My, ludzie

Czesław Miłosz



„Dlaczego tak wielu ludzi inteligentnych, światłych, wykształconych odwraca się dziś od poezji?” – zapytuje Adam Zagajewski 
w swojej książce „Obrona żarliwości”. To pewnie prawda, ale też trzeba przypomnieć, że podobne pytania zadawano w przeszłości wiele razy. W różnych historycznych okresach następowało zbliżanie się poezji do upodobań ogółu albo jej oddalanie się.
 


Można odważyć się podzielić wiersze na dwie duże grupy. Wiersze „dla ludzi” i wiersze „nie dla ludzi”. Kiedy byłem młodym adeptem poezji, nie przychodziło mi nawet do głowy, że moje wiersze są „dla ludzi” i kiedy zacząłem je drukować, myśl, że są one przez zwykłych ludzi czytane, była dla mnie żenująca. Bo właściwie pisaliśmy wiersze dla siebie i dla wybranych, tj. należących do naszej konfraterni. Może byliśmy trochę jak ten Rosjanin w Paryżu, który upił się i zaczął tłuc lustra, a jego przyjaciel łagodnie go uspokajał: „Ostaw Wania, wsio rawno, nie pojmut”. Przez co chciał powiedzieć, że głębia cierpień duszy, którą chciał jego przyjaciel wyrazić tłukąc lustra, pozostaje dla płytkich ludzi Zachodu nieprzenikniona. Bo ostatecznie w sytuacji tego Rosjanina były przeróżne awangardy, a może i są do dzisiaj? Trzeba było wielu doświadczeń i powolnego dojrzewania, żeby dojść do wniosku, że kiedy chwali się jakiś wiersz, bo jest „dla ludzi”, jest to wysoka pochwała. 
Zdarzyło mi się dać znajomej lekarce tom wierszy Marka Skwarnickiego „Intensywna terapia”. Jest to jakby diariusz pobytu w szpitalu przed, podczas i po ciężkiej operacji serca. Tytuły poszczególnych wierszy to „Tętno”, „Na granicy”, „Kroplówka”, „Temperatura”, „Odwiedziny”, „Transfuzja”, „Szpitalne lektury” „Kapłan”, „Rentgen”, „Tlen”, „Drzemka”, „Rehabilitacja”. Doświadczenie pobytu w szpitalu polega przede wszystkim na tym, że tracimy wiele z naszych cech indywidualnych i zmieniamy się w obiekty medycznych zabiegów, czyli stajemy się po prostu naszym ciałem. Jest to wielkie zrównanie zawodów, sytuacji społecznych, poziomów wykształcenia, a jednak stwierdzenie, że stajemy się tylko ciałem, nie jest poprawne, bo przecie to ciało jest oglądane przez jego mieszkańca czy właściciela i istnieje świadomość pacjenta inna niż świadomość lekarzy. I nigdzie chyba, w żadnych innych okolicznościach, nie zarysowuje się tak duży rozziew pomiędzy duszą i ciałem. 
Ofiarowałem lekarce tomik Skwarnickiego (wydany w 1993, dedykowany Profesorowi Antoniemu Dziatkowiakowi, a ilustrował książeczkę Stanisław Rodziński), dlatego że w nim przemawia dusza pacjenta dzielna i mądra. W istocie, żeby napisać takie wiersze, trzeba do nich przygotowywać się długo, rozmyślając intensywnie o życiu, i mieć głęboką wiarę. Przez wiele moich lat amerykańskich byłem wiernym czytelnikiem „Tygodnika Powszechnego” i zawsze miałem słabość do Marka Skwarnickiego jako autora felietonów podpisywanych pseudonimem „Spodek”, jako korespondenta podróżującego z papieżem Janem Pawłem II po wielu kontynentach i do różnych Marka wcieleń poety i prozaika. W wyborze tego właśnie tomiku można dopatrzyć się stronniczości, ale tak nie jest. Kiedy go jeszcze raz czytam, utwierdzam się w moim szacunku dla głosu, który tutaj przemawia. Notabene myślę, że wiersze rymowane były dużą przeszkodą w przekazywaniu pewnych przeżyć elementarnych i że Skwarnicki, który pisywał też wiersze rymowane, tutaj, zarzucając rymy, zyskuje na prostocie i zwięzłości. Przypomina mi się inny diariusz, który wysoko cenię – ułożona miniaturowymi wierszami kronika największej tragedii w dziejach Polski, Powstania Warszawskiego, pióra Anny Świrszczyńskiej. Zresztą jest to w znacznej mierze kronika szpitalna, świadectwo wielu zgonów żołnierzy i cywilów w improwizowanym szpitalu wojennym.
Każdy pobyt w szpitalu może być dramatem jednej osoby, jak na przykład w innym zbiorku Skwarnickiego wiersz pt. „Opowieść o Panu Zającu”, który przeżył Oświęcim, a teraz na sąsiednim łóżku umiera na niedoczynność nerek. W „Intensywnej terapii” wiele jest sformułowań, które mogłyby służyć za motto albo nawet za napis umieszczony na którejś ze szpitalnych ścian, np. „miłość życia, / które jest darem / a nie zasługą” albo „Miserere mei Deus – psalm oczekujących na wyniki rentgena”. Albo „nie wiem czy życie jest piękne / ale istnienie na pewno”. 
Szpital nie jest zamkniętą twierdzą, pełno w nim napięć, które powstają, kiedy ciężko chorzy pacjenci są odwiedzani przez bliskich. U Marka Skwarnickiego mamy kilka wierszy zatytułowanych „Odwiedziny” i jeden z nich dotyczy kilku chwil obecności żony narratora przy jego łóżku. Mówi ona: „Bądź dżentelmenem, nie odchodź pierwszy”, a on rozmyśla: „Taka miłość i miałaby pójść na marne?”, i dalej „Nie mogę jej zostawić samej. / Ale jak to zrobić?”.
W opisach wielkich wydarzeń, wojen, rewolucji, przewrotów, zaciera się to, co najbardziej intymne i istotne – związki uczuciowe pomiędzy ludźmi, tylko poeci umieją w krótkotrwałych błyskach uchwycić to, co najbardziej nasze, własne i co jest świadectwem naszej ludzkiej wielkości. Przypomniał mi się wiersz Anny Świrszczyńskiej o więzi, która powstaje pomiędzy umierającym z ran chłopcem i pielęgniarką.

Gdy żołnierz kona

Przy noszach na podłodze
uklękłam obok niego
całowałam jego kurtkę 
mówiłam: jesteś piękny 
możesz dać tyle szczęścia 
sam nie wiesz ile szczęścia 
będziesz żyć mój piękny 
mój dzielny. 

Uśmiechał się i słuchał
ciążyły mu powieki
nie wiedział że takie słowa 
mówi się żołnierzowi 
tylko kiedy kona.


Są jeszcze sny pacjentów i ich nadzieje rychłego spotkania z tymi, którzy poprzedzili ich w ostatniej wędrówce. Czytamy u Skwarnickiego w wierszu „Temperatura”:

Jeszcze śpiąc, a może już nie śpiąc
widzę ten sam świat ale już doskonały 
i niezmienny.

Oto krajobraz rozległy jak sawanna 
kępy drzew, pastwiska, potoki i konie 
i żadnych zabudowań.
Wielu przyjaciół – myślę
którzy zjawili się tu przede mną
wyjdzie mi na spotkanie.
Co za radość.
Po tylu latach zobaczę matkę i ojca
i wujka Stacha zastrzelonego w Katyniu
i Panią Hanię, która napisała 
wiele pięknych książek.

W takich snach i nadziejach, kiedy obcujemy z nimi w wierszu, odsłania się nam coś, co trudno nazwać, ale co odczuwamy w rzadkich chwilach zespolenia ze wspólnotą ludzką, a co niekiedy nosi nazwę „świętych obcowania”. Ta wspólnota niekiedy może przybierać postać podobieństwa wszystkich nas na zdjęciu rentgena: „Które serce czyje, / która czaszka czyja – nie wiadomo”. I jak to jest z tą grą rzeczy ogólnych i poszczególnych? Z tym, że jesteśmy sercami i czaszkami trudnymi do rozróżnienia, a zarazem działa niepojęte principium individuationis.
Poezja opisowa kryje w sobie wiele zagadek, bo przychodzą nam na myśl wszystkie momenty, kiedy służyła do celów użytkowych, nie wyłączając niemal-podręczników, np. o hutnictwie (jest taki poemat Roździeńskiego), czy też o życiu i o obyczajach żubra (jak to zrobił łowczy litewski Mikołaj Hussowski w XVI wieku). Tutaj trzeba przyznać, że główną zaletą jest wierność wobec szczegółów rzeczywistości. Na tej linii umieścimy też „Ziemiaństwo polskie” Kajetana Koźmiana. Mickiewicz nie miał racji wyśmiewając „tysiąc wierszy o sadzeniu grochu”, bo przecie tej właśnie szkole, klasycznej – a należy tu też „Sofiówka” Trembeckiego – zawdzięczał swój wspaniały poemat o drodze do Rosji i o Petersburgu. Z opisową poezją nie jest dzisiaj dobrze i można tutaj przeprowadzić analogię pomiędzy odejściem malarstwa od lojalności wobec szczegółów i literaturą. Co prawda w początku XX wieku Blaise Cendrars pisze cykl jakby migawek fotograficznych, którym nawet pierwotnie nadal tytuł „Kodak” (firma zamiast się cieszyć, obraziła się i musiał tytuł zmienić). Był to jednak z jego strony akt przewrotny, pokazywania języka rozpowszechniającej się już modzie wiersza jako tworu autonomicznego, oderwanego od rzeczywistości. 
Tutaj wkracza mnóstwo pytań: co to jest rzeczywistość, co to jest prawda, wierność, skoro jesteśmy pogrążeni bez reszty w języku itd. Warto dodać, zresztą, że w poezji te rozliczne pytania idą równolegle z przewrotem w wersyfikacji, co w jakiś sposób zmniejsza możliwość analogii z malarstwem. Tak zwany wiersz wolny stawia na nowo problem opisu albo wycofania się w struktury językowe i tutaj „Kodak” Cendrarsa jest przykładem przewrotnej opcji. Anna Świrszczyńska już w międzywojennym Dwudziestoleciu startowała jako autorka wierszy nierymowanych, mimo ówczesnego wpływu poetów Skamandra. Logicznie też później rozwijała tę technikę. Zapewne dzięki jej zastosowaniu stała się w znacznym stopniu poetką „dla ludzi”. Na przykład w krótkich jakby obrazkach obyczajowych o doli kobiet w Polsce, a więc w społeczeństwie patriarchalnym, gdzie patriarcha, czyli mąż, jest zwykle brutalnym pijakiem („kiedy chłop żony nie bije, to w niej wątroba gnije”). 
Można oczywiście o poezji rozprawiać na wiele sposobów, posługując się obszerną aparaturą uczonych pojęć, ja jednak dopominam się o prawo do stwierdzeń bardzo przyziemnych. Po prostu wydaje mi się, że kiedy Skwarnicki pisze, dotyka prawdy, co z kolei świadczy o jego cnotach jako człowieka. Może mój artykuł zachęci kogoś do spojrzenia na poezję w ogóle od nieco innej strony niż to się dziś praktykuje. Co prawda z wiernością wobec szczegółu nie jest tak, że notuje się na gorąco zaraz po wydarzeniach. Świrszczyńska szukała przez parę dziesiątków lat środków, żeby wyrazić, co przeżyła w Powstaniu Warszawskim, i jej diariusz jest wynikiem długiego cyzelowania. Zdradzę tajemnicę: jak mi opowiadał Marek, cykl „Intesywna terapia” powstał sześć lat po jego operacji. Ale czy Mickiewicz opisał zaraz swoją podróż kibitką z Wilna w 1824 roku? 
A może zaraz? 
Nie mogę powstrzymać się od zacytowania wiersza Skwarnickiego pt. „Tlen”, niewątpliwe ściśle opisowego. 

Butla z tlenem 
wygląda jak rakieta 
dalekiego zasięgu.
– Proszę głęboko oddychać – 
rozkazuje dowódca wyprawy.
Od gwiazdy przeznaczenia 
dzieli mnie kilka westchnień.
Lot zostaje skorygowany.
Staję na szczycie niebotycznych gór
i spoglądam z przerażeniem
na ciemność w dolinach.
Chciałbym dogonić uciekające słońce.
Wyciągam ku niemu ręce
jak gdyby Światłość była dosięgalna.
– Podłączyć pompę? – pyta ktoś obok.
– Nie trzeba, już samo idzie – 
– Co samo idzie – dziwię się 
aż do chwili gdy wzmaga się tętent
serca śpieszącego mi na ratunek.

– Gdzie ja byłem – pytam stojących wokół,
– Tego nikt nie wie – odpowiadają.


Ostatnio ukazał się nowy tomik Skwarnickiego „Ptaki” i skłonił mnie do refleksji nieco innego rodzaju. Jeden z moich amerykańskich przyjaciół poetów twierdzi, że każdy wiersz jest miniaturowym fragmentem nienapisanej autobiograficznej powieści jego autora. Dzisiaj takie przypuszczenie nie jest niczym niezwykłym, ale przed epoką romantyzmu nikt by się pod nim nie podpisał. Istniały zasady przyzwoitości, czyli wiadomo było, że poezja nie jest od pokazywania swoich bebechów. Czyli pomiędzy wydarzeniami życia a literaturą wznosiła się przegroda formy, czyli konwencji. Nikomu by nie przyszło na myśl szukać pomiędzy sonetami Sępa Szarzyńskiego ich związku z przypadkami życia tego poety. A na przykład w elegiach wolno było opłakiwać zmarłych pod warunkiem, że były to osoby możne i powszechnie znane. Kochanowski pisząc „Treny” zachował się nieskromnie. 
Oczywiście, że „Ballady” Mickiewicza są przyzwoite, natomiast „Dziady” wileńskie nieprzyzwoite. I tak je odczuwali krytycy z wychowaniem klasycznym. Ale czego później nie wyprawiano z uwiecznionym w piśmie romansem Mickiewicza z Marylą!
Przyjmując zasadę autobiografizmu nie ułatwiamy sobie nawet dzisiaj zadania. Połączenia pomiędzy życiorysami i tekstem są nadal pokrętne i tajemnicze. W jednym tylko powinno nas to skłaniać do wyjścia poza samą formę. Marek Skwarnicki w „Ptakach” pisze najoczywiściej o sobie i okazuje się, że lubimy tego człowieka, a powodem naszej negatywnej oceny wielu poetów jest po prostu fakt, że nie podobają się nam oni jako ludzie. Bardzo to śmiałe z mojej strony i może oburzające, ale chyba tak jest, że wiersze są jakimś procentem od skarbu zarobionego wewnętrzną pracą. Takim skarbem u tego autora jest jego wiara, ale niewolna od zwątpień. I nawet zdaje się on przez chwilę solidaryzować się z tymi, którzy podejrzewają, że świat został stworzony przez diabła.

A niczego się tak nie pragnie 
Jak nadziei 
Że nie jesteśmy igraszką w ręku ślepca
Który szaleje z nieszczęścia 
W pustym wszechświecie

To w wierszu pt. „Nadzieja”. A w innym, nieco pokrewnym, „Sylwester 1999”:
Poza tym jeżeli jesteśmy teraz
a kiedyś nas nie było
to coś w nas pozostało z nicości
z której powołano nas do pełni.


Możemy sobie bez trudu wyobrazić tomik wierszy, który, jak to zdarza się nierzadko, protestuje przeciwko bezsensowi istnienia i dokonuje porachunków z ohydną rzeczywistością. Czy znajdzie poklask podobnie myślących – nie jest pewne. Bo i grzesznicy, i niedowiarkowie tęsknią do cnoty i wolą osoby zdolne ich jakoś pocieszyć. Rejestry poetów XX wieku obfitują w żałosne życiorysy alkoholików, narkomanów, wariatów i samobójców, a nawet takie właśnie życiorysy uchodzą często za znamię wielkości. Dość wspomnieć o mitach Rimbauda czy Strindberga. Mnie osobiście, jeżeli już przyjąć tezę autobiografizmu, podoba się Marek, chociażby dlatego, że dostarcza mi pociechy.
Jego dobre serce współczuje nam wszystkim w naszej wspólnocie na przełomie drugiego i trzeciego milenium chrześcijaństwa, wszystkim uciekającym na pustynię jak w wierszu „Misericordia”:

Czym człowiek starszy
tym cała ta historia wydaje się bardziej 
tajemnicza:
Oto Panna będąca matką boskiego Dziecka 
Ratuje Go przed zbrodniczym królem.
Uciekają przed nim przez rozległą pustynię
bo władca się przestraszył, że niemowlę 
pozbawi go królestwa.

I tak w przyszłości się stało.

Jest rok 1997 post Christum natum.
Na całej ziemi trwa nadal poszukiwanie 
prawdy.
Jej definicje są coraz krótsze i coraz bardziej
krótkotrwałe.
Zastanawiam się więc jak jednym słowem 
wyrazić
tę pustynną ucieczkę.

Niekiedy uciekają tak całe narody.
Prześladowane plemiona.
A czasem pojedynczy ludzie.

Chodzi chyba o słowo „Ocalenie”
a może – MISERICORDIA.



Omawiany tomik „Intensywna terapia”, wydany w 1993 przez Wydawnictwo Diecezji Tarnowskiej BIBLOS, jako nieosiągalny został włączony do wierszy wybranych pt.: „Początek świata” wydanych przez Wydawnictwo „W drodze” w 1997. Tom „Ptaki” ukazał się w 2002 nakładem Wydawnictwa Nowy Świat.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl