Rekolekcje z Zacheuszem (2)


Miejsce w pobliżu sykomory

Ks. Grzegorz Ryś



„Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić...”. Co właściwie nim kierowało? Wiara? Niepokój sumienia? To, co już (być może) usłyszał wcześniej o Jezusie? A może po prostu zwykła ciekawość? Ewangelia nic o tym nie mówi. Cokolwiek by jednak to było, z całą pewnością krył się za tym Bóg!
To Bóg prowadzi nas do spotkań, które wydają się przypadkowe i mało znaczące, jakby nic nie zapowiadające. Najczęściej dostrzegamy Go w nich dopiero po dłuższym czasie. Edyta Stein opowiada w swej autobiografii, jak jeszcze w czasie, gdy uznawała się za niewierzącą, zwiedzała wraz ze swoją przyjaciółką jedną z niemieckich katedr. Niemal w ślad za nimi do świątyni weszła prosta, ubrana w wiejski strój, obładowana tobołkami kobieta i przyklęknęła na moment w jednej z ławek. Edyta obserwowała ją z rosnącym zdumieniem: do synagogi lub do luterańskiego zboru, które znała, ludzie przychodzili jedynie na liturgię; tutaj ktoś wstąpił do kościoła jedynie na krótki moment, jakby na chwilę intymnej rozmowy z Kimś bliskim. „Nie zapomnę tego nigdy” – napisała po latach. Kobieta po kilku minutach wyszła, absolutnie nieświadoma tego, że w decydujący sposób stanęła u początków wiary przyszłej świętej: męczenniczki i karmelitanki. „Czasami – pisze Jan Paweł II – ludzkie spotkania z Bogiem wydają się być przypadkowe. Nic jednak, co pochodzi od Boga, nie jest dziełem przypadku” (List do kapłanów na Wielki Czwartek 2002 roku).
Możemy – jak Zacheusz czy jak Edyta – w różny sposób „wpaść na Boga”: nie przygotowani, bez dostatecznej motywacji albo nawet ze złą czy powierzchowną motywacją (czasem np. do sakramentów „przymusza” nas taka czy inna okazja rodzinna: idę do spowiedzi, bo „wypada” przystąpić do Komunii; innym razem zaskakuje mnie Wielkanoc, więc przystępuję do sakramentów „przymuszony” literą kościelnego prawa), jakby nie w porę, za wcześnie, wbrew sobie... Nie jesteśmy przekonani do takich aktów religijności.
Ale Bóg jest przekonany! Bóg zawsze zaczyna rozmowę z człowiekiem w tym miejscu, w którym się człowiek znajduje – „w pobliżu sykomory”. Przekonują nas o tym niemal wszystkie ewangeliczne spotkania Jezusa z ludźmi. Jezus rozmawia – i to z całą powagą, bez udawania, bez cienia lekceważenia – z każdym: z faryzeuszami, którzy Go zaczepiają, „wystawiając Go na próbę” lub usiłują „pochwycić w słowie”; z Samarytanką, która „miała pięciu mężów”, a ten, z którym żyje obecnie nawet nie jest jej mężem; z Nikodemem, który boi się przyznać do Niego za dnia (więc rozmawia w nocy); z Piłatem; z Judaszem itd. Tu właśnie kryje się potęga Ewangelii – „Dobrej Nowiny”. Bóg chce się ze mną spotkać „w pobliżu sykomory”: tu, gdzie jestem – nie przeszkadza Mu w tym ani moja niedojrzałość, ani taka, a nie inna sytuacja życiowa (np. rodzinna), ani moje możliwości intelektualne, ani takie czy inne ograniczenia (np. emocjonalne), ani mój brak wiary. Rozmawia ze mną. Z takim, jakim jestem. Takiego mnie kocha. Takiego traktuje poważnie. Nie czeka, aż się nawrócę, by wejść ze mną w dialog.
Dlaczego tak się dzieje? Skąd w Bogu taka postawa?
Wskazówkę znajdziemy w zdaniu Jezusa: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” (albo dosłownie: „jest konieczne dla mnie, abym się zatrzymał w twoim domu”; Łk 19,5). To zdanie – zwłaszcza odczytane w wersji dosłownej – kryje w sobie niesłychany wręcz przewrót w myśleniu. Przeczytawszy je bowiem, zaczynamy powoli rozumieć, komu tak naprawdę zależy na tym spotkaniu; dla kogo jest ono „konieczne”. Jest oczywiste, że to człowiek potrzebuje Boga, że Zacheusz potrzebuje Jezusa; tu jednak role wyraźnie są odwrócone: to Jezus „musi” spotkać Zacheusza. To Jezus nie może uchylić się przed spotkaniem. To Jezusa gna do tego spotkania jakiś wewnętrzny imperatyw, jakieś wewnętrznie przeżywane prawo, które musi przestrzegać. W przeciwnym wypadku sprzeniewierzyłby się swojemu posłannictwu i woli Ojca. Sprzeniewierzyłby się sobie – Temu, kim jest: Miłością.
Tu rodzą się setki pytań, ważnych przede wszystkim dla pasterzy Kościoła (ale przecież nie tylko dla nich): na ile rozpoznajemy w sobie tego rodzaju wewnętrzne zobowiązanie (że koniecznym jest dla mnie spotkać się z Zacheuszem; że jeśli się uchylę, więcej – jeśli nie będę sam szukał takich spotkań, to nie będę sobą, nie zrealizuję siebie).
To Jezus potrzebuje Zacheusza. Tak jak wcześniej potrzebował Samarytanki i Marii Magdaleny („z której wyrzucił siedem złych duchów”), a później: Dobrego Łotra, i Piotra (który się Go zaparł). To Kościół potrzebuje grzesznika, a nie tylko grzesznik potrzebuje Kościoła. To Kościół (tzn. ja – Ty – my) musi zabiegać ze wszystkich sił o spotkanie z Zacheuszami. Kościół, który mówiłby grzesznikowi: „nie potrzebuję cię”, „nie interesuje mnie to, co masz do powiedzenia, co masz do zaofiarowania, czym możesz mnie ubogacić” – taki Kościół nie byłby już sobą.
Czy Kościół, który tworzymy, jest właśnie taki? Czy takim go widzą – i spotykają (!) – ci, którzy uczciwie rozpoznają w sobie Zacheusza? Czy nie łatwiej w nim o odrzucenie, ekskomunikę i wykluczenie?
Ewangelia, którą rozważamy, mówi także o tym. Zacheusz nie mógł zobaczyć Jezusa z powodu „tłumu”, który Mu towarzyszył. To nie jest tylko kwestia wzrostu. Perykopa bezpośrednio poprzedzająca nasze opowiadanie mówi o uzdrowieniu niewidomego, siedzącego przy drodze do Jerycha (Łk 18, 35-43). Także i w tym przypadku otaczający Jezusa ludzie okazali się przeszkodą w Jego spotkaniu z człowiekiem. Kiedy ten, dowiedziawszy się, „że to Jezus z Nazaretu przechodzi”, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”, ci, którzy szli na przedzie, „nastawali na niego – pisze Ewangelista – aby umilkł”. On się modlił; oni go zagłuszali. Teraz tak samo dzieje się w przypadku Zacheusza. Zresztą, jeśli w tym tłumie szli także ludzie z Jerycha, to zapewne nie bez satysfakcji znaleźli wreszcie okazję, by choć trochę odegrać się na nie lubianym i pogardzanym celniku... Ten „tłum” – to przecież w znakomitej większości uczniowie Jezusa: apostołowie, „siedemdziesięciu dwóch”, towarzyszące im niewiasty i jeszcze zapewne wielu takich, którzy – podobnie jak dziś – wolą pozostać bezimienni.
Czy to nas nie przeraża? Fakt, że Kościół (i każdy z nas, którzy go tworzymy) może się naraz okazać przeszkodą na ludzkiej drodze do Boga? Że zamiast być bramą, może okazać się murem? Że – podobnie jak Piotr w Ewangelii (zob. Mt 16,18 i 23) – powołany do tego, by być „opoką”, okaże się naraz „zawadą” (dosł. „kamieniem potknięcia”)?
Czy to są pytania naiwne? Czy „zgorszenie Kościołem” nie jest możliwe? Czy bez postawienia sobie tych pytań w ogóle warto proklamować Adwent? Czy można ogłaszać przyjście Pana, jeśli samemu się je świadomie blokuje?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl