Tomasz Różycki
Atlantyda
Dziwny kraj i dni dziwne. Znów po dnie chodzenie,
po śladach. Mam wrażenie, że kiedyś już była
bardzo podobna chwila. Na jedno westchnienie
śnieg schodzi w dół, między zeszyty, i rozmywa
martwe litery. Myślę, że mogłem podziwiać
kiedyś już taki widok – droga, szelest rzeki,
warczą błyszczące blachy; ktoś, kto się wykrzywia
w skaczącej wodzie tak, że mu ucieka
głowa gdzieś ponad lasem pełnym złych niedźwiedzi,
drwali oraz dzięciołów, ponad Atlantydą.
Mam nadzieję, że sputnik, który dotąd śledził
każdą moją pomyłkę i teraz na żywo
transmitujący przebieg naszej ceremonii,
będzie miał dosyć siły, aby ją dogonić.
marzec 2002
|