Niemcy, kiedyś wzór do naśladowania, to dziś chory kolos w centrum Europy


Jak Schröder wyborców oszukał

Joachim Trenkner z Berlina



Niemcy dopadła depresja: największy pod względem wielkości i potencjału kraj Unii Europejskiej prezentuje się katastrofalnie. Międzynarodowa pozycja Niemiec była dotąd odbiciem ich kondycji wewnętrznej, zwłaszcza efektywnego modelu gospodarczego. Dziś niewiele z tego zostało: Niemcy wyglądają jak używany mercedes, robiący może wrażenie na potencjalnym nabywcy, ale w środku nadający się do kompletnego remontu, z bezmyślnym kierowcą (rządem) bezładnie szarpiącym kierownicą w różne strony, który na dodatek jest wyprowadzany z równowagi przez gwałtownie gestykulującego współpasażera (opozycję). 


Niemcy, kolos w sercu Europy, jest chory. Objawy choroby ujawniły się niemal natychmiast po wymęczonym sukcesie wyborczym Gerharda Schrödera i Joschki Fischera: druzgocąca prognoza gospodarcza, przewidująca niemal zerowy wzrost gospodarczy w 2003 r., podniesienie przez rząd podatków, uderzające w obywateli i gospodarkę, bo podnoszące (i tak wysokie) koszty pracy i pogarszające (i tak coraz gorsze) warunki dla przedsiębiorców, wreszcie deficyt w budżecie, sięgający 3,8 proc. To ostatnie oznacza złamanie przez Niemcy warunków, które krajom strefy euro narzuca Unia Gospodarcza i Walutowa. Berlin może spodziewać się więc napomnień, a nawet kar z Brukseli. Jakby było mało, rząd chce podnieść składki na ubezpieczenia emerytalne i zdrowotne. W przyszłym roku bezrobocie może sięgnąć 4,2 mln i nie spadnie: program jego radykalnego obniżenia, prezentowany przed wyborami jako sztandarowy projekt rządu, został pod naciskiem związków zawodowych tak rozmyty, że nikt nie wiąże już z nim nadziei.

Znużona twarz kanclerza

„Nasze Niemcy dzisiaj, to kraj odważnie patrzący w przyszłość i gotów na zmiany” – tak zaczynała się umowa koalicyjna socjaldemokratów i Zielonych. W zestawieniu z realiami zdanie to brzmi dziś jak kpina z wyborców. Kto uwierzy, że kanclerz i jego ministrowie gigantyczną dziurę w budżecie odkryli dopiero w kilka dni po wyborach? „Gdyby Niemcy były przedsiębiorstwem, a rząd – jego zarządem, prokuratura miałaby wszelkie powody do sformułowania aktu oskarżenia z zarzutem ukrywania informacji, od których zależy ni mniej ni więcej, tylko ogłoszenie przez to przedsiębiorstwo bankructwa” – oceniał bezlitosny komentator „Frankfurter Allgemeine”.
Co na to Schröder, który kilka miesięcy temu na wyborczych wiecach prezentował się jako dynamiczny macher, tryskający optymizmem? Oto w sytuacji dramatycznego kryzysu kanclerz pokazuje twarz nieznaną, bez śladu bojowego ducha. Idealnie poruszający się w świecie „demokracji telewizyjnej”, niczym wirtuoz grający na „klawiaturze” mediów, zręcznymi bonmotami doprowadzający do śmiechu dziennikarzy – dziś, po fatalnym starcie do drugiej kadencji i nijakim exposé, Schröder sprawia wrażenie balonu, z którego uszło powietrze. Znużony, z poszarzałą twarzą, nie tylko nie sili się na dowcipy. On, który kiedyś odważył się wyznać, że władza sprawia mu frajdę (niem. Spaß), teraz sprawia wrażenie, jakby rządzenie stało się ciężarem.
Jednak Schröder stracił też coś ważniejszego: wyczucie nastrojów społecznych. Za to właśnie dostaje po głowie. Jeśli barometrem nastrojów może być internet – w Niemczech dostęp do niego stał się dobrem powszechnego użytku – wystarczy rzucić okiem na rosnącą liczbę stron www, zakładanych nie tylko przez organizacje, ale i osoby prywatne pod mianownikiem: „Schröder nas oszukał” (ich listę znaleźć można np. na portalu www.spiegel.de). Kiedy organizator jednej z takich stron wezwał, by w proteście przeciw podniesieniu podatków ludzie przysyłali Schröderowi swą symboliczną „ostatnią koszulę”, w parę dni na adres Urzędu Kanclerskiego napłynęło kilkadziesiąt tysięcy paczek. 

„Niemcy na barykady!”

Co gorsza, burzą się też szeregi partyjnych towarzyszy kanclerza. Oskar Lafontaine, do 1999 r. poprzednik Schrödera na stanowisku przewodniczącego SPD, tak wyraził się w popularnym (5 mln nakładu) brukowcu „Bild”: „Wiarygodność Schrödera jest nadwerężona. On okłamał wyborców: w sprawie emerytur i podatków oraz w sprawie dziury budżetowej. Te kłamstwa przepełniły czarę goryczy. Powtarzam: ten kanclerz traci zaufanie wyborców”. 
Mniej dziwi, że w podobnym duchu wypowiada się obóz przeciwny: Arnulf Baring, historyk i konserwatysta, opublikował we „Frankfurter Allgemeine” apel, wzywając obywateli do... wyjścia „na barykady” przeciw rządowi, ponieważ ten „utracił kontakt z rzeczywistością”, a Niemcy stają się zachodnią wersją „NRD-light”. 
Badania opinii dowodzą, że głosy te odpowiadają nastrojom: popularność Schrödera spadła w stopniu niespotykanym. Gdyby wybory odbywały się dziś, SPD dostałaby 32 proc. głosów, a opozycyjna chadecja aż 46 proc. (dwa miesiące temu SPD i CDU dostały po 38,5 proc.; o przetrwaniu rządu zadecydował wynik Zielonych). W rankingu popularności Schröder spadł z czołówki na miejsce 7. – podczas gdy na miejsce 2. (za Fischerem) awansowała Angela Merkel, przewodnicząca CDU. 




 
Karykatura podnoszącego 

 podatki Schrödera: 

 „Więcej konkurencyjności 

 oraz mniej socjalnych przywilejów 

 – tak mogłaby wyglądać droga 

 wyjścia z zastoju. Ale to byłaby rewolucja”.



Odpowiedzialnością za kryzys obciąża się przede wszystkim socjaldemokrację. „Pacjent SPD” leży na kozetce, na oczach wszystkich. Psychoanalitycy nie są jednak zgodni co do przyczyn zapaści. Jedni mówią, że socjaldemokracja jest za socjalna; inni – że nie dość socjalna, i że stała się wykonawcą idei neoliberalnych. Na poparcie obu diagnoz można przedstawić dowody. Na początku (1998-99) Schröder wpisywał się w rolę polityka przyjaznego przedsiębiorcom, „towarzysza bossów” i zorientowanego na redukowanie rozdętych zdobyczy socjalnych. Teraz sugeruje coś tak przeciwnego, pokazując się jako „towarzysz towarzyszy” i szukając oparcia w związkach zawodowych, że nawet lewicowy „Der Spiegel” skarykaturyzował go na okładce jako proletariusza, archetyp walki klas, z tytułem: „Towarzysz Schröder: kiedyś kanclerz Nowego Centrum, dziś kanclerz związków zawodowych”. 

„Wielka koalicja” zastoju

Przyczyny kryzysu leżą jednak głębiej. W ciągu minionych 60 lat niemieckie społeczeństwo dwukrotnie przeżywało sytuacje ekstremalne. Pierwszy raz po upadku III Rzeszy: było to społeczeństwo straumatyzowane, które próbowało zaprzeczyć własnej przeszłości. Z kolei upadek Muru berlińskiego i zjednoczenie wywołały stan euforii, który utrudnił Niemcom kalkulowanie przyszłości, zwłaszcza ekonomicznej. 
Skutki obu tych sytuacji trwają do dziś. Za pierwszym razem pomogli gospodarczo Amerykanie z planem Marshalla; za drugim nie pomógł nikt. W obu przypadkach na początku do władzy dochodziła prawica chadecka (CDU/CSU). Po wojnie musiało minąć 20 lat, nim doszło do oddolnego „buntu” przeciw mentalności pokolenia rodziców, i nim władzę objęła lewica pod wodzą Willy’ego Brandta. Teraz ten czas był krótszy: niespełna 10 lat minęło od zjednoczenia do, wywołanego także dynamiką procesów globalizacyjnych, „buntu” przeciw polityce Kohla „wysiadywania” problemów, czyli odkładania reform; w 1998 r. władzę przejęła lewica (SPD i Zieloni). Za każdym razem to socjaldemokraci byli więc beneficjentami kryzysu – i za każdym razem, tak za Brandta i Schmidta (rządy SPD w l. 1969-82), jak teraz za Schrödera można odnieść wrażenie, że SPD czegoś zabrakło. Że nim socjaldemokraci coś zaczęli, już dostali zadyszki. Z tym, że teraz szybciej niż w latach 70.
Logika demokracji wskazywałaby, że wybiła godzina opozycji. Problem w tym, że druga wielka partia, chadecja, której frakcja w Bundestagu jest niemal tak liczna jak SPD, nie podjęła nawet próby wypracowania alternatywnych koncepcji, zwłaszcza w tak kluczowych sferach jak finanse czy reformy systemów społecznych. Krytykować i blokować rząd (w izbie wyższej, Bundes-racie, gdzie mają większość) – do tego zdaje się sprowadzać strategia CDU/CSU. W ten sposób politycy chadeccy potęgują depresyjne nastroje, za które winą obarczają rząd. 

Kanclerz będzie kobietą?

Szkoda, bo chadecja ma w zanadrzu atut: przewodniczącą CDU, panią Angelę Merkel. Przed wyborami musiała ona ustąpić miejsca Edmundowi Stoiberowi, bo wydawało się, że Bawarczyk ma większe szanse w walce ze Schröderem. Dziś wielu chadeków sądzi, że był to błąd i że Schrödera pokonać mogła właśnie 48-letnia Merkel – wywodząca się z b.NRD, z zawodu fizyk, która do polityki trafiła w 1989 r. i karierę zaczynała jako rzeczniczka pierwszego demokratycznie wybranego (w 1990 r.) rządu NRD, potem zaś pełniła w rządzie Kohla funkcje ministra ochrony środowiska, a następnie rodziny, by w końcu zostać sekretarzem generalnym CDU – i po aferze z „lewymi kontami” CDU awansować na przewodniczącą partii, a teraz także na szefa frakcji CDU/CSU w Bundestagu. 
Nigdy w historii Niemiec kobieta-polityk nie miała takiej pozycji jak Merkel. I nigdy jeszcze tak prawdopodobna nie była perspektywa, że następne wybory – może przyspieszone? – wygra kobieta, zostając kanclerzem. Kłopot w tym, że szansę tę zaprzepaścić może... własna partia pani Merkel. Przywództwo chadecji, złożone z mężczyzn i to pochodzących niemal wyłącznie z dawnych Niemiec Zachodnich, robi wiele, by osłabić pozycję szefowej. We frakcji CDU/CSU Merkel może liczyć tylko na niewielu kolegów. Wywodzi się bowiem z b. NRD – i choć od zjednoczenia minęło 12 lat, nadal postrzegana jest przez część partii jako outsiderka. Brakuje jej tego, co było siłą np. Kohla: poparcia struktur partyjnych. Niezadowolenie w CDU/CSU wywołuje także liberalny kurs (albo jego wrażenie) pani Merkel. Szybki awans kobiety ze Wschodu drażni zwłaszcza chadeckich konserwatystów z południowych landów. Ich lider, premier Hesji Roland Koch, sam ma ambicje sięgające fotela kanclerskiego. A pozycja Kocha, który wyrasta na kolejnego – obok Merkel i Stoibera – lidera chadeków wzrośnie po jego reelekcji w wyborach do landtagu (luty 2003).

Na polu pieczarek

Niemcom, kiedyś traktowanym jako obiekt zazdrości sąsiadów, postrzegających ich model gospodarczo-społeczny jako wzór do naśladowania, nie ma dziś czego zazdrościć: rząd bezmyślny, opozycja bez alternatywnych idei, społeczeństwo zastygłe w stanie nerwowego zastoju, będącego mieszanką narastającej co jakiś czas histerii, a równocześnie bezgranicznej na pozór cierpliwości... Owszem, Republika Federalna ciągle jest krajem dobrobytu – kto nie wierzy, niech spróbuje w sobotnie przedpołudnie przebić się przez tłumy, okupujące domy towarowe w szale przedświątecznych zakupów. A jednak kraj ten od dawna żyje ponad stan. Więcej konkurencyjności i deregulacji oraz mniej socjalnych przywilejów i roszczeń – tak mogłaby wyglądać droga wyjścia z zastoju. Ale w tym kraju, tak wrogim zmianom, równałoby się to rewolucji, która musiałaby wstrząsnąć skostniałymi i blokującymi się wzajem strukturami społecznymi. 
Dlatego każdy boi się uczynić ten pierwszy krok ku reformom poważnym i skutecznym. Na razie, jak to powiedział niedawno ktoś mądry, wołające o reformy Niemcy przypominają trochę pole z hodowlą pieczarek: kto wystawi głowę, traci ją.


Przełożył Wojciech Pięciak 



Joachim Trenkner (ur. 1935) – publicysta; były reporter tygodnika „Newsweek” i korespondent berlińskiej telewizji publicznej SFB w Europie Wschodniej, w latach 90. zastępca jej redaktora naczelnego. Stale współpracuje z „TP”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl