Konstytucja europejska – odwołanie do Boga


Coś więcej niż bezwłosa małpa

Nikolaus Lobkowicz



Państwo jest instytucją świecką – głosi Sobór Watykański II. Jednak preambuły do ustaw zasadniczych państw zawsze były i są okazją do powiedzenia, co myślimy o człowieku. Dotyczy to także „invocatio Dei” w preambule poprzedzającej przyszłą konstytucję Unii Europejskiej. 


Jeszcze nie podjęto decyzji o niewpisaniu do konstytucji europejskiej „invocatio Dei”, czyli o rezygnacji z preambuły odwołującej się do Boga. Byłoby niedobrze, gdyby w ustawie zasadniczej zjednoczonej Europy zabrakło takiego odwołania. Dlaczego? Czemuż to europejskiej konstytucji, pozbawionej „invocatio Dei”, miałoby czegoś brakować?
Wedle nauki Soboru Watykańskiego II o wolności religijnej katolicy nie są już zobowiązani do postrzegania państwa jako „coetus perfectus”, czyli doskonałej wspólnoty i zarazem rzeczywistości podporządkowanej Kościołowi – zgodnie z zasadami sformułowanymi w podręczniku filozofii moralnej jezuity Victora Cathreina, który wydano po raz ostatni pod koniec lat 50. Tak rozumiane państwo miało dostosowywać się do nauki Kościoła we wszystkich kwestiach odnoszących się do wiary chrześcijańskiej i do katolickiej nauki moralnej 
Sobór zdobył się na odwagę, aby uznać, że państwo to rzeczywistość wyłącznie świecka i że Kościół chciałby jedynie apelować do tegoż państwa, wskazując na pewne podstawowe prawa naturalne. Dlatego katolik nie może dziś, powołując się na naukę Kościoła, żądać państwa katolickiego czy chrześcijańskiego. Państwo jest po to, aby zapewnić pokój, sprawiedliwość i porządek, nic więcej, i to obywatelom, którzy mają prawo do swobodnego wyboru przekonań i wiary oraz do zgodnego z nią postępowania – o ile tylko nie zagrażają porządkowi publicznemu.
Kiedyś sądzono, że błędy powinno się co najwyżej tolerować, dla świętego spokoju (w takim duchu wypowiadał się czasem jeszcze papież Pius XII), ale błędom i błądzącym nie mogą przysługiwać żadne prawa. Sobór przesunął akcent – z prawa prawdy na prawo osoby. Przekonania religijne są na tyle wewnętrzną sprawą każdego człowieka, że nikt nie ma prawa uniemożliwiać ludziom realizowania przekonań, w jakich wyrośli bądź jakie wybrali, ani narzucać im innych przekonań (znowu: pod warunkiem zachowania pokoju i porządku społecznego). 
Murarz, który buduje dom, albo stolarz robiący krzesło, albo – by użyć innego przykładu – ktoś układający status jakiegoś stowarzyszenia, nie będzie z tego tylko powodu odwoływać się do imienia Boskiego; nawet jeśli duszpasterze słusznie radzą, aby przed każdą ważną decyzją stanąć twarzą w twarz z Chrystusem. Państwo – tak zadecydował Sobór, odchodząc od długiej tradycji kościelnej – nie jest w żaden sposób bardziej sakralne niż wiele innych rzeczy tego świata. Państwo jest „sprawą świecką”, powołaną tylko do ochrony swego obywatela – jego życia, jego nietykalności, jego wolności – oraz do poszukiwania dróg do sprawiedliwego rozkładania przywilejów i obciążeń.
Jak wszystko to ma się do kwestii „invocatio Dei”? Preambuły do ustaw zasadniczych państw są również wyjątkową okazją do jasnego powiedzenia, co myślimy o człowieku. I jest to także okazja do powiedzenia tego w taki sposób, że dla wszystkich obywateli, zwłaszcza dla polityków, ale także np. dla sędziów, będzie jasne, kim jesteśmy my, ludzie. Pierwsze zdanie preambuły do ustawy zasadniczej Republiki Federalnej Niemiec jest tego dobrym przykładem. „Świadomi odpowiedzialności przed Bogiem i ludźmi...” – tak zaczyna się to zdanie, które w kilku zaledwie słowach szkicuje w swej istocie oczywistą w dalszej interpretacji teologiczną antropologię, której znaczenia nie sposób nie docenić. W zdaniu tym pokazuje się jasno nie tylko to, że dla ojców konstytucji było oczywiste, iż Bóg istnieje, ale również, że człowiek ponosi odpowiedzialność za swoje myśli, idee i czyny nie tylko przed innymi ludźmi bądź też jedynie przed historią, ale także przed Nim, Stwórcą i Panem wszechświata.
Jeżeli, kilka akapitów dalej, pierwszy artykuł niemieckiej ustawy zasadniczej stwierdza, że godność człowieka jest nienaruszalna, to odpowiedź na narzucające się pytanie: „właściwie dlaczego nienaruszalna?” znajdujemy już na początku preambuły: ponieważ ludzie są istotami, których Stwórca nie pozostawił, jak na przykład kwiaty, swojemu losowi, lecz którym przekazał przesłanie i zadanie: aby, stworzeni na obraz i podobieństwo Boże, czynili sobie ziemię poddaną zgodnie z Jego wolą. Człowiek nie mógłby ponosić odpowiedzialności wobec kogoś, kto – będąc może jedynie siłą sprawczą, a nie Osobą – nie postawił mu żadnego zadania i nic od człowieka nie oczekuje.
Fakt, że człowiek ponosi odpowiedzialność przed Bogiem, podkreśla zarazem fakt inny: że istnieje coś takiego jak sumienie. Sobór mówił, że „sumienie jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa. Przez sumienie dziwnym sposobem staje się świadome prawo, które wypełnia miłowaniem Boga i bliźniego” (Gaudium et spes 16). Kto uchwala konstytucję ze świadomością odpowiedzialności przed Bogiem, ten zobowiązuje siebie i wszystkich tych, dla których konstytucja taka jest uchwalana, do ciągłego – nawet jeśli w ukryciu – klękania przed Bogiem i pytania: „Czy to jest to, Panie, czego ode mnie chcesz?”. Wtedy jasnym staje się, że człowiek jest czymś więcej niż bezwłosą małpą. I że człowiek, niezależnie od tego, jak bardzo chciałby się realizować, powinien być posłuszny komuś, kto stoi ponad nim, i że musi sam sobie zadawać pytanie, czym w końcu jest jego, człowieka, najgłębsze jestestwo, którego samorealizacja tak zdaje się leżeć mu na sercu.
Użycie takiego sformułowania w preambule oznacza w istocie nawet i to, że istnieje coś takiego jak grzech – czyli ten rodzaj błędu, o którym dzisiaj mówi się tak niechętnie. Bo kto jest świadomy odpowiedzialności przed Bogiem, ten jest świadom także własnych słabości – i tego, że może w obliczu swej odpowiedzialności zawieść, może jej nie sprostać i czynić rzeczy, które sprzeciwiają się woli Boga. 
Byłoby szkoda, gdyby tego wszystkiego zabrakło w konstytucji, którą wkrótce uchwali dla siebie Europa. Nie oznacza to, że konstytucja europejska bez „invocatio Dei” będzie konstytucją złą; ale jej twórcy zmarnowaliby w ten sposób wyjątkową szansę przypomnienia na nowo współczesnym, nowoczesnym Europejczykom, kim są.


Przełożył Wojciech Pięciak





Nikolaus Lobkowicz
(ur. 1931 w Pradze), filozof i politolog. 1976-82 rektor uniwersytetu w Monachium; jako obywatel USA członek władz Radia Wolna Europa. 1979-83 członek Komitetu Centralnego Niemieckich Katolików; 1982-93 w Papieskiej Radzie ds. Kultury. Rektor Katolickiego Uniwersytetu w Eichstätt (Niemcy). Kieruje Wydziałem Teologicznym Uniwersytetu w Pradze. Autor książek z zakresu filozofii, politologii i religii.




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl