Rekolekcje z Zacheuszem (3)


„Po imieniu”

Ks. Grzegorz Ryś



„Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: »Zacheuszu...«”
„Musiało to być dla Zacheusza wstrząsające doświadczenie – komentuje Jan Paweł II w tegorocznym wielkoczwartkowym „Liście do kapłanów” – kiedy został zawołany po imieniu. Jego imię w ustach wielu współmieszkańców było obarczone pogardą. Teraz słyszał je wymawiane z łagodnością, która nie tylko wyrażała zaufanie, ale też serdeczność, niemal potrzebę przyjaźni. Tak, Jezus zwraca się do Zacheusza jak do starego przyjaciela, może trochę zapomnianego, z którego jednak w swojej wierności nie zrezygnował (...) Uderza w opowiadaniu ewangelisty Łukasza ton języka: wszystko jest takie osobiste, takie delikatne, takie serdeczne”.
Spotkanie osobiste. „Rekolekcje z Zacheuszem” udały się Jezusowi właśnie dlatego, że przyjęły ostatecznie formę najgłębiej osobistego spotkania. Zacheusz – jak rozważaliśmy tydzień temu – znalazł sposób, żeby przebić się przez „tłum”, który uniemożliwiał mu „zobaczenie” Jezusa. Choć może w chwili, kiedy wspinał się na sykomorę, nie spodziewał się aż takiego „sam na sam”...
Ze wszystkich Ewangelistów św. Łukasz wykazuje chyba największą wrażliwość na indywidualnego bohatera. Jego Ewangelia pełna jest opisów spotkań Jezusa z konkretnymi ludźmi (Zachariasz, Symeon, prorokini Anna, młodzieniec z Nain, Marta i Maria, Zacheusz, niewiasta pochwycona na cudzołóstwie – dziś w Ewangelii według św. Jana 8,1-11, ale bibliści są zgodni, iż fragment ten pierwotnie znajdował się u Łukasza). Łukaszowy Jezus również najchętniej opowiada przypowieści mające jednostkowego bohatera (miłosierny Samarytanin, miłosierny Ojciec i dwóch synów, z których jednego – nieco wbrew logice przypowieści – nazywamy „marnotrawnym”, Łazarz i bogacz itd.) – w wersji św. Mateusza Pan „woli” raczej malować przed swymi słuchaczami wielkie, zbiorowe sceny (jak np. sąd, na który gromadzą się „wszystkie narody”, albo przypowieść o pozbawionych jakichkolwiek indywidualnych rysów dziesięciu pannach).
Nie chodzi o to, by w sztuczny sposób przeciwstawiać sobie relacje ewangeliczne. Niewątpliwie, nie mamy tu do czynienia ze sprzecznością; raczej z myśleniem komplementarnym. Łukasz nie chce przecież powiedzieć, że człowiek w swej drodze do Boga nie potrzebuje Kościoła (a więc wspólnoty ludzi). Mówi jednak z całą pewnością, że wiara i nawrócenie to decyzje najbardziej osobiste, i że niczego nie rozumieją z nich ci, którzy jedynie godzą się na to, by Kościół doholował ich do najbliższej Wigilii („jest adwent, będą święta, i... po świętach”).
Osobisty charakter spotkania Jezus – Zacheusz odbija się w wielu szczegółach naszej opowieści. Pierwszym jest owo zawołanie Zacheusza po imieniu. Dodajmy: zawołanie pełne szacunku! Czy nie jest uderzające, że nierzadko, kiedy w Ewangelii Chrystus rozmawia z grzesznikiem, to musi podnieść na niego wzrok? „Spojrzał w górę i rzekł do niego: »Zacheuszu«”. Podobnie w spotkaniu z kobietą schwytaną na cudzołóstwie – kiedy przyprowadzają ją do Jezusa, On siedzi na ziemi, a ona stoi nad nim; w rozmowie z nią Jezus musi więc najpierw „podnieść wzrok”. To właśnie wyraźnie odróżnia Chrystusa od nas: my najczęściej mamy pokusę, by na grzesznika „patrzeć z góry”; Chrystus patrzy z dołu – traktuje rozmówcę „jako wyżej stojącego od siebie” (por. Flp 2,3). Spotkanie „sam na sam” jest właśnie wyrazem takiego szacunku. Nam go niestety brakuje; dlatego też nierzadko (nawet w duszpasterstwie) lekceważymy możliwość spotkania z pojedynczym człowiekiem – lubimy szukać potwierdzenia w wielkich liczbach, w statystykach (tylu ochrzczonych, tylu „wykomunikowanych”, tylu bierzmowanych) i bezosobowych procentach (99% ochrzczonych...).
Kolejny „osobowy”, wręcz intymny aspekt dialogu Jezusa z Zacheuszem to fakt, że docelowo jego miejscem jest „dom”: „Muszę się zatrzymać w twoim domu”. Dom – miejsce prywatności, miejsce, gdzie człowiek jest sobą, gdzie nie musimy odgrywać żadnej roli, gdzie chodzi się bez munduru czy urzędowego stroju (my, księża, w domu wolimy od sutanny koszulę flanelową). Jezus św. Łukasza uwielbia chodzić po domach: jest u Zacheusza, ale wcześniej był także u faryzeusza Szymona, był w domu Piotra w Kafarnaum, był w domu u Marty i Marii, i w wielu, wielu innych. Jeśli chcemy znać prawdę o naszej wierze, przypatrzmy się swojemu „domowi” (popatrzmy choćby na ściany). I sobie w domu. Bardziej niż sobie w świątyni.
Ostatecznie to „domowe” spotkanie Jezusa z Zacheuszem przyjęło chyba formę uczty – tak przynajmniej było wcześniej w przypadku innego celnika, Lewiego: „Lewi wyprawił dla Niego wielkie przyjęcie u siebie w domu; a była spora liczba celników oraz innych, którzy zasiadali z nimi do stołu” (Łk 5, 29). Nie dajmy się zwieść: „spora liczba” zasiadających przy stole nie czyni tego spotkania mniej osobistym. My bez trudu rozpoznajemy w tej uczcie zapowiedź Eucharystii. To dzięki Eucharystii możemy – nie w przenośni, lecz najbardziej realnie – zasiąść z Chrystusem przy stole. Nikomu z nas nie trzeba zaś mówić, jak głęboko zobowiązująca jest dla nas owa możliwość. Ile wyznawanych i wybieranych przez nas wartości (także tych, które określają nasz „dom”) może ona zdyscyplinować. Ile razy jest w życiu tak, że właśnie nasza prywatność nie dopuszcza nas (jeśli tylko nie brakuje nam uczciwości) do wspólnego stołu z Jezusem. Po pytaniu o stan naszej wiary „w domu”, mamy więc kolejne pytanie: o naszą „wiarę eucharystyczną”. To w końcu Eucharystia – nawet, jeśli może być przez nas przeżywana jedynie jako tęsknota – przekształca naszą wiarę ze światopoglądu w zobowiązujące spotkanie kochających się Osób.
Nie chodzi przy tym o pytanie, ile się dla Eucharystii wysilamy, lecz o to, ile z niej korzystamy...
Zauważmy: ile razy w Ewangelii Jezus zasiada z ludźmi przy stole, tyle razy niemal natychmiast z Zaproszonego staje się Zapraszającym. Ostatecznie jest tak, że to właśnie ON zastawia stół. Tak było – fizycznie – w Kanie Galilejskiej; tak jest – duchowo – również u Zacheusza. Korzysta z jego gościnności; postanawia się u niego zatrzymać. Zacheusz jest tym, który Go przyjmuje; ale Jezus jest Tym, który obdarowuje. W jakim stopniu Zacheusz poczuł się obdarowany, pokazuje najlepiej jego spontaniczna reakcja: „oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Czy wtedy, gdy schodził w pośpiechu z sykomory, mógł się spodziewać, ile dobra wyzwoli w nim to, że siądzie z Jezusem do stołu?
Stanowczo za często wiara kojarzy nam się przede wszystkim z wysiłkiem. „Krzyż i ofiara” – myślimy, kiedy np. (choćby w Adwencie) gorączkowo poszukujemy czasu, by przeżyć rekolekcje, przygotować się do spowiedzi, czy zerwać się świtem na roraty... Tymczasem we wierze dojrzałość najpierw polega na umiejętności przyjmowania – tego, czym Bóg chce nas obdarzyć: w Słowie, w Kościele, przez sakramenty. To przede wszystkim w naszych relacjach z Bogiem potwierdza się stara zasada Biedaczyny z Asyżu: DAJĄC – OTRZYMUJEMY! 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl