, próbując przywołać przed półtora wiekiem stany Południa do porządku. Co jednak dziwne, prezydent USA Abraham Lincoln zadekretował „uwolnienie” Murzynów z Południa grubo, grubo po wybuchu wojny.

Segregacjoniści i astronauci

Przy każdej większej drodze prowadzącej do Alabamy, Serca Południa, Heart of Dixie, ustawiono granitowe głazy z napisem: „Tu bronimy swoich praw”. To nie żadna Katanga, to USA A.D. 2002: stan, którego konstytucja ma ponad 300 tys. słów, od amerykańskiej większa jest coś ze 40 razy i grubsza nawet od „Przeminęło z wiatrem”. 
Na konstytucję Alabamy starczy rzucić okiem, by nabrać wrażenia, że jest się w zupełnie innym świecie. Segregacja rasowa skończyła się tu oficjalnie w roku 2000, kiedy stanowy parlament orzekł, że małżeństwo między białymi i czarnymi jest dopuszczalne... Oczywiście, amerykańskie prawo przewiduje taki „precedens” od dawna, ale tu wielu ludziom trzeba było kilku dekad, by fakt ten przyjąć do wiadomości. Wcześniej, nawet po okresie tzw. Rekonstrukcji po wojnie domowej, stosowano różne kruczki prawne, by pozbawić ludność kolorową prawa głosu. Raz ustalono, że mają je tylko ci, którzy posiadają ziemię, innym razem poszło o podatek pogłówny, na zapłacenie którego większości Murzynów nie było stać. W ostateczności sięgano po argument „dobrego prowadzenia się” (good character), a żeby oskarżyć ongiś Murzyna np. o włóczęgostwo starczyło jedno słowo Białego Człowieka. Ta „tradycja” przetrwała tak długo, że w świecie śmiano się, że to na konstytucji Alabamy wzorowali się włodarze RPA, pisząc ustawę zasadniczą swego apartheidowskiego państwa. 
Wszystko dlatego, że władze w Montgomery mają, w porównaniu do innych parlamentów stanowych, władzę niemal absolutną. Stąd blisko 700 poprawek (każdy rok przynosi nowe) do liczącej już sto lat konstytucji – rekord na skalę chyba światową. Parlamentarzyści zajmują się w Alabamie wszystkim. Zezwalają powiatom, oczywiście przez przyjęcie odpowiedniej poprawki, na spryskiwanie mokradeł przeciw komarom. Wydają lokalnym władzom pozwolenia na opodatkowanie sprzedaży każdego kurczaka sprowadzonego do sklepów spoza granic danego hrabstwa. Udzielają łaskawej zgody, by stanowy Alabamski Muzyczny Panteon Gwiazd mógł dokupić do zbiorów określoną liczbę płyt CD... 
Również w sprawach podatków ostatnie zdanie należy do rajców, którzy z góry decydują o podziale aż 89 proc. wpływów stanu z tego tytułu. I tak np. wszystkie dochody z podatku na benzynę idą na rozbudowę autostrad, a cały podatek od dochodów osobistych przeznaczany jest na szkolnictwo. I choć pod względem poziomu wykształcenia swych obywateli Alabama wygląda na tle większości stanów blado, nie można zapomnieć, że aż pięciu amerykańskich astronautów odebrało wykształcenie tu, na uniwersytecie Auburn.
Ale Montgomery nie tylko dlatego jest w USA ewenementem, że tak twardą ręką rządzi resztą Alabamy. Montgomery to także, a może przede wszystkim, Atlantyda Południa, świat zaginiony, Ameryka Dnia Wczorajszego. To dzisiejszy smutek niegdysiejszych wielkich metropolii Południa, z którymi czas obszedł się okrutnie, pozostawiając je na uboczu wydarzeń. 

Popołudnie na Dexter Street

Po metropolii dumnych plantatorów ostało się kilka budynków (w tym Pierwszy Biały Dom Konfederacji) oraz widma statków i pociągów, którymi możni tamtej ery wysyłali w świat bele bawełny, złota Południa. Cała flota na rzece Alabama, to dziś jeden-dwa stateczki. Do Montgomery nie docierają już też pociągi.
Podobnie jest w dwu innych największych miastach stanu – Birmingham i portowym Mobile. Murzyni nie musieliby tu dziś walczyć o równouprawnienie w trolejbusach, bo komunikacji miejskiej praktycznie już nie ma. Dawno minęły lata segregacji rasowej, której wojnę wydał, będąc jeszcze pastorem w Montgomery, Martin Luther King, a której bronił gubernator George Wallace, ten od „segregacja dziś, segregacja jutro, segregacja zawsze”. Śródmieścia miast zamieniły się w wielkie powierzchnie biurowe, wśród których trafia się jeden czy drugi blok z czarnymi najczęściej lokatorami. A obok kilka wysokościowców, hoteli korporacji, z telewizją kablową w każdym pokoju. Na wszystkich kanałach to samo: film o walce Murzynów o równouprawnienie, przerywany reklamami pastylek na nieświeży oddech u psów, kolejny odcinek serialu o stróżach prawa itp.
Segregacja przeniosła się na przedmieścia wczorajszych metropolii i dzieli dziś ludzi raczej podług statusu finansowego niż rasy. A do gett zamieszkanych przez biedotę, białą, czarną czy mieszaną, lepiej jak zawsze nie wchodzić. Zwłaszcza latem, gdy temperatura sięga 40 stopni, a wilgotność powietrza 90 proc., podnosi nastroje i rodzi w ludziach złość na wszystko: na ból głowy po „wczorajszym”, na znów brzemienną żonę, na rzekomo zbyt niski zasiłek, na tych „drani w Waszyngtonie”... 
Na targu rolnym w Montgomery kłębi się tłum mężczyzn z odciśniętym na tylnej kieszeni spodni kształtem pudełka z tytoniem do żucia. Wstali o 4 rano i do południa robili interesy. Teraz zajadają lunch; kawał wołowiny, warzywa i grits, papkę z kukurydzy, którą je się do wszystkiego. Jeden z farmerów, zmęczony życiem, pociąga z piersiówki (którą Anglosasi nazywają „biodrówką”, hip flask) i zagaduje zabieganą kelnerkę: „Ile masz czasu?” – rzuca niby niedbale. „Dla ciebie całe życie” – odpowiada z uśmiechem, jakby w nadziei, że zabierze ją swą furgonetką do lepszego świata, albo przynajmniej na podmiejską zabawę.
Później życie w stolicy zamiera. Wszystkie pięć lokali zamyka podwoje o czwartej, gdy kończą pracę urzędnicy. Jedyne, co można dostać ciepłego do picia, to kubek pośledniej kawy w podupadłym supermarkecie. A potem, siedząc u stóp fontanny na głównej ulicy, Dexter Street, trzeba puścić wodze wyobraźni. A zatem jest fontanna, kawa i ulotne skojarzenie z „Popołudniem pisarza” Scotta Fitzgeralda, którego żona pochodziła stąd. I jeszcze marzenie, by z zapadnięciem mroku wznieść się w przestworza jak bracia Wright, którzy tu zorganizowali pierwszy nocny lot w historii. 
Ale na razie jest tak, jak jest: na jednym końcu Dexter Street fontanna, na drugim – gmach parlamentu. I nie dziwiąca już konstatacja, że za każdym razem kupuję w Montgomery taką samą pocztówkę ze zdjęciem, na którym anonimowy fotograf uwiecznił tę właśnie perspektywę.

Grzechotnik Gizella

W tym samym czasie w Birmingham słońce chyli się ku zachodowi nad górującym nad miastem posągiem Wulkana, rzymskiego Hefajstosa, boga ognia i żelaza, a tutaj – stali. Tyle że w Birmingham, słynącym dziś ze szpitali i banków, stal to pieśń przeszłości, po której najsilniejszym wspomnieniem są wygasłe Piece Slossa. Wulkana zbudowano wiek temu na wystawę światową w Saint Louis, a w 1937 r. ustawiono na Górze Czerwonej, by patrzył z wyżyn na stalownie, którymi stało wówczas Birmingham. Kilka dziesięcioleci później wilgoć przedarła się przez żelazny pancerz do betonowego wnętrza kolosa, sprawiając, że zaczął pękać. Renowacja Wulkana ma pochłonąć 10 mln dolarów, co nie podoba się tym chrześcijanom, którym wyjątkowo bliskie jest przykazanie „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. 
Historia Birmingham jest burzliwa i krwawa. Tu psychopaci z Ku Klux Klanu podłożyli przed 40 laty bombę w murzyńskim kościółku, mordując cztery Bogu ducha winne dziewczynki. Niektórzy ochrzcili wtedy miasto mianem Bombingham. Metropolią rządzili wtedy złej sławy szef policji Bull Connor (używał przeciw czarnym demonstrantom armat wodnych i wściekłych owczarków) i próbujący dorównać retoryką gubernatorowi Wallace’owi burmistrz Art Hanes: „Z której strony na to nie patrzeć, biała rasa jest lepsza od czarnej”. Hanes był adwokatem Jamesa E. Raya, skazanego za zamordowanie pastora Kinga. 
Za ulicą szpitali i banków jest w Birmingham duży park; za parkiem stoją projects, zdewastowane domy komunalne, takie same jak w Montgomery; równie łatwo znaleźć tu złość i gniew. Wśród nich brudny sklepik z tabliczką: „Po zapadnięciu zmroku trzymamy w kasie nie więcej niż 20 dolarów”. Tak jakby jakiś zdesperowany narkoman był w stanie w to uwierzyć.
Trzeba jechać do cichszych, odleglejszych dzielnic – do Homewood, Mountain 
Brook, Vestavia Hills. W tej ostatniej mieszka Jerzy Gizella, poeta, „latarnikt” (jak pisze o sobie w wierszach) i „grzechotnik alabamski wygrzewający się w promieniach przeszłości”. Gizella tworzy, a widzi z alabamskiej prowincji więcej Ameryki niż niejeden polonus z Chicago i więcej Polski niż niejeden Polak w kraju, w którym najbardziej uderza go dziś dysonans między starym Krakowem, a tymi, którzy „wyrobili się w czasach solidarności / partii z narodem”; nowe tomiki publikuje w Krakowie. Gizella wysyłał też kupony totolotka na loterię na Florydzie. Ale poczta zwracała mu te przesyłki, opatrując pieczątką z przypomnieniem, że w stanie Alabama (i z terenu stanu Alabama) hazard jest zabroniony. 
Gizella dzieli życie z żoną, Ewą Lach, autorką takich powieści dla młodzieży, jak „Romeo, Julia i błąd Szeryfa” czy „Kosmohikanie”. Ich dom to wielka biblioteka, jakiej można pozazdrościć. Oprócz biblioteki jest i kuchnia. Na obiad: pyszny okoń z Zatoki Meksykańskiej; jedzenie w Alabamie jest zresztą tak dobre, że – jak pisali kiedyś wysłannicy brytyjskiego dziennika „Financial Times” – „aż grzeszne”. 

Merry Christmas from Dixie 

„Południe jeszcze powstanie” – powtarzali i powtarzają zatwardziali konfederaci i niepoprawni miłośnicy CSA. I jest w tym dużo prawdy, bo Południe rośnie dziś w siłę. Zaczęło się od miejscowości Enterprise (dosłownie: przedsięwzięcie), której mieszkańcy wystawili pomnik niszczącemu zbiory szkodnikowi ryjkowcowi bawełnianemu w podzięce, że zmusił ich do rezygnacji z monokulturowej uprawy Króla Bawełny (King Cotton). Potem poszło, jak strzelił, głównie ze względu na fakt, że Południe w odróżnieniu od Północy jest prawie „wolne” od związków zawodowych. W Hunts-ville zadomowili się specjaliści od urządzeń kosmicznych (prosperity zaczęło się od ściągnięcia... hitlerowskiego speca od rakiet Wernhera von Brauna). W Tuscaloosie zameldował się Mercedes, w Mobile – Mitsubishi z układami do mikroprocesorów, w Lincoln – Honda. Nawet Boeing zdecydował o przeniesieniu części produkcji z Seattle w stanie Waszyngton do Alabamy.
Mimo wszystko trzymają się też jakoś miasteczka, do których nie dotarł przemysł, a czas zatrzymał się na dobre. Życie płynie tam w cieniu magnolii; mija na pogaduszkach u fryzjera, gdzie można leniwie palić papierosy, a jak komuś przyjdzie ochota, to nawet się ostrzyc; na wizytach w staromodnych sklepikach z mydłem i powidłem. Niektóre z tych mieścin kuszą, by odetchnąć w nich po podróży. Jak Bayou La Batre, na wybrzeżu Zatoki Meksykańskiej, co stoi krewetkami, przyrządzanymi na sto i jeden sposobów, co łatwo sobie wyobrazić obejrzawszy „Forresta Gumpa”. 
Jest też i Childersburg, słynny z jaskiń, w których kręcono mrożące krew w żyłach przygody Tomka Sawyera. Jaskinie mają ponad 2000 lat, a największa jest wielka jak boisko i wyższa od 10-piętrowego bloku. Jeszcze w XVIII w. mieszkali w nich Indianie; tu też grzebali zmarłych. Sto lat później konfederaci zorganizowali tu fabrykę prochu artyleryjskiego. W latach prohibicji (1920-33) zadomowili się bimbrownicy i meliniarze, którzy w trakcie pijatyk odstrzeliwali wiekowe stalaktyty. W miasteczku Cullman, którego mieszkańcy chlubią się niemieckimi korzeniami, życie toczy się natomiast od października do października, kiedy organizowany jest Oktoberfest. Tyle że tu nie sprzedaje się piwa, bo obowiązuje prohibicja. Mimo to większość bawi się dobrze, popijając kiełbaski... piwem korzennym – lepkim, karmelowym napojem, trzykrotnie słodszym od coli. 
Całkiem dobrze trzyma się również Fort Payne, które ogłosiło się „oficjalną skarpetkową stolicą świata” – głównym towarem sprzedawanym w większości sklepów są skarpetki; nie wiadomo tylko do końca, czy bawełniane. Ale chlubą Fort Payne to nie tekstylia, ale miejscowy zespół Alabama – najsłynniejsza i najbardziej utytułowana w historii gwiazda country. W grudniu słychać w radiu ich bajeczną kolędę – „Merry Christmas from Dixie” – „Wesołych Świąt życzy z Południa grupa Alabama”. 
Miasteczka Alabamy są wieczne. I, jakby powiedział Robert McCammon, autor „Chłopięcych lat”, ciepłej powieści o spędzonym w prowincjonalnej Alabamie dzieciństwie, „będą tu zawsze, tak długo, jak trwa magia. A magia ma potężne, potężne serce”. 

Jan Trzciński jest dziennikarzem i podróżnikiem. Publikował m.in. w „Nowym Państwie”, „Gazecie Wyborczej”, „Gazecie Polskiej”, „Rzeczpospolitej”. Mieszka w Warszawie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl