Tomasz Różycki
Trzecia elegia na odejście zimy
Godzinę przed odjazdem. Światło już powstało
z ciągłego ruchu powiek, z kosmicznych popiołów
zapadłych tutaj w nocy, zebranych ze stołu
do puszki po herbacie, z tarcia, które ciało
wytwarza regularnie dotykając pustki.
Jest światło i zlizuje, co zostało z nocy:
grube, tłuste fluidy na dachach przy dworcu
i martwych samochodach, żeby móc odróżnić
fizykę od tęsknoty, beton od pamięci.
Teraz mam dużo czasu, ponieważ czekałem
zbyt długo na ten moment, już zapakowana
ciężka jak śmierć walizka, wywołane zdjęcia
na których najwyraźniej patrzę w twoją stronę,
to znaczy w stronę światła. Obmyśliłem wszystko,
do ostatniej sekundy. Nawet to nazwisko,
pod którym tutaj mieszkam, jest tak ułożone,
że tylko ty zrozumiesz. Mam jeszcze godzinę
i piszę list do ciebie, z pomocą tej kartki
ustalając pozycję wobec pewnej gwiazdy,
na której zamieszkałaś, i która za chwilę
wpadnie tutaj przez okno. Atrament kupiłem
w sklepie zaraz przy moście, pistolet na targu,
pieniądze są w kieszeni. Jedzenie tu marne,
ale czas, nawet we śnie, ma czas żeby minąć.
marzec 2002
|