Feminizm w Kościele


Kobiety mówią!

Z siostrą Elizabeth Johnson, amerykańską teolożką, rozmawia Jarosław Makowski



JAROSŁAW MAKOWSKI: – W słynnym „Liście do kobiet” z 1995 r. Jan Paweł II wyraził smutek z powodu win „synów Kościoła” wobec niewiast. Żal z powodu dyskryminacji kobiet odnajdujemy także w wyznaniu win złożonym w czasie Roku Jubileuszowego. Czy kobiety w Kościele są nadal dyskryminowane?
ELIZABETH JOHNOSN: – Dyskryminacja nie ulotniła się wraz z aktami skruchy Jana Pawła II i watykańskich hierarchów. Kobiety dalej są wyłączone zarówno z uczestnictwa w kościelnych posługach (np. posługi diakonatu) czy pełni udziału w systemie sakramentalnym, jak również – a może tym bardziej – z procesów decyzyjnych, które kształtują dzisiejsze oblicze Kościoła. Nie trzeba być przenikliwym obserwatorem życia kościelnego, by się o tej niesprawiedliwości przekonać. 
Kobiety, zwolenniczki teologii feministycznej, jak również miliony innych kobiet, próbują być dziś partnerami równymi i równoważnymi wobec mężczyzn – wyznawców Jezusa Chrystusa. Kłopot jednak w tym, że na przeszkodzie do pełnej równości wciąż stoi stara, czasami szkodliwa mentalność kościelna. Dlatego tak niewiele pod tym względem zmienia się w codziennym życiu większości katolików. I, co natychmiast dodaję, nie tylko mężczyzn. 
Katoliczki nie są dziś bezczynne. Świadczy o tym choćby rozwój teologii feministycznej. Jednak trzeba zapytać: w jakim stopniu teologia ta jest reakcją na fakt, że kobiety były w Kościele przez wieki skazane na milczenie?
– Musi dawać do myślenia, że przez 2000 lat głównymi, publicznymi interpretatorami Ewangelii i, co nie bez znaczenia, wiary byli tylko i wyłącznie mężczyźni. Oczywiście fakt ten sam w sobie nie jest czymś złym. Jednak zło i niesprawiedliwość zaczyna się wtedy, gdy milczenie kobiet w sprawach interpretacji Słowa Bożego prowadzi do ich marginalizacji. Jest to, jak mi się zdaje, przejaw pewnego zapomnienia: tego mianowicie, że również i kobiety zostały ochrzczone jako członkowie wspólnoty Ciała Chrystusa. 
Dziś na szczęście tajniki wiary i studiowanie religii stały się otwarte również dla kobiet. To sprawia, że po raz pierwszy możemy usłyszeć kobiecy głos, również głos sprzeciwu. I dobrze, że kobiety chcą dziś mówić własnym głosem, pokazywać pomijane w ciągu wieków kobiece wyobrażenia Boga, kobiece obrazy Trójcy Świętej, wyrażać swój sposób przeżywania chrześcijańskiej wiary. Już choćby to powinniśmy uznać za wydarzenie zgoła historyczne. Bo zabierające głos kobiety i, co za tym idzie, w końcu zauważone we wspólnocie Kościoła – mogą domagać się prawa udziału w jego strukturach, tej władzy, którą odnajdujemy także w wizerunku Boga. 
A więc proszę powiedzieć, co Kościół stracił w swym odczytywaniu planu Stwórcy, jak również w swych strukturach, spychając kobiety na margines życia kościelnego?
– Kościół stracił przede wszystkim dar, jaki mógłby mu zostać ofiarowany przez połowę jego wiernych. Na ów dar składa się duchowość wyrażana i przeżywana przez kobiety, ale także intuicje duszpasterskie. I to, co wydaje mi się bardzo ważne: Kościół dzięki zmysłowi kobiecemu mógłby być bardziej praktyczny... Bo przecież tak wiele kobiet było i jest w sposób cudowny obdarowanych energią, współczuciem i chęcią oddania siebie Bogu. Niemniej kobiety były i często są w swym działaniu skutecznie blokowane. 
Czy zmiana sposobu mówienia o Bogu, jaką na przykład proponuje siostra w książce „She who is”, może zmienić podejście do uprawiania teologii? Zapewne zdaje sobie siostra sprawę, że niejednokrotnie zastępowanie słowa Bóg („On”) słowem „Ona” staje się przedmiotem żartów albo, przeciwnie, elementem obowiązującej mody.
– W moim przekonaniu nie jest bez znaczenia, w jaki sposób symbol Boga funkcjonuje w ludzkich umysłach. Jeśli ciągle myślimy o Bogu w formie męskiej, nie ulega wątpliwości, przynajmniej dla mnie, że w ten sposób faworyzowani są mężczyźni. 
– W jaki sposób? 
– Ano w taki, że prezentują się ludzkiej świadomości jako ci, którzy są bardziej podobni do wizerunku Stwórcy. Mniejsza o to, że tak jednostronna interpretacja tekstów biblijnych pachnie mi idolatrią. Natomiast ważniejsze jest to, że Kościół potrzebuje kobiecych i kosmologicznych metafor, które mogłyby opisywać Boga. Nie jest to tylko nasza, kobiet, zachcianka, gdyż rzeczywiście takie metafory znajdujemy w samej Biblii. Przykładowo – dla proroka Izajasza czy Ozeasza Bóg jest jak Matka, starotestamentalne słowo „miłosierdzie” pochodzi od słowa rehem, czyli „łona matki”, starotestamentalną personifikacją Boga jest żeńska postać Sophia, „Mądrość Boża”, sam Jezus przyrównał Boga do kobiety, która po stracie drachmy (człowieka) szuka jej, aż ją znajdzie. 
– Ale dlaczego to ma być takie ważne?
– Za pomocą metafor bliskich feministycznej wrażliwości kobiety bardziej mogą utożsamiać się ze swoim Bogiem. Ba, na równi z mężczyznami mogą czuć się stworzonymi na Jej obraz i podobieństwo, gdyż w Bogu odkrywają nie tylko to, co męskie, ale też to, co kobiece. 
Czy to kwestia mody? Otóż nie. To nie jest żadna moda, ale jedna z ważniejszych kwestii teologicznych, która z oporami przebija się do szerszej świadomości kościelnej. 
Dzisiaj – twierdzi siostra – nastał czas, aby macierzyńska metaforyka wróciła na „właściwe miejsce”, czyli do Boga. To przede wszystkim Bóg jest naszą czułą i miłosierną Matką. To piękne metafory, ale co dokładnie wyrażają?
– To, że współczucie, opieka matczyna, dobro, piękno, które każdy z nas znajduje u dobrej matki, wskazują na Boga, który jest ich źródłem. Mężczyźni – nie chciałabym być źle zrozumiana – również mogą okazywać współczucie. Ale my, kobiety, potrafimy i wyrażamy je w inny sposób, raczej nieznany mężczyznom. Kiedy mówimy o Bogu jako o naszej miłosiernej Matce, tak czyni to również Biblia, otwiera się przed nami całkowicie nowe doświadczenie Boga, opierające się na doświadczeniu właściwym kobietom. A zatem to, co kobiece czy matczyne, mieści się w tajemnicy i doświadczeniu Boga, jest godne nazywać Boga. W nowy sposób uświadamiamy sobie godność kobiet i matek. Święty Bóg Matka rzuca nowe światło na pojmowanie i przeżywanie świętości kobiet i matek, pojmowanie i przeżywanie, które nie może w pełni stać się udziałem mężczyzn i ojców. 
Skąd bierze się przeświadczenie Siostry, że metafory, którymi dotychczas posługiwaliśmy się opisując Boga – „Ojciec”, „Syn”, „Duch” – są źródłem niedostatecznego odczytywania tajemnicy Trójcy Świętej. 
– Tradycyjne nauczanie Kościoła głosi, że żadne imię Boga nie może być rozumiane literalnie. Wszystkie one działają na zasadzie analogii, w której każde imię Boga z istoty opierające się na ludzkim doświadczeniu, bardziej jest do Niego niepodobne niż podobne – w taki mniej więcej sposób sformułował to już Sobór Laterański IV w XIII w. A dzieje się tak dlatego, że Bóg jest zawsze większy niż to, co jesteśmy sobie w stanie o nim pomyśleć, niż to, co jesteśmy sobie w stanie o Nim wyobrazić. Oto powód, dlaczego nawet imiona Trójcy Świętej nie mogą być rozumiane literalnie. Nawet wówczas, jeśli – jak w tym przypadku – opisują tak fundamentalną tajemnicę Boga chrześcijan. Nic na to nie poradzimy, albo przeciwnie, mamy szczęście, że Bóg żywy jest nieprzeniknioną tajemnicą. 
Czy zdaniem Siostry istnieją przeszkody teologiczne do tego, by kobiety mogły pełnić w Kościele katolickim posługę diakonatu? Bo o kapłaństwie trzeba raczej zapomnieć.
– Takie przeszkody teologiczne po prostu nie istnieją. Tym bardziej, kiedy patrzy się na bardzo dobrze udokumentowaną historię kobiet, które posługę diakona pełniły. Mam tu na myśli choćby postać św. Marty. 
Nie widzę też żadnych powodów, by ignorować dziś możliwość powołania kobiet przez Ducha Świętego do stanu kapłańskiego. Znam wiele kobiet, które w głębi swych serc czują głos powołania. A Duch Święty, jak doskonale wiemy, wciąż czyni rzeczy, których nigdy byśmy się nie spodziewali. 
Jednak Jezus Chrystus, choć mógł, nie powołał kobiet do grona 12 apostołów. A z oficjalnych dokumentów kościelnych wyczytać możemy, że decyzja ta z pewnością nie dyskryminuje kobiet.
– W moim przekonaniu nie można mówić, że Chrystus nie powołał do grona swoich uczniów niewiast. Wiele kobiet, jak pokazuje nam to Ewangelia, podążało za Nim i tworzyło grono najbliższych uczniów. Kobiety, o czym nierzadko się zapomina, stały wiernie z Chrystusem podczas ukrzyżowania. Były pierwszymi świadkami Jego zmartwychwstania i świadectwo to przekazały dalej. Więcej: duża część kobiet piastowała wysokie stanowiska w pierwszych latach istnienia Kościoła będąc prorokiniami, nauczycielkami, misjonarkami i liderkami wspólnot kościelnych. 
Otóż kiedy Nowy Testament interpretowany jest za pomocą metod wykorzystywanych przez teologię feministyczną, cała ta ukryta historia, którą tu skrótowo przedstawiłam, ukazuje się naszym oczom. Jest to powód, dla którego Papieska Komisja Biblijna (grono wybitnych katolickich biblistów), poproszona w 1975 r. przez Kongregację Nauki Wiary o przebadanie kwestii święceń kapłańskich w Piśmie Świętym w kontekście święceń kobiet, odważyła się powiedzieć, że w Nowym Testamencie nie ma żadnych wypowiedzi, które pozwoliły twierdzić, iż kobiety nie mogą być powołane do stanu duchownego.
– Czym jest teologia, którą siostra uprawia? 
– Jestem zwolenniczką wielości i różnorodności teologii. Teologii, nie bez znaczenia jest tu liczba mnoga, które odzwierciedlałyby specyfikę Kościołów lokalnych i kultur, z których się wywodzą. 
Mogę również powiedzieć, że jestem zwolenniczką teologii, która szuka zrozumienia i dialogu ze współczesną kulturą. Myślenia religijnego, które promuje i zachęca wiernych do podążania za Chrystusem poprzez nawoływanie do pokoju i sprawiedliwości na świecie. Sama trzymam się takiego kursu, skupiając się przede wszystkim na potrzebach kobiet i Matki Ziemi.

O teologii s. Johnson pisał Józef Majewski na łamach „TP” („Bóg jako Matka”, nr 46/2000).




ELIZABETH JOHNSON – wybitna amerykańska teolożka feministyczna. Jako pierwsza kobieta pełniła funkcję przewodniczącego Katolickiego Towarzystwa Teologicznego Ameryki, jest profesorką teologii dogmatycznej na jezuickim Uniwersytecie Fordhah w Nowym Jorku, należy do Zgromadzenia Sióstr św. Józefa z Le Puy.
Myśl teologiczna s. Johnson charakteryzuje się niezwykłą – w dobie specjalizacji i fragmentaryzacji wiedzy (też teologicznej) – wszechstronnością, która znamionuje dzisiaj tylko nieliczną grupę najwybitniejszych postaci „sacra scientia”. Z równą swobodą – i oryginalnością ujęcia – porusza się po chrystologii (dzieło: „Consider Jesus. Waves of Renewal in Christology” [1992]), mariologii (liczne artykuły; w najbliższym czasie ma ukazać się osobna książka o tajemnicy Maryi), eklezjologii („Friends of God and Prophets. A Feminist Theological Reading of the Communion of Saints” [1998]), teo-ekologii i pneumatologii („Women, Earth and Spirit” [1993]), teologii biblijnej („Pauline Theology: Looking Back, Pressing On” [redaktorka dzieła zbiorowego; 1997]) czy teologicznej nauce o Trójcy Świętej („She Who Is. The Mystery of God in Feminist Theological Discourse” [1993]). Praca „She Who Is” („Ona, która jest”) to nie tylko kamień milowy w feministycznej refleksji nad doktryną Trójjedynego Boga, ale również zasadnicze wyzwanie dla tradycyjnego rozumienia tajemnicy Trójcy Świętej. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl