Listopadowy numer „Znaku”: Władza i grzech w Kościele


„Wszyscy mruczą, nikt nie wrzaśnie”

Michał Okoński


Listopadowy numer „Znaku” to teologiczna bomba z opóźnionym zapłonem. Bomba ze względu na zawarte w nim treści i nazwiska autorów. Z opóźnionym zapłonem, bo żeby ją odbezpieczyć, trzeba numer... przeczytać. Tymczasem zwabieni przez mocny tytuł zwolennicy sensacji będą rozczarowani. Choć redakcja nie ukrywa, że bezpośrednią inspiracją do zajęcia się tematem była sprawa arcybiskupa Paetza („odsłonięcie zła, które zagnieździło się we wspólnocie ludzi wierzących; w sercu jednego człowieka sprawującego władzę i tych wszystkich, którzy to zło tuszowali” – czytamy w redakcyjnym wprowadzeniu), to zajmuje się problemem w sposób charakterystyczny dla krakowskiego miesięcznika. Idąc w głąb.

Wśród was tak nie jest
Ton nadaje ks. prof. Tomasz Węcławski. Autor głośnego „Świadectwa” na temat afery poznańskiej, występuje w tym numerze w roli interpretatora historii wczesnego Kościoła. To wtedy, na przełomie lat 60. i 70. pierwszego stulecia, po raz pierwszy stanął przed uczniami Chrystusa problem władzy i jej instytucji. Rozmawiając o tych kwestiach dzisiaj trzeba wracać do tamtych doświadczeń, skoro – przypomina ks. Węcławski – Bóg zechciał, by pierwotny Kościół stał się nieomylnym znakiem dla Kościoła wszystkich czasów.
Można cofnąć się jeszcze dalej, do samego Źródła. Jakie wnioski płyną dla nas ze zdań wypowiedzianych przez Chrystusa do uczniów: „Wiecie, że ci, którzy sądzą, że przewodzą narodom, podporządkowują je, a ich wielcy okazują wobec nich władzę. A wśród was tak nie jest; kto by chciał wśród was stać się wielkim, niech będzie waszym sługą”? Co znaczy: „Kto by chciał u was być pierwszym, niech będzie niewolnikiem wszystkich”? Ks. Franciszek Blachnicki zauważył kiedyś, że jaki obraz Chrystusa w nauczaniu, taki też obraz Kościoła. Podczas promocji tego numeru miesięcznika w wypełnionym po brzegi kapitularzu krakowskiego klasztoru dominikanów słowa ks. Blachnickiego przypomniał ks. Grzegorz Ryś. I zwrócił uwagę, że przez lata syntezą podejścia Kościoła do świata była uroczystość Chrystusa Króla. Dopiero Sobór Watykański II zaczął zmieniać akcenty, mówiąc o postaci Chrystusa-sługi. „Jezus jest Panem, ale Jego panowanie polega na gotowości do każdej, choćby najniższej służby (taką było umywanie stóp) – pisze ks. Tomasz Węcławski. – Gotowość ta jest znakiem dla uczniów i ma być przez nich naśladowana”. Odnosząc to bezpośrednio do kościelnej rzeczywistości: fundamentem porządku władzy w Kościele jest oddanie życia w służbie drugim, bez oczekiwania korzyści dla siebie. Każde powołanie – także tzw. najmniejsze – jest Kościołowi niezbędne. Odpowiedzialność za utratę lub niespełnienie każdego z nich jest więc wielka.
Poznański teolog kończy analizę problemu władzy w Kościele sformułowaniem trzech zasad: bezwzględnego szacunku dla każdego – w tym własnego – powołania, niekonkurencyjności powołań i zasady „im większa odpowiedzialność za innych, tym mniej dla siebie”. I wyciąga z nich mocną konkluzję: „Tam, gdzie ktoś powołany do służby nie wypełnia tego powołania lub też domaga się czegoś dla siebie, zanim je wypełni, albo tylko z tego tytułu, że je wypełnia (czyli robi to, co do niego w Kościele należy), choćby był wyróżniony instytucjonalną odpowiedzialnością w dziedzinie nauczania, uświęcania czy przewodzenia innym, naprawdę nie jest pierwszy – i jego instytucjonalna pozycja niczego tu nie zmienia”.
Jak można usunąć nieporozumienia w związku z porządkiem powołań, władzy i instytucji w Kościele? Ks. Węcławski odpowiada najprościej: „przez szukanie prawdy i wyzbycie się lęku”, także lęku przed władzą i lęku o siebie. Carl Friedrich von Weizsäcker zauważył kiedyś, iż system demokratyczny polega na przekonaniu, że ludziom można powiedzieć prawdę. Na tym zdaniu – dopowiada poznański teolog – opiera się także Ewangelia.

Willa w cieniu katedry
„Wśród was tak nie jest...” Czy na pewno? – zastanawiano się w zamieszczonej w listopadowym „Znaku” dyskusji nad tekstem ks. Węcławskiego. I o. Paweł Kozacki, redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, i ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski, kierownik duchowy prałatury „Opus Dei” w Polsce, widzą w polskim Kościele „konkurencyjność powołań”. Karol Tarnowski mówi o „pokusie władzy” i przekonaniu, że naśladowanie Chrystusa polega na tworzeniu monarchicznej struktury. Zjawisko ilustruje dobitnym przykładem o. Kozacki: „Od dziesięciu lat obserwuję, jak moi rówieśnicy – zakonnicy czy księża diecezjalni – z łatwością wchodzą w dworski rytuał i momentalnie do niego przywykają. Dawniej myślałem, że bizantynizm odejdzie wraz z pewnym pokoleniem, teraz obserwuję, że trwa w najlepsze”. Władza i kariera w Kościele często traktowana jest na modłę całkowicie świecką. Naczelny „W drodze” kreśli model psychologiczny „kościelnego karierowicza”: „Rzadko jest to typ agresywny i bezwzględny. Częściej jest to miły człowiek, który potrafi wspaniale mówić o Ewangelii, o pogłębianiu duchowości, o służbie bliźniemu, a jednocześnie wie, gdzie się pojawić, do kogo uśmiechnąć, komu przysłużyć...” Przypomina się termin ukuty przez skądinąd obecnego w tym numerze „Znaku” abpa Józefa Życińskiego: „ecclesiastical correctness”.
Właśnie w rozmowie redakcyjnej temat niedawnego skandalu w Kościele poznańskim powraca wprost. „Jako osoba zaangażowana w rozwiązanie tej sprawy, miałem bardzo silne poczucie, że część kościelnych struktur instytucjonalnych dążyła nie do wyjaśnienia sytuacji i usunięcia źródeł zła, lecz do jego zatuszowania” – mówi Jarosław Gowin. Nie zgadza się z nim ks. Józef Augustyn. Jego zdaniem „z dala od mikrofonów i kamer dziennikarskich trwa poważna refleksja”, czego dowodem jest choćby fakt, że... jego ostatnia książka, poświęcona nadużyciom seksualnym księży, była prezentowana w siedzibie Episkopatu.
Ks. Augustyn nie jest jedynym optymistą przy stole. Ks. Moszoro-Dąbrowski mówi, że jednoznaczne stanowisko Jana Pawła II w sprawie nadużyć seksualnych księży amerykańskich było m.in. konsekwencją sprawy poznańskiej. Wspomina także o potrzebie promowania dialogu wewnątrzkościelnego i sięgania po upomnienie braterskie („Jeżeli przełożony w seminarium ma dwa samochody, to klerycy powinni zwrócić mu uwagę, że to ich gorszy”), ale akurat w kontekście doświadczeń poznańskich takie podejście wydaje się mało realistyczne, a w każdym razie w przypadku arcybiskupa Paetza nie przyniosło rezultatów. Więcej: „Kościół przemawia językiem symboli i fakt, że dla arcybiskupa Paetza wyremontowano oficynę sąsiadującą z poznańską katedrą, utrudnia wielu ludziom jasną odpowiedź na pytanie, kto kogo w tej sprawie skrzywdził” – mówi Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny warszawskiej „Więzi”.

Struktury grzechu
Ale zainteresowanie autorów listopadowego „Znaku” nie ogranicza się jedynie do problemu władzy. Pozostaje jeszcze grzech... no właśnie – grzech w Kościele czy grzech Kościoła? Kiedy w czasie Wielkiego Jubileuszu Kościół wzywał do „oczyszczenia pamięci” i przepraszał za grzechy z przeszłości, np. za „metody nacechowane przemocą” w głoszeniu Ewangelii, to za co właściwie przepraszał? Za Bernarda Gui i Tomasa Torquemadę, inkwizytorów, którzy w imię dobra dopuszczali się niegodziwości, czy za strukturę, która powodowała, że stali się oni tym, kim się stali? Czy w wieku XIV lub XV człowiek mógł myśleć, że przemoc w imię wiary i zbawienia jest zła?
Analizowane przez ks. Grzegorza Rysia Państwo Kościelne jako struktura nacechowana grzechem nie dla wszystkich zapewne jest przykładem równie oczywistym, co np. inkwizycja. Ale pozwala na pełniejsze zrozumienie definicji, zawartej w encyklice „Sollicitudo rei socialis”. Jan Paweł II mówi w niej o „strukturach działających w kierunku przeciwnym niż prawdziwe poczucie dobra wspólnego”. Mówiąc prościej (i odnosząc to bezpośrednio do Kościoła początku XXI stulecia): trzeba się zastanawiać, czy struktury służą jeszcze swojemu celowi, czy może raczej obróciły się już przeciwko niemu, np. z żądzy zysku czy nieuporządkowanego pragnienia władzy? Czy chodzi o dobro struktur, czy o dobro wspólne? „Wiara w święty Kościół – konkluduje autor „Tygodnikowych” „Rekolekcji z Zacheuszem” – nie tylko nie przeszkadza, ale – wręcz przeciwnie – zobowiązuje do odważnej refleksji nad jego strukturami. W tej mierze, w jakiej są one ludzkie, są także niedoskonałe i mogą się przekształcać w prawdziwe »struktury grzechu«. Odpowiedzialność za ich istnienie spada nie tylko na tych, którzy je stworzyli (najczęściej zresztą w dobrej wierze), ale także na tych, którzy je umacniają i podtrzymują w istnieniu (choćby bezrefleksyjnością lub milczeniem)”.
W tym, co ksiądz Ryś mówił w kapitularzu dominikanów, ta ostatnia kwestia zabrzmiała jeszcze mocniej. Jak pisał XV-wieczny biskup Piotr Wysz: „Omnes murmurant, nemo clamat” (wszyscy mruczą, nikt nie wrzaśnie).

Podczas krakowskiej dyskusji o władzy i grzechu w Kościele zabrakło biskupów, którzy w tym czasie rozpoczynali doroczne rekolekcje na Jasnej Górze. Ale numer „Znaku”, który w rozmowie o współczesności każe przyjąć jako najważniejszy punkt odniesienia doświadczenie pierwszych chrześcijan, również stanowi materiał do rekolekcji. Dobrze odczytał to jeden ze słuchaczy dyskusji w kapitularzu, zadając następujące pytanie: „Niedawno w Krakowie gościł Jean Vanier. Wyobraźmy sobie, że jutro 80 proc. duchownych i 80 proc. świeckich zaczyna naraz zaczyna realizować jego projekt Kościoła służby, Kościoła umywania nóg. Wychodzą z kurii, z plebanii, idą między ludzi, służą im, idą do najuboższych i sami są ubodzy. Co się stanie? Kościół jako instytucja się rozpadnie – bo nie będzie zaświadczeń i statystyk? Co stracimy, a co zyskamy?” „Przyjdzie Pan” – odpowiedział przeor klasztoru, o. Jakub Kruczek. „No to na co jeszcze czekamy?” – szepnął siedzący przede mną mężczyzna. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl