Czy istnieje kino Unii Europejskiej?


Nie na swoim miejscu

Piotr Toczyski



Gdy zapytałem o Festiwal Filmów Unii Europejskiej, usłyszałem o „Festiwalu Filmu Europejskiego”, a później zaproszono mnie na „Europejski Festiwal Filmowy”. Nikt dotąd nie mówi o kinie unijnym, podczas gdy zbitka „kino europejskie” ma się bardzo dobrze. 


Rzecz dzieje się w miejscu dawnego warszawskiego kina „Moskwa”. Dziś stoi tu biurowiec, w którego podziemiach działa multipleks „Silver Screen”. Jedną z sal przeznaczono między 15 a 28 listopada na projekcje VII Festiwalu Filmów Unii Europejskiej, zorganizowanego przez ambasady i instytuty kultury krajów Unii.

Kino przeszłości

A dlaczego filmowy festiwal Piętnastki ogranicza się do czternastu filmów? „Pierwszy od lat luksemburski film robić będę ja – zresztą za niemieckie pieniądze” – wyjaśniał rok temu Krzysztof Zanussi. Z góry wykluczono za to kino pozaunijnych państw europejskich, które – jak Szwajcaria czy Norwegia – w przeciwieństwie do Luksemburga mają własne kinematografie.
Warto było pofatygować się na FFUE choćby dla hiszpańskiego kandydata do Oscara – „Joanny Obłąkanej” (2001). Vicente Aranda wyreżyserował bardzo dobry film o szaleńczej miłości księżniczki kastylijskiej (córki Izabeli Katolickiej i Ferdynanda II, patronów wyprawy Kolumba). Obraz i światło tworzą napięcie równie silnie jak akcja filmu, mimo że rozgrywa się ona w zasadzie tylko we wnętrzach bohaterów.
W warstwie obyczajowej widzimy dwa dwory: książęcy brukselski i królewski kastylijski. Dziwnie łatwo jest widzowi rozumieć zazdrosną tytułową bohaterkę i jej namiętności, podobnie jak poczynania filmowego Filipa Pięknego, niewątpliwie winnego nieszczęścia (zdradza Joannę, ulega żądzy władzy i poddaje się naciskom szlachty flamandzkiej, by uznać kochającą go żonę za chorą umysłowo). Oboje są w sytuacji tragicznej i oboje przegrywają. Nieco naiwnie włączono do filmu wątek tajemnicy, sugerując, że Filip uległ szatańskim miłosnym zaklęciom swojej mauryjskiej kochanki i że urok zdjęty zeń został dopiero przed śmiercią.
Najlepszym spośród zeszłorocznych filmów festiwalowych było wyreżyserowane przez Ermanno Olmiego „Rzemiosło wojenne” (2000), którego akcja rozgrywa się dwie dekady później w innej części Europy. Oba filmy są zbliżone także w warstwie fabularnej: zarówno filmowego kapitana armii papieskiej, jak i kastylijską królową zdradzają nielojalni towarzysze. Widać, że filmy opowiadające historie sprzed pięciu wieków wychodzą Europejczykom lepiej niż produkcje osadzone współcześnie. Amerykanie są za to lepsi w filmowaniu współczesności. 

Kino koprodukcji

Jednak najgłębiej poruszający spośród festiwalowych filmów – „Pieśń dla Martina” (2001) – rozgrywa się współcześnie. Ta pierwszorzędnie zagrana opowieść o geniuszu muzyki umierającym na chorobę Alzhei-mera wzrusza i skłania do prób odpowiedzi na pytania, kiedy kończy się człowiek, czym jest człowieczeństwo i jakie są granice odpowiedzialności za innych i za siebie.
„Pieśń dla Martina” powstała w efekcie szwedzko-duńskiej współpracy i jest jedną z czterech koprodukcji na tegorocznym FFUE. Istnieje chyba zależność między tym faktem a jakością filmu. „Joanna Obłąkana” także powstała w koprodukcji włosko-hiszpańsko-portugalskiej, a „Rzemiosło wojenne” – we włosko-francusko-niemieckiej. Może to właśnie droga, którą powinno pójść kino starego kontynentu, żeby zasłużyć na miano europejskiego? Inna koprodukcja, austriacko-niemiecki „Ikarus” (2002), debiut Bernharda Weirathera, jest niestety rzeczą nieco słabszą. Poznajemy Tyrol, zanurzamy się w lokalne układy, obserwujemy miotających się bohaterów – ale wszystko to pozostawia nas bez większego wrażenia.
„Najpłodniejszy mężczyzna w Irlandii” (2000) to dość zabawna satyra na obyczajowość Belfastu, ale nie każdy gag wywoływał śmiech polskiej publiczności. Może nie akceptujemy igrania z polityczną poprawnością (czy wręcz drobnych prowokacji, na przykład gdy bohaterowi zlewają się wiszące na ścianach katolickich i protestanckich domów wizerunki Jana Pawła II i Elżbiety II)? Dowiadujemy się jednak czegoś o europejskiej świadomości bohaterów (młoda dziewczyna opowiada o czytanych przez siebie rosyjskich powieściach: „Pieką chleb, hodują świnie. Chciałabym być Rosjanką”) i jest on zrozumiały dla osób spoza Irlandii, w przeciwieństwie do „Delfina” (2002), którego tło niełatwo pojąć komuś nie znającemu Portugalii. Nad bohaterami „Spokoju mojego ducha” (2000) ciąży przeszłość: to portret niemieckiej nastolatki, skonfrontowanej z „postterrorystycznymi” fobiami rodziców. 
Wieńcząca festiwal słabym akordem „Angela” (2002) to nieco przerafinowana, stylizowana na dokument opowieść o młodym pretendencie i starym władcy, stających wobec jednej kobiety. Motyw ten znany jest europejskiej kulturze doskonale. Włoskie wydanie wkomponowuje go w świat mafijny, widziany z kobiecej perspektywy – film reżyserowała Roberta Torre, a świat przedstawiony obserwujemy z punktu widzenia tytułowej bohaterki.

*

Podczas Festiwalu oglądaliśmy ludzi, którzy znajdują się nie na swoim miejscu – to chyba dominujący motyw większości filmów. A czy Festiwal znajduje się na swoim miejscu? W poprzednich latach odbywał się – poza Warszawą – także w Łodzi, Krakowie, Gdyni i Wrocławiu. W tym roku chyba po raz pierwszy nie wyszedł poza Warszawę. Cóż, nie wszędzie są ambasady i zagraniczne instytuty kultury, które chcą zaprosić notabli na uroczyste otwarcie...
Większość seansów odbywała się przy niemal pustej sali. Wciąż nie udaje się „sprzedać” szerszej publiczności pomysłu Festiwalu Filmów UE. To niepowodzenie mówi coś także o rozpoznawaniu przez nas „marki”, jaką jest sama Unia.

Piotr Toczyski jest redaktorem pisma o sztuce życia publicznego „Polis” (www.sm.pl/polis). 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl