Rząd i prywatna gospodarka

Marcin Król



Od kiedy John Locke umocnił nas w przeświadczeniu, że własność prywatna stanowi podstawę systemu liberalnego, a sto lat później Adam Smith pisał o niewidzialnej ręce rynku oraz o tym, że bogacenie się obywateli sprzyja dobru publicznemu, wszyscy liberałowie zawzięcie starali sie ograniczyć możliwość interwencji państwa (bądź też danej, konkretnej władzy) w niepaństwową gospodarkę. W zasadzie mieli i mają rację, jednak trzeba tu bardzo wyraźnie odróżnić dwa typy interwencji czy też dwie sytuacje, kiedy interwencja jest niezbędna lub zbędna.
Rząd powinien jak najmniej kręcić, gmerać i czynić drobne poprawki w gospodarce. Ile cukru w cukrze, czy też ile nie-benzyny w benzynie, ile ziemi wolno kupić, ile będzie wynosił w przyszłym roku podatek, czego nikt nie jest w stanie przewidzieć – oto sprawy, w które rząd miesza sie niepotrzebnie lub też czyni to z nadmierną wnikliwością i szczegółowością, co nikomu nie wychodzi na dobre. Na co dzień zatem i w normalnej sytuacji wara rządowi od prywatnej gospodarki. Natomiast są sytuacje szczególne, kiedy to rząd właśnie, a nie kto inny powinien interweniować i to interweniować odpowiednio wcześnie.
Nonsensowne jest bowiem przekonanie radykalnych neoliberałów, że w gospodarce wszystko samo się zawsze najlepiej ułoży – nonsensowne i niebezpieczne. Samo nic się nie robi, tylko robią to ludzie, którzy rzadko podejmują decyzje ekonomiczne powodowani przemożnymi uczuciami altruistycznymi. Nie można też bezkarnie sądzić, że wszyscy uczestnicy gry gospodarczej postępują zawsze uczciwie, a tym bardziej, że są oni, co do jednego, bardzo rozsądnymi i przewidującymi osobnikami. Głupota w gopodarce jest równie częstym zjawiskiem jak we wszystkich innych dziedzinach życia społecznego. I tu, ale tylko tu, potrzebne są działania rządu. 
Stocznia Szczecińska, teraz Ożarów – przecież wszyscy zainteresowani wiedzieli, że szykuje się tragedia. Kiedy w małym miasteczku upada zakład krawiecki, który zatrudnia, poza właścicielem, jeszcze czterech pracowników, to jest źle, ale to nie jest dramat. Kiedy upada zakład, który zatrudnia setki lub tysiące ludzi, to jest fatalnie i to szkodzi nie tylko tym ludziom, ale całemu krajowi. Czy nie można było tego przewidzieć, a w szczególności, czy nie mógł tego przewidzieć rząd, który ma przecież najlepszy ogląd sytuacji gospodarczej w kraju (a w każdym razie powinien mieć)? Okazuje się, że w takich własnie sytuacjach rząd przestaje gmerać przy gospodarce i umywa ręce, bo to jest gospodarka prywatna, czyli rząd nic do niej nie ma.
Kiedy słyszę te manipulacje i zwyczajne oszustwa po raz kolejny, mam wrażenie, że rząd postępuje tak jak dzieci na podwórku: jak się uda, to dzięki mnie, jak się nie uda – to nie moja sprawa. Otóż, trzymając się tradycji myśli gospodarczej, rząd nie jest tym nocnym stróżem, który po dwóch piwach przysypia w budce i budzi się dopiero wtedy, kiedy uruchomi się alarm, ale tym, który bez przerwy, całą noc, chodzi wokół strzeżonego terenu i patrzy, czy się aby coś złego nie dzieje. Niewątpliwie myśl liberalna starała się ograniczyć zdolność dokonywania interwencji przez rząd, jednak nigdy nie zakazywała mu ratowania w porę tego, co należy uratować w imię dobrze pojmowanego interesu wspólnego. W Polsce, i nie tylko w Polsce, władze rządowe wolą jednak wygodnie czekać, aż coś się zacznie walić i wtedy pozorować działania skazane na niepowodzenie. Czy taki rząd realizuje interes publiczny? Mam poważne wątpliwości.



 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl