Trwa spór o Radio Maryja


I po co to święte oburzenie

Ks. Adam Boniecki



Pokazany w telewizji publicznej film Jerzego Morawskiego „Imperium Ojca Rydzyka” okazał się, przynajmniej pod jednym względem, przedsięwzięciem udanym. Stworzyć „wydarzenie medialne” na skalę krajową nie jest łatwo, a film takim wydarzeniem się stał. Nie pierwszy raz dziennikarze śledczy zaryzykowali chwyty w rodzaju ukrytej kamery czy sięgnęli do materiałów archiwalnych bez zgody autorki. Inna rzecz, że inaczej trudno było zdobyć niektóre wypowiedzi: najwyraźniej wypowiadając się – zwłaszcza krytycznie – o Radiu Maryja lepiej nie pokazywać twarzy.
Film przygotowywany od dłuższego czasu został wyemitowany teraz. Niektórzy pytają, dlaczego „właśnie teraz”? Przekonuje mnie prosta odpowiedź Ewy Milewicz, która pisze w „Gazecie Wyborczej”, że „sposób funkcjonowania w życiu publicznym, tajemniczość, ciągłe roszady wśród najbliższych współpracowników mogą budzić zainteresowanie publiczne”. Tak, fenomen Radia Maryja stanowi dla dziennikarza atrakcyjny temat. Powtórzę, co powiedziałem gdzie indziej: film mnie nie zachwycił, ale nie oburzył. Jeśli ktoś jest osobą, ba – instytucją publiczną, musi się liczyć z tym, że prędzej czy później publiczność zada mu kilka nieprzyjemnych pytań. Rzecz w tym, by na nie odpowiedzieć.
Odpowiedź, że „to był temat”, nie wydaje mi się jednak wyczerpująca. „Radio Maryja” bowiem to nie tylko gigantyczne przedsięwzięcie gospodarcze, ale także treści, wobec których trudno zostać obojętnym. Radio o wielkiej słuchalności, religijne („katolicki głos w twoim domu”), a przy tym zaangażowane politycznie, ksenofobiczne, antysemickie i atyunijne, wywiera przecież wpływ na myślenie kilku milionów Polaków, a może bardziej na ich emocje, co uniemożliwia podjęcie merytorycznej dyskusji.
Może więc chodziło o to, by położyć kres tego rodzaju oddziaływaniu na społeczeństwo? Jeśli tak, to autor zrobił fatalną robotę. Tego dziś nawet nie trzeba udowadniać: Radio podniosło krzyk, że jest przedmiotem prześladowań, jego zwolennicy zwarli szeregi, a nawet ci ludzie Kościoła, którzy niedawno byli wobec radiostacji krytyczni, przyłączyli się do szerokiego „frontu obrony”.
O aspekcie prawnym i psychologicznym sprawy Radia Maryja pisaliśmy w poprzednim numerze. Film dotyczył „przekrętów finansowych”, ukazując bezradność władz państwowych (prokuratury, urzędów podatkowych, służb celnych) i zakonnych. Jest on w tej materii na tyle rzetelny, że łatwo ustalić, co jest konkretnym oskarżeniem (jak zarzut sprowadzania z zagranicy zakupów jako rzekomych darów), co podejrzeniem tylko, a co znakiem zapytania. Wykrywanie afer, kiedy kompetentne organy przejawiają opieszałość w działaniu, leży w gestii mediów. Medialna mobilizacja takich organów nieraz już okazała się skuteczna. Także i w tym przypadku – jak się wydaje – coś ruszyło z miejsca. Na konferencji prasowej prokurator krajowy i wiceminister finansów zapowiedzieli, że zrewidują umorzone śledztwa, sprawdzą wykonanie decyzji o zapłaceniu cła za dwa „darowane” samochody, przestudiują inne zarzuty.
Najdziwniejsza jest w tym wszystkim reakcja Radia Maryja. Na konkretne zarzuty i oskarżenia rozległ się krzyk „prześladowanych”. Tymczasem publiczne oświadczenie ojca Rydzyka, że wszystko jest oszczerstwem, potwierdzone zaproszeniem odpowiednich urzędników – udostępnienie im dokumentów i ostatecznie publiczne ogłoszenie wyników kontroli byłoby, jak się wydaje, najlepszą, jeśli nie jedyną adekwatną odpowiedzią na pytania dziennikarzy.
Film pokazał potężną i dynamiczną instytucję, prosperującą także pod względem materialnym. W kontekście powszechnego ubóstwa, dzieło zakonne, więc kościelne, prowadzone w imię ubogiego Chrystusa (tak to jednak jest odbierane) robi wrażenie wstrząsające. Pomijam zawsze aktualny spór o „środki ubogie” i „środki bogate” ewangelizacji, lecz zwracam uwagę, że zagrano tu starą piosenkę o ogromnych bogactwach Kościoła. Być może o. Tadeusz Rydzyk obraca uzyskane środki na rozwój prowadzonego przez siebie dzieła, lecz siła stereotypów jest ogromna. Słusznie powiedział bp Tadeusz Pieronek, że gdyby finanse Radia Maryja były przejrzyste, nie doszłoby do tej całej awantury.
Problemy praworządności finansowej rozgłośni są przede wszystkim problemami zakonu redemptorystów. Znając zasady działania kościelnych instytucji, nie mam wątpliwości, że zostaną one wyjaśnione i jeśli się okaże, że trzeba je uporządkować – zostaną uporządkowane. Problem Radia Maryja pozostanie. Jego rozwiązanie leży również w rękach zgromadzenia ojców redemptorystów, ale także Episkopatu. Jeszcze trzy lata temu nowy generał zakonu w rozmowie ze mną wyrażał zdecydowaną wolę podjęcia sprawy, wychodzącej daleko poza problemy finansowe. Dlaczego nic z tego nie wyszło? Trudno dociec. Episkopat powołuje komisje i zespoły, które działają wolno, a czy skutecznie, jeszcze nie wiadomo. Radio – jako głos katolicki – rozwija swą działalność, budząc w coraz szerszych kręgach coraz poważniejsze wątpliwości. Film Morawskiego zakłócił ten błogostan.
Jak zwykle oburzenie „prawdziwych katolików” skierowało się przeciwko mediom. Jak można powątpiewać, jak można o tego rodzaju sprawach dyskutować? Otóż można i nic się na to nie poradzi. Święte oburzenie i miotanie inwektyw niestety budzą podejrzenie o bezradność wobec zarzutów. Teraz już nie da się wywinąć od konkretnych odpowiedzi i to nie tylko dotyczących finansów rozgłośni, ale, co ważniejsze, sposobu rozumienia miejsca Kościoła, chrześcijaństwa, wiary w świecie, który jest taki, jaki jest i mimo wysiłków toruńskiej rozgłośni ciągle nie chce być radiomaryjny. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 50 (2788), 15 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl