LISTY





Milcząca większość

Obserwując dyskusję wokół filmu „Imperium ojca Rydzyka” i artykułów w „Rzeczpospolitej” na ten temat, stwierdziłem, że analizując działalność Radia Maryja nie wolno oddzielać sfery religijnej od politycznej. Szerzenie strachu, ksenofobii i nienawiści jest w tej rozgłośni przeplecione z misją ewangelizacyjną. W umysłach słuchaczy, zwłaszcza starszych, mniej wykształconych i niezadowolonych z obecnej polskiej rzeczywistości, treści religijne miesza się z politycznymi (głoszonymi często przez te same osoby na przemian z duchowymi). Taka polityka informacyjna nadużywa autorytetu Kościoła i chrześcijaństwa. Treści religijne są wykorzystywane, aby przy pomocy technik stosowanych przez marketing i propagandę, wtłaczać w umysły słuchaczy treści czysto polityczne i ideologiczne, typowe dla retoryki skrajnej prawicy. Powtarzające się oceny wielu biskupów stwierdzających, że Radio Maryja ma wartość ewangelizacyjną, a pewien problem stanowi jedynie jego warstwa polityczna, są błędne i wynikają albo z biskupiej niewiedzy o mechanizmach propagandy, albo (co, niestety, uważam za bardziej prawdopodobne) z niechęci do zdecydowanego przeciwdziałania. Działalność Radia Maryja jest jednoznacznie szkodliwa dla Kościoła. Może Kościół czuje się niezdolny do przeciwdziałania, ale ja, jako członek tego Kościoła, czuję się do tego zmuszony. 
Potrzebna jest akcja wysyłania tysięcy listów do episkopatu, Prymasa, a może i Ojca Świętego. Akcja powinna być jawna i w miarę głośna. Ludzie myślący podobnie jak ja, a jestem przekonany, że jest ich wielu, powinni wiedzieć, jak mogą dać wyraz swojemu przekonaniu, że Radio Maryja powinno być jak najszybciej zreformowane, a ojciec Tadeusz Rydzyk powinien odejść. Przecież istnieją w naszym Kościele radiostacje o innym charakterze, np. warszawskie Radio Józef. Milcząca większość musi mieć szansę odezwania się, aby Episkopat zdał sobie sprawę, że nie wolno lekceważyć opinii licznych wiernych zdecydowanie krytycznych wobec zawłaszczania autorytetu Kościoła przez skrajne ideologie polityczne i społeczne. W polskim Kościele, niestety przyzwyczajonym do milczenia wiernych, taka akcja może być poczytana przez niektórych za szkodliwą. Czy można jednak dopuścić do sytuacji, że głośno może krzyczeć tylko jedna strona?


JACEK KWAŚNIEWSKI
(Warszawa)






Czego zabrakło?

Pozwalam sobie włączyć się w dyskusję dotyczącą tekstu „Świat nie będzie czekał” Jarosława Makowskiego („TP” nr 45/2002). Moja wiedza na tematy poruszane w nim oraz w odpowiedzi Dariusza Kowalczyka SJ i Zbigniewa Nosowskiego („TP” nr 47/2002) ogranicza się wyłącznie do tych tekstów, jednak to, co przeczytałam w artykule pt. „Informacja czy sensacja?” tych ostatnich, nieco mnie zdziwiło. Cały tekst utrzymany jest w tonie napastliwym. Nie wyczytałam w tekście pana Makowskiego, jakoby na sesji wzywano do zwołania III Soboru, jednak nawet gdyby redaktor „TP” coś takiego sugerował, to stwierdzenie, że – jak piszą D. Kowalczyk i Z. Nosowski – „Autor »Tygodnika« nie zauważył, że pytanie o potrzebę nowego soboru nie oznacza wcale wzywania do jego zwołania” jest raczej, według mnie, dowodem irytacji niż uczciwą polemiką. Skąd wiadomo, co Jarosław Makowski zauważył, a czego nie? W ogóle chyba lepiej dla sprawy byłoby, gdyby Kowalczyk i Nosowski napisali, co według nich było ważne, najważniejsze, istotne na sesji, zamiast wytykać, w niezbyt kulturalny sposób, czego Makowski nie napisał, a co powinien był napisać. Według mnie w polemice „Informacja czy sensacja” zabrakło tego, o czym Dariusz Kowalczyk SJ tak pięknie mówił na sesji: „Na szczycie owej hierarchii stoi (…) prawda o prymacie miłości. To miłość powinna stanowić ostateczne kryterium – nie tylko dla słusznej nauki (ortodoksji), ale również zaangażowania społecznego (ortopraksji)”. Więc, powtórzę, zabrakło w tym tekście miłości. A więc także prawdy?


BARBARA KOSSOWSKA
(Südstadt, Austria)






Recepta na nudę

Marcina Króla boli, że żyjemy w czasach „słabych rządów” i, ponieważ nie napędza jej ideologia, „beznadziejnie nudnej polityki” (felieton „Słabe rządy”, „TP” nr 45/2002). Wieje więc nudą w zachodnich demokracjach, gdzie życie polityków wypełniają nie ideologiczne spory, ale tak przyziemne problemy, jak usprawnienie programów pomocy socjalnej, szkolnictwa, opieki zdrowotnej, pomocy krajom Trzeciego Świata. Wyjątkiem, według pana Króla, są Stany Zjednoczone. Moim zdaniem, po ostatnich amerykańskich wyborach politykę zdominowała ideologia skrajnej prawicy. Problemy społeczne, gospodarcze i inne znikły z pola widzenia polityków i mediów, ponieważ pojawił się WRÓG – terroryzm islamski. Pod szczególnym nadzorem znaleźli się m.in. Irakijczycy, Palestyńczycy, Czeczeńcy, natomiast Rosja zebrała od amerykańskich polityków sporo pochwał za rozwiązanie sprawy moskiewskich zakładników bez dzielenia włosa na czworo jak, być może, stałoby się w Europie Zachodniej. Obawiam się, że ideologia tylko wydłuży listę wrogów. Każdy w Ameryce wie, że wojny znaczyły okres prosperity gospodarczej, jednoczyły naród w patriotycznym zrywie, piętnując kontestatorów mianem zdrajców, i ożywiały politykę. Dzięki CNN będziemy przecież, siedząc wygodnie z puszką zimnej Coca-Coli w ręce, podziwiać użycie najnowszych wynalazków amerykańskiej technologii do zabijania. 
Marcin Król pisze, że kanclerz Schröder rozpętał w Niemczech „antywojenną histerię”. A mnie się wydaje, że Europa Zachodnia nie przyjęła amerykańskiej recepty na nudę – zapomniała już o „błogosławieństwach” wojny i po prostu jej nie chce. Poza tym, czyżby nadszedł czas, gdy wojnę uważa się za normalność, a próby utrzymania pokoju za histerię? 


MAREK MAULTZ 
(Wilton, USA)






Zło pochodzi z nas

Przeczytałem wstrząsający i mądry tekst pana Stefana Chwina „Przedszkolanka z ulicy Twerskiej” („TP” nr 47/2002). Wielka pochwała dla Autora. Solidaryzuję się z tym tekstem. Powinien on być przesłaniem do nas wszystkich, że sprawiedliwość nie znajduje się po naszej stronie ani po żadnej innej – jest poza i ponad nami. W wielkiej rzece zła, rozlewającej się na świat, trzeba znaleźć moje i twoje zło, małe czy duże, które ją zasila. Każdy z nas jest odpowiedzialny za powstanie tej rzeki. Tak opisywał sens rachunku sumienia śp. ks. prof. Józef Tischner. „Zło pochodzi z nas” – mówi Jezus Chrystus. Nikt z nas nie jest bez winy i nikt nie może sobie przywłaszczyć sprawiedliwości. Czy pamiętamy, jak modlił się Abraham w sprawie Sodomy i Gomory, zmniejszając wobec Bożego miłosierdzia liczbę sprawiedliwych w tamtych miastach, których obecność mogłaby je uratować przed zagładą? Za każdym razem Bóg zapewniał go, że ze względu na tych kilku sprawiedliwych miasta ocaleją. Nie znaleziono jednak nawet dziesięciu... I jak sprawiedliwie osądzić nasz świat? – dramatyczne pytanie pana Chwina staje się pytaniem ostatecznym.


Ks. FRANCISZEK KAMECKI
(Gruczno, woj. wielkopolskie)






Do Piotra Gruszczyńskiego

Szanowny Panie Piotrze, z uwagę prześledziłem Pańską ocenę naszego Festiwalu („Apetyt na festiwal”, „TP” nr 49/2002). Z mojego punktu widzenia jest ona w 50 proc. słuszna, podobnie jak podpis pod zdjęciem, które zdobi Pana artykuł. Otóż partnerką Piotra Skiby na tym zdjęciu nie jest moja żona, Jadwiga Jankowska-Cieślak, a Małgorzata Niemirska, żona Marka Walczewskiego. Ale, jak rozumiem, to drobna pomyłka Redakcji, a nie Pana. Chętnie przemyślę wiele Pana cennych uwag, muszę jednak powiedzieć, że po przeczytaniu całego artykułu mam pewien moralny dyskomfort. Szanuję Pana, więc pozwalam sobie ten niepokój wyrazić wprost. W akapicie dotyczącym Pana pochwał dotyczących festiwali organizowanych przez panią Krystynę Meissner zabrakło mi jednej informacji: „…piszę to jako wieloletni współpracownik (ewentualnie: rzecznik prasowy) festiwali organizowanych przez panią Krystynę Meissner”. Wydaje mi się, że ta informacja należy się czytelnikom. Nie powoduje mną małostkowość – ciekawy jestem tylko faktu, kiedy zniknęło z naszego życia artystyczno-krytycznego niepisane prawo, że ludzie zaangażowani w jednej instytucji nie podejmują się ocen krytycznych podobnej instytucji? Jeszcze nie tak dawno, kiedy krytyk teatralny podejmował pracę kierownika literackiego w jakimś teatrze, to automatycznie „zawieszał” pióro krytyka. Czy jestem już zbyt staroświecki w swoim myśleniu?
Cieszę się, że Pańska gorąca obrona wartości „Mistrza i Małgorzaty” w reżyserii Krystiana Lupy spotkała się z potwierdzeniem w plebiscycie publiczności naszego Festiwalu. Cieszy mnie tym bardziej to Krystianowe zwycięstwo, że z dużą grupą widzów uciekałem z gniota Oskara Korsunovasa pt. „Mistrz i Małgorzata”, a był to przebój nagrodzony w Awinionie, a ściągnięty na Festiwal DIALOG we Wrocławiu w zeszłym roku. Mamy nadzieję, że w miarę kolejnych edycji Festiwalu Festiwali Teatralnych Spotkania będziemy mądrzejsi o własne i cudze doświadczenie.
Z wyrazami szacunku 


PIOTR CIEŚLAK
dyrektor Festiwalu Festiwali Teatralnych „Spotkania”













LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl