Leszek Miller chce przeorientować SLD, by poszerzyć jego wpływy i elektorat


Z lewa ku centrum

Janusz A. Majcherek



Pozostawiwszy lokalnym strukturom SLD rozliczenie się z porażek doznanych w wyborach samorządowych, przewodzący partii Leszek Miller proponuje ucieczkę do przodu, a konkretnie przesunięcie ku politycznemu centrum i otwarcie na środowiska postsolidarnościowe. 


Miller po raz drugi przeżywa upokorzenie, jakiego nie chciałby zaznać po raz trzeci. Najpierw, po ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych, zabrakło mu kilkunastu mandatów potrzebnych do samodzielnego stworzenia rządu i musiał podjąć pertraktacje z ludowcami, których pazerność jest odwrotnie proporcjonalna do rzeczywistej siły. Teraz, po wyborach samorządowych, musi się przyglądać zawieraniu lokalnych koalicji z Samoobroną, bez której nie da się rządzić w sejmikach i radach, lecz wchodząc z nią w konszachty ryzykuje się kompromitację. Następne wybory odbędą się w 2005 r. i będą podwójne, bo tuż po sobie wyłonią kolejny parlament i nowego prezydenta. Wtedy premier Miller pragnie mieć większość umożliwiającą rządzenie bez niewygodnych i kompromitujących koalicjantów. Wcześniej jednak, bo już za kilka miesięcy, Polacy będą w referendum decydować o członkostwie w Unii Europejskiej i szef SLD chce tę okazję wykorzystać do politycznej ofensywy.

Strategia Millera

Gdy działacze SLD deliberują o układach we władzy samorządowej, a publicyści spekulują o losach „baronów”, czyli liderów struktur wojewódzkich partii, będących jednocześnie członkami rządu, przewodniczący Miller wyciąga z wyborów wnioski strategiczne. Najważniejszy brzmi: nie da się zdobyć większości w oparciu wyłącznie o elektorat lewicowy. Na posiedzeniu Rady Krajowej SLD wygłosił poważne (z wyjątkiem niepoważnych uwag o mediach) i odważne przemówienie, w którym mniej lub bardziej otwarcie sformułował swoje zamiary.
Pierwszym jest pozyskanie wyborców (a być może i polityków, choć na tych mniej mu zależy) przywiązanych do solidarnościowej tradycji. Drugim – i z tym związanym – nadanie partii charakteru centro-lewicowego, a więc umocnienie w niej orientacji centrowej. Czyli manewr w stylu Tony’ego Blaira.
Leszek Miller jest politykiem bystrym i widzi tarapaty, w jakie popadli ci działacze europejskiej lewicy, którzy kurczowo trzymają się socjalistycznych dogmatów i mrzonek (jak we Francji czy Niemczech), a jaka jest pozycja i dorobek tego, który z nimi zerwał (czyli premiera Wielkiej Brytanii).
Choć sam wywodzi się z aparatu PZPR, zdaje sobie sprawę, że to nie byli towarzysze są przyszłością SLD. Co roku prawa wyborcze uzyskuje kilkaset tysięcy obywateli urodzonych po 1981 r., dla których stan wojenny jest tylko rozdziałem z podręczników historii. W ciągu jednej kadencji przybędzie ich prawie 3 miliony. To o ich głosy trzeba zabiegać, a nie o posady dla gminnych czy powiatowych weteranów partyjnego aktywu. Ci niech sobie radzą sami.
Porażki przedstawicieli SLD w wielkich miastach nie są dla Millera zmartwieniem, bo dają mu podwójną korzyść. Po pierwsze, nie wyłonił się żaden nowy lider, mogący aspirować do przywództwa w partii i „baronowie” też wyszli z wyborów przegrani, co umacnia obecnego jej szefa. Po drugie, słaby wynik daje argumenty na rzecz głębokich zmian. Miller zyskał więc powód i możliwości ich przeprowadzenia. Potrzebna jest jeszcze dogodna okazja. Tę stworzy referendum europejskie, a konkretnie jego pomyślny rezultat, dający się zdyskontować jako pośrednie poparcie dla rządzącej ekipy.

Referendalna okazja

Niektórzy uważają, że powiązanie referendum z wotum zaufania dla rządu było ryzykownym posunięciem premiera. To prawda, ale Leszek Miler uznał to ryzyko za warte podjęcia, bo w sumie niewielkie, zważywszy stałą przewagę zwolenników integracji w polskim społeczeństwie. Na posiedzeniu Rady Krajowej SLD zapowiedział zwołanie nadzwyczajnego kongresu partii tuż po referendum. Atmosferę sukcesu, wywołaną wstąpieniem do UE, chce wykorzystać nie tylko do umocnienia partyjnego kierownictwa, ale także do wykreowania SLD jako reprezentacji całej Polski prounijnej, europejskiej, nowoczesnej... Inaczej mówiąc: przechwycenia przez SLD jak największej liczby głosujących za członkostwem w UE.
To oznacza konieczność pozbycia się konkurentów do tej roli, ale tych ubywa. Bracia Kaczyńscy sami zrezygnowali, w pogoni za elektoratem eurosceptycznym. Platforma Obywatelska zaś popadła w marazm i polityczny kociokwik. Jeśli manewr Millera się powiedzie, PiS zostanie pewnie zmajoryzowane przez LPR, a PO zmarginalizowana. Centrum polityczne stanie otworem, a zatem centrolewica stanie się faktem. Ewentualne plany budowy nowej formacji centrowej, snute ponoć przez Aleksandra Kwaśniewskiego na czas poprezydencki, zostaną uprzedzone i udaremnione. 
Do tego trzeba jeszcze zneutralizować radykalnie lewicowe, proaborcyjne, antyklerykalne, socjalne frakcje wewnątrz SLD. Na razie to się udaje. Izabela Sierakowska gdzieś zniknęła, Sylwii Pusz pozwolono się wygadać do woli, Jolantę Banach, upominającą się o zwiększenie wydatków na cele socjalne, zgasił minister finansów. Zresztą stan budżetu i wymogi członkostwa w UE uniemożliwiają i tak socjalne harce, a konieczne oszczędności budżetowe i dyscyplina fiskalna spodobają się liberalno-centrowemu elektoratowi, o który idzie gra.

Przekuć porażkę w sukces

Józef Oleksy przestrzega, że ewolucja SLD w stronę centrum zagrozi wyłonieniem się rywala na lewicy. Po zwasalizowaniu Unii Pracy to mało prawdopodobne. Samoobronę zaś Leszek Miller chce wyeliminować raczej przez wymanewrowanie i autokompromitację jej działaczy, a nie umizgi do jej elektoratu (zatem przeciwną metodą, niż Kaczyńscy planują wobec elektoratu i działaczy LPR oraz tejże Samoobrony). Komentatorzy są zgodni, że zamysł Kaczyńskich jest chybiony.
Jeśli ambitne zamiary Leszka Millera się powiodą i uda mu się trwale ulokować SLD w politycznym centrum, nie tracąc kontroli nad wszystkim, co od niego na lewo, to polska socjaldemokracja nieprędko pozwoli sobie odebrać władzę. Nastąpić by to mogło dopiero wtedy, kiedy centrum zostałoby odbite przez prawicę, na co się nie zanosi. Maciej Płażyński właśnie deklaruje, że do centrum to bez niego. Platforma stoi na rozdrożu i nie może się ruszyć, a zamiast centroprawicy mamy nadal scentrowaną prawicę. Leszkowi Millerowi warunki sprzyjają, mimo słabych wyników w wyborach samorządowych. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl