Medal św. Jerzego 2002: Ewa Woydyłło-Osiatyńska


Ile uczuć jest w człowieku

Tomasz Potkaj


W jej rodzinnej biografii jest Katyń i Kazachstan. Mama nauczyła ją tolerancji, Ameryka tego, że życie jest dane, a nie zadane, że można je dowolnie kształtować oraz że nigdy nie jest za późno na naukę. Psycholog. Od 18 lat prowadzi terapie z alkoholikami, od 1989 roku kieruje Komisją Edukacji w Dziedzinie Uzależnień Fundacji Batorego. Ma dwie córki i wnuka.
7 grudnia w Krakowie odbierze Medal św. Jerzego.


Najpierw próbowała studiować fizykę, potem była historia sztuki w Poznaniu, dziennikarstwo w Warszawie, po studiach praca w Muzeum Narodowym, CAF, KAW i w „Kobiecie i Życiu”. W międzyczasie kilka przetłumaczonych książek (m.in. „Punkt zwrotny” Fritjofa Capry) i wychowanie dwóch córek. W 1985 roku Ewa Woydyłło wraz z mężem i córkami po raz kolejny znalazła się w Ameryce. I właśnie wtedy, pewnego dnia, postanowiła całkowicie zmienić swoje życie. „Mąż miał zajęcia na uniwersytecie, dzieci były w szkole, a ja siedziałam w domu i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Koledzy męża zaproponowali, żebym przyszła na zajęcia i zobaczyła, czy mi się to spodoba. Do wyboru był biznes, prawo, administracja, księgowość i psychologia, na którą się zdecydowałam. Najpierw traktowałam to jako zabicie czasu, ale szybko zauważyłam, że mi się to podoba”. Ewa Woydyłło się uśmiecha: „Tak oto w wieku 45 lat zostałam studentką”.
Jako jedną z dwóch specjalizacji wybrała terapię uzależnień.
Choć wtedy o tym nie myślała, dziś wie, że tę decyzję podjęła także z powodów osobistych. Bowiem, jak mówi, najtrudniejszą rzeczą w leczeniu uzależnień jest wiara, że to ma sens. A ona tę wiarę już miała: kiedy zaczęła prowadzić pierwszych pacjentów, jej mąż od dwóch lat był trzeźwy. Wcześniej pił przez 21 lat. Wiktor Osiatyński powtarza dziś, że ruch Anonimowych Alkoholików w Ameryce uratował mu życie.
„Jak poznałem Ewę? To dość zabawna historia. Wraz z kolegą byłem w Szczyrku na nartach. Kolega zatrzymał się na stoku i zaczął rozmawiać z pewną kobietą. Stałem niedaleko, więc słyszałem rozmowę. On zapytał, co słychać u ciebie, u córki. Ona odpowiedziała, że właśnie szuka tatusia dla jej braciszka albo siostrzyczki. A Andrzej zażartował: o popatrz, jest tu Wiktor. Wieczorem były tańce w klubie dziennikarskim »Kaczka«. I Ewa szukała kogoś, kto przechowa jej 200 złotych, bo nie miała kieszeni. Powiedziałem, że przechowam. I tak się zaczęło”.
Ewa Woydyłło nie znała wcześniej Wiktora, choć wiele o nim słyszała. Był znanym dziennikarzem, autorem kilku książek, człowiekiem interesującym towarzysko. Kiedy go poznała, nie miała pojęcia, że jest alkoholikiem.

Na przestrzeniach Imperium
Ojciec czasem pojawia się w jej snach. Kiedyś był przystojnym, trzydziestoletnim mężczyzną, potem starszym panem z siwymi wąsami, ostatnio zgarbionym staruszkiem. Gdyby żył, miałby dziś 93 lata. Ale żył krótko: zginął w Katyniu. Ewa wraz z mamą i starszą siostrą w roku 1940 została deportowana z Wilna do Kazachstanu. Siostra nie przeżyła, ona przeżyła cudem, spędziła dwa lata w radzieckim sierocińcu, po wojnie jednym z wielu pociągów repatriacyjnych wraz z mamą wróciła do Polski. Wysiadły w Szczecinie, na ostatniej stacji, bo dalej pociąg po prostu nie jechał. Kiedy później koleżanki pytały skąd wziął się jej upór, aktywność i zorganizowanie, śmiała się, że zawdzięcza to pewnej roślinie, która rośnie tylko w Kazachstanie. Poza tym nic nie pamięta, świat jej wspomnień zaczyna się dopiero w Szczecinie. Wiele lat później, już w latach 90 odwiedziła miejsca zesłania, ale nie przywołały one żadnych wspomnień, żadnych obrazów. Szczegóły biografii odtwarzała w oparciu o skąpe relacje mamy, Michaliny Woydyłło, przed wojną wykładowcy na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, po wojnie nauczycielki biologii w szczecińskim gimnazjum. Było w nich miejsce na Kazaszki, dzięki pomocy których przeżyły, nie było za to miejsca na nienawiść. Dziś mówi: „Mama nauczyła mnie, że tolerancja jest wielką wartością. Nigdy nie miałam żadnej niechęci do Rosjan, choć wiem, że wśród ludzi mojego pokolenia i mojej biografii jest ona częsta”.
W Szczecinie, mieście jej dzieciństwa, mieszkało wielu repatriantów ze Wschodu. W ogromnej większości były to rodziny bez ojców. Ojcowie zostali gdzieś na wielkich przestrzeniach Imperium.

Amerykańska terapia
„Czego nauczyła mnie Ameryka? – zastanawia się dziś. – Po pierwsze, że niezależnie od tego, czy mam 25 czy 45 lat, jeśli chcę coś robić, to mogę. Po drugie wielkiego kultu dla profesjonalizmu. Czy Ameryka mnie ukształtowała? Zapewne w jakimś stopniu. Choć przecież jeszcze w Polsce dwa razy zmieniłam zawód. Myślę, że byłam już jakoś przygotowana.”
Na uniwersytecie w Antioch studenci już na drugim semestrze zaczynali uczestniczyć w terapiach. Wykładowcy tłumaczyli im, że robią to dlatego, by zrozumieć, co kiedyś będą czuli ich pacjenci. Po pewnym czasie pod okiem doświadczonych terapeutów sami zaczynali prowadzić terapie. Dzień Ewy Woydyłło wyglądał tak: rano wykład, po południu dyżur w klinice, pacjenci. Dopiero wieczorem wracała do domu. Kiedy potem w Polsce przez cztery lata uczyła psychologii na KUL, ze zdumieniem stwierdziła, że studenci mają właściwie kontakt wyłącznie z teorią.
Do dziś pamięta niektórych swoich pacjentów z Los Angeles. Na przykład schizofrenika, kierowcę limuzyny. Był Żydem, przeżył Holokaust i obsesyjnie nienawidził wszystkich Polaków. „Moja dyrektorka przydzieliła mi go wiedząc, że może pomóc mu tylko ktoś, kogo nienawidzi. Ze spotkań wychodziłam roztrzęsiona, z płaczem, ale po pół roku się zaprzyjaźniliśmy. Na spotkania przynosił mi awokado ze swojego ogrodu”.
Latem 1987 roku pojechała do Hazelden. W największym na świecie centrum teoretycznej i praktycznej wiedzy dotyczącej leczenia alkoholizmu, z zakładem odwykowym, ośrodkiem terapii rodzinnej, hotelem, centrum badawczym i biblioteką, miała zbierać doświadczenia, by zawieźć je potem do Polski. Spędziła tam miesiąc. Przez cały czas pobytu prowadziła dziennik.
Różnica pomiędzy Hazelden a typowym polskim szpitalem, do którego trafiali alkoholicy, była olbrzymia. Przede wszystkim dlatego, że w Hazelden nie stosowano żadnej farmakologii. Służba medyczna pojawiała się tylko na początku, podczas przyjmowania pacjentów na oddział. Potem zajmował się nimi psychiatra, który stawiał diagnozę. Psycholog przeprowadzał testy, rozmowy, prowadził małe grupy terapeutyczne, uczestniczył w zebraniach wspólnoty pacjentów. Był też czas na rozmowę z doradcą duchowym (najczęściej był nim świecki teolog). Już w latach 30 twórcy AA zauważyli, że bez odwołania do siły wyższej, definiowanej bardzo szeroko, wyjście z uzależnienia jest o wiele trudniejsze. Pacjenci Hazelden w pokojach nie mieli radia ani telewizji. Każdy z nich w czasie miesięcznego pobytu w ośrodku musiał indywidualnie przestudiować 400 stron różnych tekstów. Ale, co z punktu przybysza z Polski musiało być największym szokiem, 80 procent personelu Hazelden stanowili niepijący alkoholicy, którzy opowiadali nie o teorii, ale o własnych doświadczeniach. Nad wejściem do centrum terapii rodzinnej w Hazelden znajdowało się zdanie skierowane do wchodzących tam żon alkoholików: „Pamiętaj, nie przez ciebie pije i nie dla ciebie przestanie”. Cały proces leczenia oparty był na 12 krokach ruchu AA. W leczeniu alkoholizmu nikt nie wymyślił dotąd skuteczniejszej metody. Ani Ewa, ani jej mąż nigdy nie chcieli zostać na stałe w Ameryce, choć wielokrotnie mieli taką możliwość. Postanowili, że kiedy wrócą do Polski, zrobią wszystko, by propagować ruch AA.

Grzech czy choroba
W lipcu 1985 roku Wiktor Osiatyński był na stadionie olimpijskim w Montrealu na wielkim mityngu ruchu AA w 50. rocznicę jego powstania. Kilka miesięcy później przesłał z Ameryki tekst, który dla wielu osób w Polsce oznaczał zmianę w ich podejściu do alkoholizmu. „Grzech czy choroba” ukazał się dwóch ostatnich numerach „Polityki” w 1985 roku. Autor pisał w nim, że alkohol nie jest jedynie fizycznym uzależnieniem, ale przede wszystkim chorobą myślenia i woli. Że najważniejszym problemem każdego alkoholika jest niedojrzałość emocjonalna i nieumiejętność w radzeniu sobie ze sobą i stosunkiem do innych ludzi. Pisał, że AA nie poszukują źródeł choroby, że chory nie jest leczony przez kogoś z zewnątrz. To on sam ma zmienić swoje życie, a lekarz czy terapeuta ma mu tylko w tym pomóc. A także, że alkoholizm jest chorobą rodzinną, że wychodzenie z niego obejmuje nie tylko samego alkoholika, ale też jego bliskich.
Tekst ten dla wielu ludzi w Polsce był szokiem. Dla wielu innych był przełomem. Niektórzy twierdzą, że od tego tekstu rozpoczął się w Polsce szybki rozwój AA. Ruch nie był u nas całkiem nieznany: pierwsze grupy powstały jeszcze pod koniec lat 50, ale nie rozwijały się dalej: w komunistycznej Polsce budowane oddolnie inicjatywy nie były dobrze widziane. Coś ruszyło się w czasie pierwszej „Solidarności”, ale tak naprawdę wielki boom dla ruchu zaczął się pod koniec lat 80, wraz z końcem komunizmu. To nie przypadek – Wiktor Osiatyński powiedział kiedyś, że wychodzenie z komunizmu i wychodzenie z alkoholizmu to procesy bardzo podobne: w obu przypadkach ludzie nie biorą odpowiedzialności za swoje życie i obwiniają innych o to, co się z nimi dzieje. Kiedy Osiatyńscy pod koniec lat 80 wrócili z USA, w całej Polsce działało około 200 grup AA. W Los Angeles tylko w ciągu tygodnia odbywało się 2,5 tys. mityngów.

Polska rewolucja
„Poznałem Ewę w 1986 roku podczas pobytu na stypendium w USA – opowiada dr. Bohdan Woronowicz, kierownik ośrodka terapii uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. – Studiowała psychologię, prowadziła terapie i za jakiś czas chciała wracać do Polski. Pomyślałem, że szkoda, żeby zmarnowała się taka wiedza, więc umówiliśmy się, że jak będzie w Warszawie, to zgłosi się do mnie i coś dla niej znajdę. Wyjeżdżając do Ameryki miałem za sobą prawie 15 lat pracy z alkoholikami i byłem dość sfrustrowany jej efektami. Leczenie alkoholizmu polegało dotąd głównie na ordynowaniu anticolu albo esperalu. A tam zobaczyłem, że alkoholizm traktuje się nie jako patologię społeczną, lecz jako przewlekłą, niezawinioną i śmiertelną chorobę, która ma wiele przyczyn i obejmuje wiele obszarów. W Ameryce po raz pierwszy zobaczyłem ośrodki, w których 90 procent pracowników to niepijący alkoholicy. Zobaczyłem, że oni powszechnie stosują w leczeniu metodę dwunastu kroków, że traktują alkoholizm jako chorobę rodzinną. Postanowiłem, że po powrocie do Warszawy zrobię rewolucję”.
Oddział doktora Woronowicza był pierwszym miejscem w Polsce, w którym konsekwentnie zaczęto stosować metodę dwunastu kroków. Ewa Woydyłło zaczęła w nim pracować w 1987 roku. 
Krzysztof, dziś niepijący alkoholik, trafił tam późną jesienią 1989 roku. „Nasze pierwsze spotkanie wyglądało zabawnie: wszedłem do pokoju, w którym na ścianie wisiała plansza. Obijałem się o nią od kilku tygodni, ale nigdy nie przeczytałem, co było na niej napisane. Okazało się, że to była lista uczuć. Myślałem, że jestem sam w pokoju, więc powiedziałem głośno do siebie: o kurczę, to tyle jest w człowieku? I wtedy ktoś dotknął mnie z tyłu i powiedział: »nie tylko w człowieku. W tobie, Krzysiu, też«. To była Ewa. Spotykaliśmy się potem codziennie przez dwa tygodnie, kiedy prowadziła dla nas cykl wykładów: »Żal po stracie« i »Oczekiwania źródłem rozczarowań«, które pamiętam do dzisiaj. To od niej dowiedziałem się, że przestanie picia jest dopiero początkiem, że przede mną jeszcze długa droga. Właściwie nie lubiłem jej wtedy. Uważałem się za najmądrzejszego faceta na świecie i wydawało mi się, że jestem tak sprytny, że robię młynka ze wszystkimi pracownikami instytutu. Z Ewą nigdy się to nie udawało. Kiedy zaczynałem się mądrzyć, ona zawsze krótko ucinała rozmowę”.

Soros i alkoholicy
Mniej więcej wtedy, kiedy Ewa Woydyłło wygłaszała serię wykładów w Instytucie Psychiatrii, jej mąż organizował Komisję Edukacji w Dziedzinie Uzależnień. Doktor Bohdan Woronowicz twierdzi, że jej zasługi w zmianie podejścia do alkoholizmu są trudne do przecenienia. „Gdyby nie ich szkolenia, wiele osób nie dowiedziałoby się, jak naprawdę powinno wyglądać leczenie tej choroby.”
Zaczęło się od tego, że George Soros zaproponował Osiatyńskiemu, by zjedli wspólnie śniadanie. Było to w Nowym Jorku pod koniec grudnia 1988 roku. „Rozmowa bardzo szybko przeszła na temat alkoholizmu. Trochę już wiedział na ten temat, ale chciał, bym opowiedział mu o ruchu AA. Wyznał, że bardzo mu się to podoba. Może dlatego, że było to bliskie jego filozofii, w której ludzie sami sobie pomagają. Powiedział, że chciałby budować AA w Związku Radzieckim. Ja mu na to, że ruchu AA nie da się zbudować odgórnie, za pieniądze, ale można zrobić coś innego: edukować psychologów, psychiatrów, lekarzy i tych wszystkich, którzy stykają się z alkoholikami i ich nauczyć tego, czym jest AA. I zaproponowałem, że mogę zrobić to w Polsce. Uzgodniliśmy, że na początek dostanę na to 50 tysięcy dolarów z funduszy polskiej fundacji Sorosa. W Warszawie ambasador amerykański, z którym się zaprzyjaźniliśmy, dał nam kolejne 100 tysięcy. Te pieniądze poszły na rozruch.”
Po pewnym czasie kierowanie programem przejęła Ewa Woydyłło. „Ja zupełnie nie nadaję się do tego typu pracy, nie umiem pracować w grupie. A Ewa jest świetnym organizatorem” – mówi Osiatyński. W ciągu 13 lat istnienia programu 61 osób z Polski przeszło szkolenie w Ameryce, a 800 odebrało na miejscu najlepszą kliniczną wiedzę o leczeniu. Od 1996 roku Ewa Woydyłło kieruje też regionalnym programem przeciwdziałania alkoholizmowi i narkomanii, realizowanym w Europie Środkowo-Wschodniej i Azji. Od 10 lat redaguje i wydaje kwartalnik „Arka” propagujący ruch AA. Równocześnie współorganizowała studium uzależnień na Uniwersytecie Łódzkim, wykładała w Lublinie, Krakowie, Warszawie. Przy tym wszystkim znalazła czas, by, dla czystej przyjemności, nauczyć się grać na keyboardzie.
Ewa Woydyłło lubi powtarzać, że alkoholikiem nie zostaje się w środę o czwartej: „To długi proces. Kontrolę nad własnym życiem traci się stopniowo. W końcu pojawia się jednak punkt, spoza którego nie można się cofnąć. Cały problem polega na tym, by lekarz pierwszego kontaktu potrafił rozpoznać objawy somatyczne związane z nadużywaniem alkoholu (Światowa Organizacja Zdrowia wymienia 45 takich objawów) i by skierował pacjenta do specjalisty terapeuty. Niestety nasi lekarze często wciąż nie umieją tego robić, a wstydzą się przyznać do swojej niewiedzy i skierować pacjenta do specjalisty. Ale właściwie skąd mają to umieć, skoro w programach nauczania Akademii Medycznych do dziś nie ma bloku poświęconego terapiom uzależnień?”

Oduczyć przemocy
Dwa lata później postanowili wejść z terapiami do więzień. Przeszkolili pierwszych polskich terapeutów do pracy z więźniami, potem kolejnych. Udało im się osiągnąć tyle, że grupy AA stały się czymś naturalnym w polskich więzieniach. I wtedy pojawił się problem agresji. Ewa Woydyłło: „Problem agresji był już obecny w obszarze zainteresowań różnych instytucji. Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych uruchomiła ogólnopolską linię zaufania dla ofiar przemocy, zaczął wychodzić dwumiesięcznik »Niebieska Linia«, powstał program edukacyjny uczący policjantów, w jaki sposób radzić sobie z awanturami domowymi. Ale te wszystkie działania dotyczyły ofiar przemocy, a nie sprawców. Pewnego razu Wiktor poznał ludzi z Anglii i USA, którzy robią coś zupełnie innego. Pracują nie z ofiarami przemocy, ale z ich sprawcami. Uznaliśmy, że tu jest luka, że tego nikt w Polsce nie robi. Postanowiliśmy wejść w tę lukę”.
Ewa Woydyłło pojechała do San Francisco. Odwiedziła kilka aresztów i więzień, rozmawiała z szeryfem, dyrektorką programów psychoedukacyjnych w okręgowym zarządzie zakładów karnych. Z tych spotkań wyniosła przekonanie, że sama kara nie wystarcza, by człowiek oduczył się reagowania agresją i przemocą, a metody i efekty osiągane przez instruktorów pracujących w miejscowych więzieniach przekonały ją, że przemocy można się oduczyć. To przekonanie przywiozła do Polski. Było ono podstawą do uruchomienia w ramach Komisji Edukacji programu Przeciw Przemocy.
A potem postanowili zrobić coś, czego nie ma nawet w Ameryce: poddać temu programowi sprawców ciężkich przestępstw, morderców odsiadujących kary wieloletniego więzienia. Uświadomić im ogrom przemocy, jaką zadawali, i ogrom przemocy, jaką im zadano. Program zaczęło realizować więzienie w Radomiu.
W tej chwili w ramach Fundacji Batorego działa 19 programów prowadzących pracę ze sprawcami przemocy. Programy takie istnieją w czterech ośrodkach terapii uzależnień. Coraz częściej sprawcy przestępstw zamiast do więzienia trafiają na program. W ramach prowadzonego przez Komisję Programu przeciw przemocy działa już kilka takich grup. Działania te stanowią główny obszar zainteresowań Komisji.

Lustro
Ewa Woydyłło spędza życie w podróżach. W Brazylii odebrała nagrodę za działalność na rzecz osób uzależnionych, w Irkucku prowadziła wykłady dla żon alkoholików, z wykładami była w więzieniach Mongolii, Rumunii, Bałkanów. Mówią o niej, że najbardziej ze wszystkiego nie lubi bezczynności. Nie toleruje bylejakości, jest niesłychanie zorganizowana, i tylko to pozwala jej robić tyle różnych rzeczy równocześnie. Uwielbia kino i muzykę. Jest zwolenniczką rzeczy prostych. Lubi coś robić wbrew i na przekór. Szybko się zaprzyjaźnia. Mówi, jak psycholog, że „wejście w zażyłą relację niewiele ją kosztuje”. Ale inni twierdzą, że to tylko pozór. Że jest bardzo emocjonalna, potrzebuje bliskości innych osób. Mówi, że życie nie jest zadane. Że powinniśmy się uczyć i uczyć zmieniać. Uśmiecha się: „Szybko się nudzę, ale to mi służy. Bo muszę być z ciekawymi ludźmi, czytać ciekawe książki, robić interesujące rzeczy. Więc właściwie mi się to opłaca. Bo jak się ktoś nie nudzi, to może zastygnąć. A mnie to nie grozi”.
„Jaka jest? – zastanawia się szef Ewy Woydyłło z Instytutu Psychiatrii. – Ma wielką umiejętność mówienia prosto o trudnych sprawach. Szybko pracuje. Ma pomysł i od razu chciałaby wprowadzać go w życie. Słuchaj – mówi – przecież to bardzo proste. – Tak – odpowiadam – ale w Ameryce, nie w Polsce. Te różnice zdań wynikają po części z naszych różnych doświadczeń.”
Krzysztof z AA: „Potrafi powiedzieć: słuchaj, nie masz racji, ale zrobi to w taki sposób, że nikt nie czuje się dotknięty”.
„Uwielbia stać w korkach. Kiedy inni się denerwują, ona włącza kasetę i uczy się niemieckiego. Nie znam nikogo innego, kto byłby tak zorganizowany. A przy tym jest niesłychanie emocjonalna. Dla mnie jest takim kolorowym ptakiem w szarej rzeczywistości” – opowiada zaprzyjaźniona z nią Krystyna Bogucka. Inna przyjaciółka, Barbara Kołodziej, uśmiecha się: „Nie znam innej osoby, która potrafiłaby tak naturalnie wyróżniać się z otoczenia: strojem, sposobem bycia. Tylko ona potrafiła zorganizować spotkanie przyjaciółek u najlepszej warszawskiej wróżki. Ewa nie zna słowa »niemożliwe«. Jeśli czegoś pragnie, osiągnie to, niezależnie czy będzie to nauka gry w tenisa, kolejny język obcy, czy zrobienie kolejnego programu. Sprawia wrażenie, że wszystko to przychodzi jej bez trudu, naturalnie, choć pewnie okupione jest ciężką pracą. Znamy się tyle lat i jeszcze nie zdarzyło się, by mnie kiedykolwiek rozczarowała albo zawiodła”.
W popularnych felietonach pisanych dla „Twojego Stylu” tłumaczy, że warto być szczerym i że trzeba umieć odmawiać. Pisze, jak radzić sobie z emocjami, jak zaakceptować siebie, jak poradzić sobie ze stratą bliskiej osoby. O swojej roli mówi tak: „Psycholog nie potrafi poradzić, jak żyć. Ale może przystawić lustro, w którym ktoś zobaczy to, co jest w nim dobre i to, co złe. I to pomoże mu wybrać swoją drogę”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl