Gdy krewni z Niemiec pytali, czemu został w Polsce, odpowiadał, że ma obowiązki wobec przodków


Ostatni z plemienia Prusów

Dariusz Jarosiński



Gustaw Trosien z Nowego Gielądu koło Sorkwit jest jednym z niewielu Mazurów – kto wie, może ostatnim? – który może powiedzieć, że pochodzi stąd „od zawsze”. Jego protoplaści wywodzą się z pruskiego plemienia Bartów z okolic Bartoszyc. Kiedy Gustaw zabrał się za spisywanie kroniki rodu, okazało się, że najstarszy dokument rodzinny, do jakiego dotarł, pochodził z 1349 roku.  


Etymologia słowa „Prusy” pozostaje niejasna: prawdopodobnie to nie oni sami tak się zwali, ale zostali tak nazwani przez obcych. W XII w., gdy nazwa stała się powszechnie znana, a stosunki sąsiadów z Prusami częstsze i dokuczliwsze, termin odnoszono do wszystkich pogan, zamieszkujących między Bałtykiem, dolną Wisłą i Niemnem. Po zakończeniu podboju Prusów pod koniec XIII w., Krzyżacy ogłosili się „Panami Pruskimi”: władcami ziem i ludzi. 
Także pochodzenie Prusów było zagadką. Dziś wiemy, że były to ludy pochodzenia bałtyjskiego, zorganizowane w dziewięciu plemionach, które nigdy nie stworzyły jednolitego państwa. Wiemy też, że Prusowie bardzo miłowali wolność. 
Nie jest zaś prawdą, że zostali „wycięci w pień” przez Krzyżaków, jak się powszechnie sądzi, choć język pruski zamilkł w XVII w. Prusowie wymieszali się z osadnikami: z Mazowsza, Niemiec, Holandii, Litwy. Jak pisze prof. Łucja Okulicz-Kozaryn w książce „Dzieje Prusów”: „Tak zniknęli Prusowie z kart historii. Nie od razu i nie tylko dlatego, że zniszczyły ich wojny i przesiedlenia. Proces ich zanikania trwał przez pokolenia, które, stopniowo ustępując obcej kulturze i cywilizacji, przejmowały mowę i zwyczaje najeźdźców. W XVII w. zachowała się jeszcze pamięć o dawnych zwyczajach i obrzędach, zapomniano jednak mowy przodków. Ziemie pruskie stawały się ojczyzną ludzi zgermanizowanych, spolonizowanych lub zlituanizowanych. Skomplikowane przemiany przyniosły im nowe poczucie przynależności narodowej”. 
Pamięć po ich obecności pozostała w kamiennych rzeźbach, nazwach rzek, miejscowości i bagien; w mitach i przekazach o męczeńskiej śmierci świętych Wojciecha i Brunona; słowach w nie-pruskich zabytkach piśmiennictwa, jak „Słownik Elbląski” z ok. 1400 r. oraz XVI-wieczne dzieła: „Kronika” Szymona Grunau, „Katechizmy” Lutra i tzw. „Enchiridion”. W sumie ostało się ok. 1800 pruskich słów. W krajobrazie pozostały zaś garby kurhanów i grodzisk, rozpostarte wśród lasów i jezior. 
I zostali ludzie – jednostki.

Korzenie

Gustaw Trosien z Nowego Gielądu koło Sorkwit jest jedną z nielicznych osób żyjących dziś na Mazurach – a może ostatnią – która ma prawo powiedzieć o sobie i swej rodzinie, że pochodzi stąd „od zawsze”. Jego protoplaści wywodzą się z plemienia pruskiego Bartów z okolic Bartoszyc. Zanim się rozpierzchli w różne strony, tworzyli wioskę o nazwie Trosienen.
Jeden z przodków Gustawa Trosiena, Lothar Trosien z okolic Kętrzyna, w nagrodę za zasługi w wojnach napoleońskich otrzymał z rąk króla Prus Fryderyka Wilhelma III prawo osiedlenia się w okolicach Sorkwit. W 1818 r. założył wspólnie ze swymi żołnierzami wieś, której nadano nazwę Nowy Gieląd (istniejącemu obok Gielądowi dodano: Stary). Sporo potu musieli wylać byli żołnierze, nim powstała wieś: siekierami karczowali las, by ziemia zaczęła rodzić plony. Każdy z kilkunastu byłych żołnierzy otrzymał 50-morgowy grunt (ok. 12,5 hektara). Ci, którzy chcieli trudnić się rybołówstwem lub pracą w lesie, dostali nad jeziorem Gielądzkim mniejsze, 25-arowe działki. Osadnikami byli też Mazurzy z mazowieckimi korzeniami; zachowały się nazwiska: Klocek, Burszacki. 
Od tamtego czasu, tj. od 1818 r., dom Gustawa Trosiena był przebudowywany, ale fundamenty stoją ciągle te same, od 200 lat. I jak ongiś, tuż za podwórzem szumią rosłe świerki. 
I wojna światowa upomniała się o chłopców ze wsi: tablica z nazwiskami tych, którzy zginęli, wisi w sorkwickim kościele. Ale największą daninę wieś zapłaciła w 1945 r.: pod koniec stycznia zjawili się Sowieci. W pobliżu nie brakowało gorzelni, więc dzień i noc pili. Dziewięcioletni Gustaw patrzył, jak kilku pijanych czerwonoarmistów wciągnęło do piwnicy matkę – i gwałciło. Ojciec stał na podwórzu i płakał, do głowy miał przystawioną pepeszę. 
Potem w domu małego Gustawa jeszcze kilka razy dochodziło do gwałtów na kobietach, które z różnych stron Mazur szukały tu schronienia w czasie zimowej ucieczki – gielądzka droga była jedną z tych prowadzących w kierunku Zalewu Wiślanego.
Ojca Gustawa, wraz z innymi mężczyznami ze wsi, Sowieci wywieźli na Syberię. We wsi zostali starcy, kobiety i dzieci.

Polska lista

Potem władzę przejęła polska administracja – i jesienią 1945 matka Gustawa wraz z dziećmi przyjęła polskie obywatelstwo: miała nadzieję, że to ich ochroni. W urzędzie gminy urzędnik napisał kaligrafowanym pismem na odwrocie niemieckiego dokumentu z hakenkreuzem: „Obywatelka Maria Trosien z synem Gustawem i synem Dieterem przyjmują polskie obywatelstwo”. Ale nie zawsze dokument z polską pieczęcią ich chronił. Nie interesował ani szabrowników, którzy rabowali, co się dało, ani milicjantów, którzy przychodzili niby w poszukiwaniu broni, a wynosili kury, słoninę i chleb.
Jesienią 1945 w sorkwickim kościele ewangelickim pojawił się pastor Alfred Jagucki; przyjechał z Suwalszczyzny. Gustaw Trosien mówi, że dopiero po wielu latach można ocenić, jak ważną wtedy spełnił rolę ten ksiądz: Mazurzy poczuli się bezpieczniej. Pojawiła się iskierka nadziei, że nadejdą kiedyś lepsze dni. Jak dawniej, modlili się po mazursku; starsi ludzie znali ten język. Pastorowa Jagucka otoczyła szczególną troską dzieci. Gustaw pamięta, jak z gromadką dzieciaków przedstawiali Jutrznię na Gody, czyli na Boże Narodzenie, na podstawie opracowania Karola Małłka.
Zresztą już wcześniej, do 1939 r., ich poprzedni pastor Ernst Schwartz odprawiał nabożeństwa także po mazursku. Później, po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 r., księdza Schwartza wraz z innymi mazurskimi pastorami posłano za karę na front wschodni – byli członkami tzw. Kościoła Wyznającego, opozycyjnego wobec narodowego socjalizmu nurtu w niemieckim protestantyzmie. Kiedy po wojnie ks. Schwartz wrócił – z sowieckich łagrów do Niemiec Zachodnich – nie zapomniał o Mazurach. Do dawnych wiernych pisał, że wróciłby do nich choćby na kolanach. Biednym, a takich nie brakowało, przysyłał paczki – i słowa otuchy. Zmarł w latach 90. 
XVII-wieczna rzeźba Chrystusa do dziś wisi w sorkwickim kościele bez rąk. Pijany czerwonoarmista odstrzelił je dla zabawy.

Z życia w PRL

Mazurzy niechętnie posyłali dzieci do polskiej szkoły. Matka Gustawa uznała jednak, że nieważne jaka szkoła, byle dzieci się uczyły. Gustaw i Dieter byli jednymi z pierwszych mazurskich uczniów. 
W roku 1947 i 1948 wzmogła się presja ze strony komunistycznej administracji, by przyjmować polskie obywatelstwo. Opornych wzywano na rozmowy do Urzędu Bezpieczeństwa w Mrągowie. Żeby wymusić posłuszeństwo, zabierano kozy lub krowy, często jedyne żywicielki rodzin. Ci, którzy podpisali tzw. polską listę, mogli wrócić do domu ze zwierzęciem. Nieposłusznych karano też aresztem, upodlającymi robotami. 
W maju 1947 wrócił z Syberii ojciec Gustawa. Wrócił przez Niemcy, razem z sąsiadem Komusinem. Sowieci odesłali ich do Niemiec, bo uznali, że ich miejsce jest właśnie tam. Ojciec długo leczył skutki pobytu na nieludzkiej ziemi; do końca życia cierpiał m.in. na astmę. Gospodarstwo było rozszabrowane, ojciec załamany. Bali się o niego: widzieli, jak cierpiał, patrząc na pustą oborę i stodołę. 
Zdarzył się jednak cud: Trosienowie otrzymali klacz, z UNRR-y [powojenna pomoc z USA dla Europy – red.]; inni Mazurzy wracający z niewoli nie mieli tego szczęścia. Mały Gustaw zaczął gromadzić narzędzia rolnicze. Pod okiem ojca stawiał pierwsze kroki w gospodarstwie: musiał nauczyć się klepać kosę, na żarnach mielił zboże, by matka miała z czego upiec chleb. Sołtys pomógł załatwić pożyczkę na kupno ziarna na siew. Klacz obrabiała też pola sąsiadów; doczekali się źrebaka. 
Kiedy mieli już dwa konie, ojciec uwierzył, że życie w Nowym Gielądzie odrodzi się. 
Momentów zwątpienia jednak nie brakowało. Wiele goryczy trzeba było przełykać choćby wówczas, gdy pod dom Trosienów zajechał samochód z ubekami: ktoś doniósł do UB, że Gustaw Trosien jest szpiegiem i ma w domu radiostację. Za radiostację wzięto radio kryształkowe na słuchawki. Ubecy zerwali antenę zawieszoną na drzewie, pocięli druty i przewrócili do góry nogami dom w poszukiwaniu szpiegowskich materiałów. Z opresji uratował Gustawa miejscowy komendant milicji – ale w zamian Gustaw musiał zapisać się do Ochotniczej Rezerwy MO.
Z czasem gospodarstwo Trosienów stało się jednym z lepszych w okolicy – i Gustaw jako syn kułaka zabierany był na akcje „Służby Polsce”: na żniwa, do robót drogowych, czynów społecznych. 
Od 1954 do 1966 r. pracował na poczcie jako listonosz; ożenił się z Mazurką z Dłużca, Gawlikówną, której rodzina przywędrowała kiedyś z Mazowsza; przejął gospodarstwo. Teść Gustawa był kowalem, miał kuźnię w Dłużcu na skarpie nad jeziorem. Dziś stoi tam katolicka kaplica. Kiedy teść dowiedział się o tym w Niemczech, gdzie mieszka od lat, wzruszył się: „Musiałem chyba dobrze czynić ludziom, skoro miejsce kuźni stało się miejscem świętym”.

„My zostajem...”

Po 1956 r. sporo mieszkańców podsorkwickich wsi zaczęło składać wnioski na wyjazd do Niemiec. Szczególnie dużo wyjechało najpierw w latach 1957-58, a potem w kolejnej fali, w latach 70. Pisali listy: młodsi, że jest im „tam” dobrze; starsi przyznawali, że tęsknią – w RFN byli traktowani jak obcokrajowcy, z trudem znosili rozstanie z ojcowizną-ojczyzną.
Choć powojenne życie w Nowym Gielądzie nie było łatwe, ojciec Gustawa nie chciał nawet słyszeć o wyjeździe do Niemiec. „My zostajem” – powtarzał. Mówił, że nigdzie na świecie nie jest tak ładnie, jak na Mazurach. I choć rzadko ujawniał uczucia, gdy mówił o rodzinnej ziemi, wzruszał się. Gustaw zapamiętał te słowa i te wzruszenia.
Ojciec zmarł w 1977 r. Pochowali go obok przodków, na cmentarzu w Gielądzie. 
Kiedy Gustaw miał 16 lat, został wybrany kasjerem w kościele ewangelickim w Sorkwitach. Kiedy skończył 21, powołano go do rady parafialnej. Od 26. roku życia do dziś pełni funkcję prezesa rady parafialnej. „Jakbym mógł opuścić tych ludzi, oni tak mi ufają” – mówi. 
Krewni w Niemczech myśleli, że nie chce wyjechać z Polski, bo jest komunistą. A on nie potrafiłby żyć poza Gielądem. Mówi, że ma do spełnienia obowiązek wobec przodków, ziemi, garstki tych Mazurów, którzy zostali – oraz wobec sorkwickiego kościoła.
Od kilku lat ma więcej czasu, syn zajmuje się gospodarstwem. Zabrał się więc za spisywanie kroniki rodu Trosienów. Najstarszy dokument, do jakiego dotarł w archiwum w Niemczech, pochodzi z 1349 r. 
Na spacery lubi zabierać wnuka. Kiedy idą tak razem po łąkach, Gustaw Trosien przekonuje malca po swojemu, po mazursku, że Gieląd to najpiękniejsze miejsce na świecie. 


Dariusz Jarosiński jest reporterem, specjalizuje się w tematyce mazurskiej. Współpracuje m.in. z „Rzeczpospolitą”, „Pomeranią” i „Borussią”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl