O tym, jak sprawy się mają

MICHAŁ KOMAR

 


Znajomy, który wprowadzał mnie na salony Laureata, uprzedził z góry: 

– Z góry cię uprzedzam, że mistrz nie lubi, kiedy mu się przerywa. Nie lubi też irytujących pytań. Po prostu trzeba go słuchać z uwagą, szacunkiem i, jeśli cię na to stać, ze zrozumieniem. 
– Czyli mam milczeć! – podsumowałem. 
– Tak będzie najlepiej. W końcu to ty chciałeś go poznać, bo jest sławnym Laureatem, podczas gdy on o tobie nigdy nie słyszał i wcale nie jest ciekaw ani twoich poglądów, ani pytań – powiedział znajomy i złośliwie zachichotał. 
No i trzeba przyznać, że znajomy miał rację: bardzo chciałem poznać Laureata, który był laureatem licznych a cennych nagród przyznawanych przez międzynarodowe gremia za dzieła tyczące przyszłości gatunku ludzkiego. Lepiej przy mądrym milczeć i pić wino, niż z głupim pić wódkę i rozmawiać!
Przy kawiorze Laureat wypowiedział sporo pięknych myśli o katastrofalnym stanie rolnictwa w Afryce; poddał bezlitosnej krytyce pogłębiające się nierówności w skali świata; z gorzką ironią opowiadał o dyktacie międzynarodowych korporacji, który to dyktat wiąże ręce rządom ubogich państw afrykańskich. Milczałem. Przy turbocie Laureat wykazał sporo zrozumienia dla młodych narodów III Świata, których co bardziej zapalczywi przedstawiciele tworzą – jak to nazwał – „sieć zbrojnego oporu przeciw potopowi globalizacji”. Milczałem. Przy mięsach wyszydził cywilizację hamburgerów i hot-dogów (pieskich kiełbasek). Milczałem. Przy serach rzucił parę kwaśnych uwag na temat upadku kultury Zachodu. Milczałem. Przy deserze zwrócił uwagę na sielankowy charakter polskiej wsi; wysnuł z tego wniosek, że Polacy, jako Słowianie, winni zwrócić się ku Rosji i w ten sposób ochronić swą narodową tożsamość przed wrogim naporem Zachodu. 
– Jest dziejową rolą Polski – powiedział stanowczym głosem – przezwyciężenie chorobliwego indywidualizmu na rzecz życia we wspólnocie, starorosyjski mir niech będzie wam przykładem! Jak tu mówić z ustami pełnymi tiramisu?! 
Przy kawie, likierach i cygarach pokazał mi zdjęcia do swej najnowszej książki: Laureat wśród afrykańskich dzieci chorych na AIDS, Laureat wśród afrykańskich dzieci, które zostały zmuszone do noszenia karabinów i zabijania, na koniec Laureat w trakcie odkopywania grobów z masowych egzekucji w Afganistanie. Potem zamknął oczy i wyszeptał: – Ludzkość potrzebuje miłości..., dając znak, bym się oddalił. Podsumowując muszę stwierdzić, że jedzenie było znakomite, wina świetne, jak nic musiał wydać na tę kolację z tysiąc euro, a może i więcej, ale – ostatecznie – jako wieczysty Laureat międzynarodowych nagród humanitarnych i równie wieczysty stypendysta zarabia nie najgorzej. 
Następnego dnia pojechałem do kraju. Po drodze jadłem hamburgery. Pięć razy popijałem je coca-colą, raz zaś fantą. Dzisiaj rano zatelefonował znajomy i powiedział, że Laureat bardzo jest mi wdzięczny za żywy udział w dyskusji o ważnych sprawach. I tak właśnie sprawy się mają. 



  




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl