Pismo najsilniejszej partii to najsłabszy ogólnopolski dziennik 


Lud nie czyta „Trybuny” 

Andrzej Brzeziecki, Krzysztof Burnetko



Przez ponad 40 lat nazywała się „Trybuną Ludu” i była głównym dziennikiem rządzącej PRL-em Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Komunizm upadł, PZPR przekształciła się w SLD, ale „Trybuna” wciąż jest siermiężna jak za Gomułki. Choć zasadnicza różnica jest inna: SLD ma się nieźle, „Trybuna” zaś dogorywa.  


Kiedy w 1989 r. „Trybuna Ludu” zmieniała się w „Trybunę”, redakcja deklarowała: „Zaczynamy z nowym tytułem, lecz nie chcemy udawać, że wszystko budujemy od nowa. Chcemy stworzyć inną formułę lewicowej trybuny”. Mimo tej deklaracji dziennik, inaczej niż matka-partia, nie zdecydował się na pozyskanie nowych zwolenników: wolał trzymać więź z sierotami PRL. 
Efekt? W ciągu ostatniego roku sprzedaż spadła o 25 proc. Tylko co dwusetny wyborca SLD sięga po „Trybunę”, i jest to klientela nieperspektywiczna: młody czytelnik nie znajdzie w „Trybunie” niemal nic. Co to oznacza dla wydawcy? Kłopoty finansowe. Mimo że reklamy w „Trybunie” należą do najtańszych, dziennik ten jest rzadko brany pod uwagę przy planowaniu kampanii promocyjnych. Nie pomogła nawet decyzja ministerstwa finansów, podobno osobiście podjęta przez Grzegorza Kołodkę, aby reklamy obligacji Skarbu Państwa zamawiać nie w największych dziennikach, tylko w „Trybunie”. Właściciel „Trybuny”, spółka Ad Novum, z racji wydawania pisma ponosi miesięcznie 300 tys. zł strat – i szuka oszczędności, niczym krwiożerczy kapitalista. Ostatnio zwolniono połowę dziennikarzy, pozostałym obniżono pensje. 
Jest paradoksem polskiego życia publicznego, że scena polityczna i rynek prasy to jakby dwa różne światy. Kojarzona z UW „Gazeta Wyborcza” jest największym dziennikiem, podczas gdy partia ta właściwie już nie istnieje. Z kolei prawicowe „Życie” kryzys przeżywało już, gdy rządziła AWS. Nie inaczej jest z SLD i „Trybuną”: zwolennicy partii idą w miliony, sprzedany nakład to skromne 30 tys. 
W Polsce siła sprawcza słowa drukowanego wydaje się znikoma: gazety się czyta, ale ich nie słucha. Dla partii Millera to sytuacja szczęśliwa. Gdyby opinie wyborców kształtowała prasa, SLD pewnie nie wszedłby do Sejmu... Z drugiej strony, gdyby „Trybuna” była na lewicy wpływową gazetą, Miller byłby w SLD najwyżej liderem grupki oskarżanej o „prawicowe odchylenie”. Bo choć „Trybuna” określa się jako gazeta socjaldemokratyczna, a jej redaktorzy protestują przeciw uznawaniu ich za sukcesorów PRL i nie marzą o powrocie cenzury, to równocześnie epoka PRL wspominana jest w „Trybunie” pozytywnie. Stały wątek to usprawiedliwianie komunistycznej władzy: strzelanie do robotników w 1970 r. tłumaczy się troską o utrzymanie porządku, a o wprowadzeniu stanu wojennego decydować miała racja stanu. 
„Trybuna” lansuje też inną koncepcję historiozoficzną: próbuje dowieść, że w obaleniu komunizmu spory udział mieli jego beneficjenci. Często stosowanym chwytem jest sugerowanie, że opozycja była sterowana przez władze PRL. Janusz Rolicki (naczelny „Trybuny” w l. 1997–2000) pisał wprost: „Przecież każde dziecko wie, że z dawną tzw. ubecją współpracowała ogromna część solidarnościowej klasy politycznej. W każdym bowiem kraju autorytarnym opozycję współorganizuje policja”. Zabieg ten służy jednemu: wpojeniu tezy, że w gruncie rzeczy wszyscy byli w równym stopniu „umoczeni” w stary system.
Podobny mechanizm „Trybuna” stosuje w bieżących polemikach. Opisy trudności związanych z reformami, niekompetencji kolejnych rządów, afer i nadużyć opatrzone są zwykle, wyrażoną wprost lub zawoalowaną, sugestią: Widzicie? Dawniej też było marnotrawstwo, nomenklatura i partyjniactwo – ale teraz patologie nabrały jeszcze większych rozmiarów i uderzają we wszystkich. PRL nie był więc taki zły: jego absurdy to nic w porównaniu z obecnymi... Za rządów AWS-UW „Trybuna” pisała: „W sumie ilość represji osobistych w marcu [1968 r.] była znacznie mniejsza niż rozmiary czystki, jaką przeprowadza obecna koalicja prawicowa wobec swoich poprzedników. Objęła ona tysiące osób i na tym nie koniec”. Obecny szef „Trybuny” Marek Barański zasłynął w latach 80. jako autor propagandowych programów telewizyjnych, wymierzonych w opozycję i przygotowywanych w oparciu o materiały Służby Bezpieczeństwa; potem pracował w „Nie” Jerzego Urbana. Inny znany autor „Trybuny” to prawa ręka Urbana w „Nie” (i poseł SLD) Piotr Gadzinowski.
Największe tryumfy „Trybuna” święciła za Rolickiego. Opozycyjna wtedy SLD chętnie witała opisy kraju niedalekie od słów Millera o dzieciach grzebiących w śmietnikach. Rolicki twierdzi dziś, że w ciągu paru tygodni po jego przyjściu (w 1997 r.) sprzedaż gazety wzrosła o 50 proc. Ale już wtedy pismo zaczęło sprawiać kłopoty kierownictwu partii, Rolicki szedł pod prąd SLD i stale przesuwał się „na lewo”. Kierownictwu SLD zarzucał konszachty z „centrum”. Pisał: „Niech mi pan Kwaśniewski wierzy, że jego nieustanne wysiłki celem zdobycia legitymizacji Michnika et consortes dla pełnionego urzędu prowadzą donikąd”. 
Rozdźwięk nastąpił w czasie interwencji NATO w Kosowie. „Trybuna” porównywała bombardowanie Belgradu z bombardowaniem Warszawy przez hitlerowców; zdanie SLD było diametralnie różne. W tym samym 1999 r. Rolicki personalnie już atakował Millera: w tekście „Dlaczego żal mi SdRP” nazwał go Neo-Zeusem gromowładnym, dążącym do scentralizowania partii. I wyznawał, że spodziewa się „czarnej polewki z rąk Millera”. Miller nie rychliwy... ale przed następnymi wyborami nie życzył sobie takiego sprzymierzeńca – i Rolicki pożegnał się ze stołkiem naczelnego. Jego miejsce zajął umiarkowany i mający dobre notowania nawet wśród przeciwników SLD Andrzej Urbańczyk (tragicznie zmarły w 2001 r.), który, będąc posłem z Krakowa, nie mógł bezpośrednio kontrolować pisma. Ale to wystarczyło, by stało się ono dla partii przewidywalne. Wobec perspektywy zwycięstwa w wyborach w 2001 r. dotychczasowa taktyka „Trybuny” – rozbudzania postaw roszczeniowych u czytelników – mogła okazać się samobójcza po zdobyciu władzy, gdy przyszłoby rozliczać się z obietnic. Została więc wyhamowana. Dziennik jednak wciąż był mniej entuzjastycznie nastawiony np. do integracji z UE niż oficjalna linia partii.
Gdy w 2001 r. Miller stanął na czele gabinetu, dla „Trybuny” nastały, paradoksalnie, trudniejsze czasy. Wcześniej jako gazeta opozycyjna mogła folgować najskrajniejszym opiniom i nastrojom, czasem je kreując. Teraz wypada jej bronić rządu. Publicyści „Trybuny” popierają więc każdy pomysł rządu, nawet te mało popularne wśród obywateli (np. winietki na samochody). Trudne czasy nastały też dla redaktorów naczelnych: nikt nie może być pewny stanowiska. W ciągu dwu lat pismo prowadzi już czwarta osoba (skądinąd losy wcześniejszych naczelnych są ciekawe: pierwszy szef, Marek Siwiec, kieruje Biurem Bezpieczeństwa Narodowego; jego następca Dariusz Szymczycha jest ministrem w Kancelarii Prezydenta; jedynie Rolicki wypadł z partyjnych łask i zbliżył się do... Samoobrony).
„Trybuna”, jedyny dziennik w kraju deklarujący się jako lewicowy, nie potrafiła przekuć tego monopolu w sukces. Jest pismem gierkowskich nostalgików, nie mającym nic wspólnego choćby z prężnymi ostatnio ruchami lewackimi czy antyglobalistycznymi. To między innymi spadek po Rolickim, który obudził – „uśpiony” przez Kwaśniewskiego, Borowskiego i innych „centrowców” – „twardy” elektorat SLD rodem z poprzedniej epoki. Zabieg ten, choć przyniósł początkowo sukces, okazał się więc ślepą uliczką. 
Ale też „Trybuna” nie jest produktem łatwym do sprzedania: za 1 zł 90 groszy dostajemy tylko 12 stron szarego papieru, zadrukowanego brudzącą farbą. Co przedstawiają rzadkie i czarno-białe zdjęcia, można się czasem tylko domyślać.
Dziś rzeczywistość „Trybuny” jest równie szara jak jej szata graficzna. Ad Novum zalega od maja z płatnościami za ZUS i musi zaoszczędzić 3,6 mln zł rocznie, by „Trybuna” przestała przynosić straty, ale takie cięcia wykluczają poprawę pisma. Po obniżce pensji dziennikarzom pewnie trudno będzie wykrzesać więcej zapału do ulepszania pisma. A jak mówił Rolicki, praca w „Trybunie” ma wadę: niełatwo jest z tej firmy przejść do innego tytułu. 
W rozmowie z „Tygodnikiem” Marek Barański stwierdził, że szansę dla pisma widzi w zaprzestaniu pisania o SLD „wielkimi literami”. Oczywiście, „Trybuna” nie będzie się ścigać z innymi gazetami w krytyce rządu, ale nie zamierza „żyrować SLD”; „Chcemy być bliżej czerwieni niż różu” – twierdzi. A że w jednym numerze, z 5 grudnia, spośród kilkunastu fotografii na kilku widniał premier? Naczelny: „To był wypadek przy pracy, krytykowaliśmy to na kolegium”. Czy to oznacza powrót do linii Rolickiego? „Nie. Odróżniamy lewicowość od lewactwa”. Ale Marek Barański nie ma też złudzeń. Czy świat bez „Trybuny” jest możliwy? „Mogę sobie taki świat wyobrazić – odpowiada. – I zapewne Leszek Miller też”. 
To prawda: w końcu premier ma do dyspozycji wiele innych mediów... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl