Europejska Nagroda Jazzowa dla Tomasza Stańki


Muzyka duszy

Tomasz Cyz



To był 1993 rok, mój pierwszy jazzowy koncert, piwnica Tarnowskiego Centrum Kultury, może dziesięcioro słuchaczy. Byłem w dobrych rękach: Marcin Wasilewski (piano), Sławomir Kurkiewicz (kontrabas), Michał Miśkiewicz (perkusja). I z trąbką – Tomasz Stańko. Trójka bardzo młodych ludzi, energetycznych i pełnych radości, i starszy już nieco pan w czapeczce – ojciec, przewodnik? – pełen nie mniejszej energii i pasji.
Dalej były pierwsze płyty, teatralne i filmowe. Muzyka do „Balladyny” w reżyserii Zioły i „Roberta Zucco” w reżyserii Warlikowskiego, piękny temat miłosny z „Pożegnania z Marią” Zylbera. Słuchałem raczej na bieżąco, nie patrząc na to, co Stańko robił kiedyś, ale otwierając się na to, co powstaje teraz. A więc mroczna „Matka Joanna” (1995), pierwszy projekt dla ECM Manfreda Eichera. Dalej „Litania”: podróż po świecie Krzysztofa Komedy, w której każdy dźwięk, puls, kolor są tam, gdzie być powinny. „From the Green Hill”: współczesna improwizowana jazz-klasyka. I „Soul of Things” (2002) – czysta sublimacja, dla mnie także moment zamknięcia dzieciństwa, bo płyta powstała przy współudziale wspomnianej na początku trójki. Wreszcie odkrycie genialnego projektu z lat 80. „Stańko–Witkacy–Peyotl”: dzikie, nastroszone dźwięki, podkorowe i podświadome, plus głos Marka Walczewskiego czytającego prozę Witkiewicza.

*

Podczas koncertów Stańko nigdy nie mówi, jaki gra utwór. Jakby grał ciągle tę samą melodię, przetwarzaną, poddawaną wariacjom, brzmiącą inaczej w różnych konstelacjach. Stańko, dosłownie i w przenośni, nigdy nie stoi w miejscu. Jest w ciągłym ruchu, w drodze. Szuka, ale nie po to, żeby znaleźć. Raczej po to, żeby dotknąć, posmakować, czasem porzucić. I szuka tam, gdzie chce.







 
Tomasz Stańko






Tak było od początku, kiedy jeszcze jako młody-początkujący nie chciał podporządkować się trochę starszym-początkującym (Urbaniakowi czy Namysłowskiemu), i grał to, co sam lubił. Tak było też, kiedy porzucił swój ukochany Kwintet (Seifert, Muniak, Stefański, Suchanek) na rzecz samotnych poszukiwań; wtedy powstały solowe projekty z trzema ustawionymi w półokrąg mikrofonami. Wreszcie zamknął się w świątyni Taj Mahal na kilkudziesięciominutową sesję, gdzie znalazł coś, czego być może zawsze szukał – naturalny pogłos; wrażenie, że wydobywane dźwięki trwają w nieskończoność. Że potrafi je zatrzymać...
Najważniejszy w muzycznej edukacji był prawdopodobnie Krzysztof Komeda. To jemu Stańko towarzyszył w niemal wszystkich jazzowych wędrówkach w drugiej połowie lat 60., jemu poświęcił cudowną płytę „Music for K.”, nagraną z Kwintetem w 1970 roku. I „Litanię”.

*

Kondensacja muzycznego języka Stańki jest dziś chyba w punkcie szczytowym. Stąd pewnie niesłychana zwięzłość, dbałość o szczegół podporządkowany tworzonej całości. Stańko podczas koncertów pozostaje często niemal nieobecny, z boku, jakby przyczajony, skupiony. Wyciszony, oszczędny, nie gra dużo, skupia się przede wszystkim na odpowiednio dobranym i dopracowanym tonie, kilku dźwiękach, w których jest ekspresyjna powściągliwość, intensywna miękkość. Czasem tylko przeszyje powietrze nieskończenie długą frazą, jakby ruchem trąbki łapiąc kończące się w płucach powietrze.
O jego doskonałej artykulacji, rozpruwających przestrzeń przenikliwie ostrych wysokich dźwiękach, ciepłym brzmieniu w dolnym rejestrze, charakterystycznych pasażach w górę, łatwo rozpoznawalnej sylwetce – powiedziano już niemal wszystko. Po triumfalnym listopadowym tournee po Stanach Zjednoczonych pisali krytycy: „muzyka Stańki to jakby soundtrack obrazu dziejącego się obecnie w jego wyobraźni” („Down Beat”), „jego ton jest często kruchy, melodie niemal pokorne w swojej prostej wspaniałości” („The Orange Country Register”), „to mglista melancholia w wyciszonych tonach” („The New York Times”), „sześćdziesięcioletni trębacz nie powiedział ani słowa, ale jego muzyka mówiła wszystko o darze wyczarowywania ciemnych nastrojów, w których marzenie przeplata się z niepokojącą, dramatyczną nutą” („Washington Post”).
W środę 4 grudnia Tomasz Stańko koncertował w Krakowie. W piątek odebrał w Wiedniu przyznaną po raz pierwszy Europejską Nagrodę Jazzową (to nowa kategoria, utworzona w ramach nagrody jazzowej im. Hansa Koellera Austrian Music Office). Były już liczne polskie wyróżnienia, jest europejskie; teraz czas na Amerykę, kolebkę jazzu. „A czy ja kiedykolwiek grałem jazz? Ja tylko kochałem jazz... Miejscami jest to muzyka piękna i miła dla ucha, ale miejscami jest trudna i skomplikowana – i wtedy nazywa się free jazzem”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl