Ostatnie premiery w krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego


Powoli, ale ku lepszemu

Łukasz Drewniak



Sporo inscenizacji nowych sztuk pojawiło się na afiszu krakowskiego Teatru im. Słowackiego. Widać, że scena szuka oblicza w ramach „teatru środka”, w którym punkt ciężkości zamiast na rozbuchanej inscenizacji opiera się na aktorach i tekście. Gdzie publiczność od eksperymentów formalnych woli raczej posłuchać dobrze opowiedzianej scenicznej anegdoty. 


Najlepsze efekty osiągnięto w realizacjach dwóch polskich utworów, będących kombinacją erudycji i komediowego stylu, które na dodatek liczą na wciągnięcie widza do intelektualnej zabawy. My pod Wawelem trochę od takiej strategii odwykliśmy.

Z życia pasożyta

Postać Bułhakowa jest Maciejowi Wojtyszce nieobca: pod koniec lat 80. zrealizował przecież udaną telewizyjną wersję „Mistrza i Małgorzaty” z Gustawem Holoubkiem, Anną Dymną i Władysławem Kowalskim. Jednak w „Bułhakowie” osoba pisarza jest tylko pretekstem do ukazania bufetu i kulis Moskiewskiego Teatru Artystycznego, gdzie przez lata w repertuarze obok sztuk Czechowa i Gorkiego grano bułhakowskie „Dni Turbinów”. Wojtyszkę fascynuje ów skansen dawnego, przedrewolucyjnego życia w sowieckiej Rosji, który wcale nie jest enklawą wolności, raczej miejscem upiornym, niemal Massolitem z „Mistrza i Małgorzaty”. Reżyser pokazuje Rosję, która przyduszona przez terror umiera, ale i romansuje, bawi się absurdem, zanurzona w nim po same uszy i czyta – zachłannie, z rozpaczą i nadzieją zarazem.
Wojtyszko nie wprowadza na scenę Bułhakowa, ale bada, kto w tamtym czasie, w ostatnim roku życia artysty, kręcił się wokół niego. Owszem – niezłomne kobiety, wierni przyjaciele, ale przede wszystkim konfidenci, lawiranci i tchórze. Punktem odniesienia dla tej menażerii jest nie ukończona jeszcze powieść, która już objawia swoją diaboliczną siłę. Nieprzypadkowi czytelnicy zaczynają się w niej rozpoznawać, jakby dopiero tam ich życie nabierało wyższego wymiaru.
Teza reżysera jest karkołomna, ale z pewnością niegłupia: otóż uważa on, że prawdziwym autorem „Mistrza i Małgorzaty” jest sama Rosja, reprezentowana przez bataliony tuzinkowych postaci, zamieszanych w proces powstawania dzieła. Enkawudziści niechcący pomogli ocalić powieść, szpicle mimochodem podpowiedzieli jej wątki, blagierzy i fanfaroni przetestowali na sobie jej prawdziwość, pijacy w nią uwierzyli. Wojtyszko tak zaprojektował galerię drugoplanowych bohaterów, by niemal bez wyjątku byli to ludzie, którzy czują obrzydzenie do samego siebie, ale dalej brną w świństwo, bo albo po prostu chcą przeżyć, albo ochronić coś, co jest ważniejsze niż oni sami.
Oto żona Bułhakowa Helena walczy o ocalenie powieści, jej siostra – surowa strażniczka teatralnej tradycji (Hanna Bieluszko) – o zachowanie spuścizny Stanisławskiego i Niemirowicza-Danczenki w Moskiewskim Teatrze Artystycznym. Młody aktor (Błażej Wójcik) skazany na statystowanie, którego marnujący się talent NKWD wykorzystuje do roli szpicla Bułhakowa, swoimi łajdactwami chce pomóc zesłanej do łagru żonie. Wydalony ze stolicy Mikołaj Erdman (Mariusz Wojciechowski) desperacko próbuje wybrnąć z narzuconej mu współpracy z zespołem pieśni i tańca NKWD. Nawet pułkownikowi Szywarowowi (Krzysztof Jędrysek) chodzi głównie o sprawne i racjonalne funkcjonowanie aparatu nadzoru nad artystami. Zresztą Szywarow to postać złożona: z jednej strony reżyser prowokacji sowieckiej bezpieki i mistrz przesłuchań, z drugiej perfekcjonista, nie lubiący męczyć ludzi dłużej niż to jest konieczne i wielbiciel twórczości Bułhakowa.
Wojtyszce udało się solidne, bardzo aktorskie przedstawienie. Joanna Mastalerz wyławia z roli Heleny cudne detale. Jest późna jesień, a ona sowieckim zwyczajem nosi skarpetki do szpilek. Obsesyjnie poszukuje dużych słoików, w których można by zakopać zapisane zeszyty. Kiedy zbliża się do niej ktoś nieznajomy, nerwowo zakłada płaszcz, który w podszewce ma specjalną kieszeń na rękopis powieści. To pewnie ten sam płaszcz, w którym po latach wywiezie ją zachodnim wydawcom. Wojtyszko z rozmysłem nadaje jej cechy powieściowej Małgorzaty.
„Bułhakow” to kolejna z cyklu polskich sztuk o Rosji, po „Miłości na Krymie”, „Czwartej siostrze” i „Śnie Pluskwy”. I bodaj najuczciwsza. Owszem – także i ona nie istnieje samodzielnie, pasożytuje na naszej znajomości rosyjskiej literatury, żywotności mitu, pełno w niej cytatów i pastiszy, ale jako jedyna nie pragnie dać syntezy XX-wiecznego rosyjskiego szaleństwa. Pokazuje wycinek sowieckiej rzeczywistości czasów stalinowskiego terroru, nie siląc się na szukanie odpowiedzi na pytanie: dlaczego Rosjanie są tacy, a nie inni i za jakie grzechy historia ich tak doświadczyła. Zamiast roztrząsać tajemnice syberyjskiej duszy, Wojtyszko z błyskotliwym acz zaprawionym goryczą humorem scala fragmenty ludzkich losów.

Przewrotna ars moriendi

„Nondum” Lidii Amejko miał premierę parę miesięcy temu, ale teraz jest dobry moment, żeby do niego wrócić. Tytułowym protagonistą sztuki, wyreżyserowanej w Słowackim przez Magdalenę Łazarkiewicz, jest potomek starego rodu. Jego imię znaczy Niedokonany i pasuje jak ulał, bo bohater żadną miarą nie może zejść z tego świata, choć stale próbuje: wiesza się na konopnym sznurze i nic. Śmierć nie chce do Nonduma przyjść; może za bardzo się jej boi, a może zbyt jej pragnie?
Próżne oczekiwanie wypełnia mu gadanina zrzędliwej służącej Emilii (komiczna w podkrakowskim stylu Barbara Kurzaj) i jej opowieści o różnych chwalebnych przykładach ars moriendi. Marcin Kuźmiński, który niemal przez cały czas trwania sztuki dynda sobie na sznurze nad sceną, gra człowieka, który ma wszystkiego śmiertelnie dosyć, a jednocześnie chce obłaskawić, zagadać niecodzienną sytuację. Wymięty i nieogolony, obraca się nieporadnie na sznurze, starając się nie stracić z oczu myjącej podłogę kuchty, nie uronić ani jednego jej słowa. Nie szuka u niej jednak pociechy.





 
Joanna Mastalerz 

 i Hanna Biełuszko 

 w przedstawieniu 

 „Bułhakow” Macieja Wojtyszki




Reżyser pyta za autorką tej przewrotnej sztuki o granice człowieczeństwa (czy człowiekiem jest ten, któremu odmówiono tak arcyludzkiej rzeczy jak śmierć?), pokazuje zwykłość fantastycznych bohaterów Amejko. Kapitalną metaforę świata, który ugrzązł w dołku niedokonania i nie może z niego ruszyć dalej, stanowi zbudowana na scenie machina czasu – monstrualny zegar, komputer do liczenia rzeczy niestniejących albo elektryczna Ściana Płaczu. W regularnych odstępach czasu tajemnicze „ustrojstwo” huczy i trzeszczy, a wtedy bohater krzyczy: „Głośniej!”, „Głośniej!”. Póki nie ma ciszy, nie ma śmierci. Dowód istnienia przychodzi z zewnątrz – rozumuje wisielec. Człowiek żyje póty, póki dookoła słychać hałas, huk, harmider, w którym furkocze doczesność.
Czym zasłużył sobie Nondum na to, że Nicość o nim zapomniała? Czemu nie umiera? Wraz z pojawieniem się Psychopompa poznajemy przyczyny „człowieczej niepełności” bohatera. Jerzy Światłoń chce, byśmy graną przez niego postać przewodnika dusz traktowali z nieufnością, wątpiąc, czy to nie aby jaki hochsztapler, wyłudzający pieniądze od „niedoumarlaków”. Otóż nie było żadnych przodków Nonduma, wiara, że jego ród jest najstarszym w tej okolicy, to bajka. Tak naprawdę bohater jest dzieckiem chutliwego parobka i występnej, rozpustnej księgi. Zrodził się z męskiego nasienia przelanego na pergaminową kartę. Nondum stanowi więc byt niemożliwy, idealny, który jednak wbrew prawom natury zaistniał. I dlatego zniknąć ze świata normalnie nie może. Chyba że na powrót stanie się opowieścią – Psychopomp dowodzi, że idea rozmyta przez słowa, literacka fabuła łatwiej przeniknie na tamtą stronę.

Solidnie – bez rewolucji

Omówione wyżej spektakle potwierdzają tezę, że repertuar Teatru Słowackiego robiony jest bez manifestów, trochę na wyczucie, ale bez rażących wpadek. Stylistycznie jest to program umiarkowanie zachowawczy, pełen tematów bezpiecznych, nie drażniących nikogo ostentacyjnym ujęciem.
Krzysztof Orzechowski bada trzy kierunki repertuarowe: klasyka, nowa dramaturgia europejska i współczesne sztuki polskie. Z mniejszą lub większą konsekwencją czyni tak w Polsce jeszcze kilka teatrów średniej klasy; „wynalazkiem” dyrekcji Słowackiego jest za to zasada, że młodzi reżyserzy (Maja Kleczewska, Agata Duda-Gracz, Piotr Kruszczyński, Maciej Sobociński) inscenizują repertuarowe nowinki, a starzy (Giovanni Pampiglione, Tadeusz Bradecki, Barbara Sas) – klasykę. Orzechowski minimalizuje w ten sposób ryzyko porażki – jak młodym nie wyjdzie, zawsze można powiedzieć, że nowy tekst nie przeszedł scenicznego testu. Jak starzy zamarudzą – trudno, może klasyka nadaje się już tylko do lamusa.
W Słowackim akcent z osobowości reżyserskich został przesunięty na grupę dobrych aktorów. Tu stawia się na Dominikę Bednarczyk, Krzysztofa Zawadzkiego, Błażeja Wójcika, Barbarę Kurzaj, Martę Walderę. I choć niepostrzeżenie siłą napędową teatru stała się grupa dwudziestokilkulatków, pamięta się także o Mariuszu Wojciechowskim, Andrzeju Grabowskim, Krzysztofie Jędrysku. Podoba mi się to chwalebne gospodarowanie zasobami aktorskimi. Najlepsi grają najwięcej, co dotąd w tym teatrze nie zawsze było regułą. Bywali zdolni aktorzy, którzy po dwóch dobrych rolach wpadali w jakąś czarną dziurę. A teraz przyjemnie patrzeć, jak na przykład Natalia Strzelecka dostaje ze spektaklu na spektakl coraz poważniejsze zadania.
Dyrektor Orzechowski stał się w pewnym sensie mistrzem zagospodarowywania pustki krakowskiego rynku teatralnego. Wykorzystując zagubienie repertuarowe w Teatrze Ludowym, wyławia stamtąd prymusów (Katarzyna Galica, Rafał Dziwisz, Tomasz Wysocki). Nawet niedawny, przewlekły artystyczny bezwład w Starym Teatrze okazał się szansą na zdobycie jego dawnej publiczności, którą z gmachu przy Jagiellońskiej wypłoszyło ignorowanie nowych dramatów polskich i zagranicznych, zaniżenie poziomu premier i jawne hucpiarstwo przedstawień w stylu „Wielebnych” czy „Dam i huzarów”.
Myślę, że minione miesiące, przełom dwóch teatralnych sezonów, były bardzo istotne dla samopoczucia zespołu Słowackiego. Orzechowski, który obejmował teatr w aurze ostrego konfliktu, przez trzy lata nie dokonał rewolucji, ale kilkoma dobrze przyjętymi spektaklami wyleczył aktorów z placu Św. Ducha z kompleksu wobec sławniejszego rywala – Teatru Starego. W porównaniu z marazmem sceny, którą właśnie obejmuje Mikołaj Grabowski, w Słowackim ostatnio tętniło życie. Traf chce, że obaj panowie mają sobie wzajemnie parę rzeczy do udowodnienia i dlatego po dekadzie pokojowej koegzystencji dwóch najsilniejszych scen Krakowa jest wreszcie szansa na rzeczywisty wyścig o publiczność, repertuar, poziom przedstawień.
Taka walka może tylko nam wszystkim wyjść na dobre.

Maciej Wojtyszko, „BUŁHAKOW”, reż.: Maciej Wojtyszko, premiera 19 X br.
Lidia Amejko, „Nondum”, reż. Magdalena Łazarkiewicz, premiera 24 III br.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl