Tomasz Różycki


Atlantyda

Dziwny kraj i dni dziwne. Znów po dnie chodzenie, 
po śladach. Mam wrażenie, że kiedyś już była 
bardzo podobna chwila. Na jedno westchnienie 
śnieg schodzi w dół, między zeszyty, i rozmywa

martwe litery. Myślę, że mogłem podziwiać 
kiedyś już taki widok – droga, szelest rzeki, 
warczą błyszczące blachy; ktoś, kto się wykrzywia 
w skaczącej wodzie tak, że mu ucieka

głowa gdzieś ponad lasem pełnym złych niedźwiedzi, 
drwali oraz dzięciołów, ponad Atlantydą.
Mam nadzieję, że sputnik, który dotąd śledził 
każdą moją pomyłkę i teraz na żywo

transmitujący przebieg naszej ceremonii,
będzie miał dosyć siły, aby ją dogonić.

            marzec 2002

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl