O wszystkim


Z lektur

ANDRZEJ DOBOSZ


Od lat chętnie poznawałem socjologów, z paroma się przyjaźnię. Czytam, czasem z trudem, często z satysfakcją prace z tej dziedziny, żywiąc przy tym głębokie przeświadczenie, że socjologia jest nauką o innych, a jej hipotezy i ustalenia w żadnej mierze nie odnoszą się do mnie. Ostatnio w „Studiach Socjologicznych” nr 2/2002 zainteresował mnie artykuł Anny Firkowskiej--Mankiewicz: „Iloraz inteligencji jako prognostyk kariery życiowej”. Jest to sprawozdanie z przedsięwzięcia badawczego realizowanego w ciągu 25 lat. Najpierw w roku 1974 zmierzono, posługując się trzema różnymi testami, poziom inteligencji 14 tysięcy warszawskich jedenastolatków. Po dwóch latach przeprowadzono bardziej szczegółowe badania tysiąca dzieci, które wcześniej wykazały najniższy bądź najwyższy iloraz inteligencji.
Jednym z celów badania była odpowiedź na pytanie, jaka jest zależność pomiędzy pochodzeniem społecznym dziecka a jego poziomem umysłowym w kraju, gdzie idea równości społecznej wpisana była w panującą ideologię. 
W związku z niemal całkowitym zniszczeniem miasta w czasie wojny i odbudową dążącą do maksymalnego ujednolicenia sytuacji mieszkaniowej i warunków nauczania przyjęto hipotezę, że w Warszawie zarówno dzielnica zamieszkania, jak i szkoła niemal zupełnie straciły znaczenie jako wyznacznik przynależności klasowo-warstwowej. Tu muszę wyrazić zdumienie bezbrzeżną naiwnością i czysto teoretyczną inteligencją badaczy. Rozumiem, że chcąc zyskać zgodę na badania, wypadało może przedstawić taką hipotezę, ale traktowanie jej na serio świadczy o braku słuchu na realia społeczne. To przecież miało istotne znaczenie, czy mieszka się na Kolonii Staszica, Saskiej Kępie lub na Starym Żoliborzu, czy na Targowej. Czy jest się z Batorego, Rejtana, czy z Różanej lub TPD 1, czy z Władysława IV.
Badania przeprowadzone widać solidnie obaliły lekkomyślną hipotezę. „W badaniu warszawskim zależność między pochodzeniem społecznym a poziomem umysłowym dzieci nie tylko nie uległa osłabieniu, lecz zaznaczyła się silniej jeszcze, niż to miało miejsce w większości badań zachodnich”. Moja własna rodzina – 5 osób, pracujący rodzice, babcia prowadząca dom, dwoje dzieci w małym mieszkaniu, materialnie była zapewne zrównana z niepatologiczną rodziną robotniczą. Zimą i wiosną, po dwudziestym, na obiad jadaliśmy kaszę z mlekiem (latem i jesienią po dwa-trzy talerze cudownej zupy jarzynowej z działki, każdego dnia innej). Ale każdy nowy tom Staffa, Jasienicy czy Parandowskiego musiał być niezwłocznie kupiony.
Poziom inteligencji dzieci warszawskich zależał od ich indywidualnych cech biologicznych, poziomu inteligencji matek oraz od – jak się wyraża uczona – jakości rodzicielstwa.
W roku 1994 spróbowano prześledzić losy życiowe osób badanych przed laty. Nie jest niespodzianką, że wśród najinteligentniejszych 65% miało ukończone wyższe studia, a dalsze 23% wykształcenie niepełne wyższe, podczas gdy z grupy dolnej zaledwie jedna uzyskała doktorat z prawa, podczas gdy 88% wykształcenie podstawowe lub zasadnicze zawodowe. Natomiast 61 procentom osób wybitnie uzdolnionych pochodzącym z rodzin o niskim wykształceniu nie udało się skończyć studiów wyższych, podczas gdy w rodzinach inteligenckich jedynie 15% dzieci zdolnych ich nie ukończyło.
Jest oczywiste, że poza Warszawą procent bardzo zdolnych, którym nie dano szansy, był jeszcze większy.
Następnie porównano poziom wykształcenia i sytuację życiową owych inteligenckich warszawskich 30-latków z dwiema losowo wybranymi grupami ich rówieśników, jedną ogólnopolską i jedną z samej tylko Łodzi. Nie muszę dopowiadać, komu wiedzie się lepiej. Natomiast w przypadku ludzi bardzo zdolnych wykształcenie nie ma żadnego wpływu na ich sytuację materialną i bez dyplomów radzą sobie dziś w życiu równie dobrze. Tyle że przypisują swe powodzenie cechom swego charakteru oraz częściej niż patentowani inteligenci znajomościom.
Tu kończy się socjologia, ale możliwe jest jeszcze kilka pytań. Czy z wykształconych i niezmiernie inteligentnych ogół społeczeństwa nie ma czasem więcej pożytku niż z obdarzonych samą tylko inteligencją? Być może samo postawienie tego pytania jest rezultatem dzieciństwa spędzonego na Żoliborzu.
I jeszcze: jaka szkoda, że nikt z wysokim IQ nie znalazł – co wydaje się pewne – zatrudnienia w telewizji.












 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl