„Znaki” M. Nighta Shaymalana


Jak zepsuć dobry film?

Michał Nawrocki


Prawie cały film „Znaki” zrobiony jest znakomicie. Wyjątek stanowi ostatnie pięć minut, które co prawda konsekwentnie podkreślają przesłanie filmu, natomiast sam film bezlitośnie zarzynają.


„Znaki” to najnowsza produkcja M. Nighta Shaymalana, scenarzysty i reżysera, który światowy rozgłos zyskał dzięki „Szóstemu zmysłowi” (1999). Jego następny film, „Niezniszczalny” (2000) spotkał się z opiniami różnymi, choć tych sceptycznych – i słusznie – było chyba więcej. 
Fabuła wygląda mniej więcej tak: Graham Hess (Mel Gibson) to niegdysiejszy pastor, który po tragicznej śmierci żony utracił wiarę. Wraz z dwójką dzieci (Rory Culkin, Abigail Breslin) i bratem (Joaquin Phoenix) żyje na małej farmie gdzieś w okolicach Filadelfii. Ludzie w miasteczku, do którego czasami jeździ, wciąż zwracają się do niego per „ojcze”; Hess stara się ich od tego odzwyczajać. Pewnego razu na jego polu kukurydzy pojawiają się dziwaczne znaki, których prawdopodobnie nie mógł zrobić – i jak się okazuje nie zrobił – człowiek. Wkrótce podobne znaki pojawiają się na całym świecie. Początkowo nie wiadomo, czy to koniec świata, czy inwazja obcych. W końcu okazuje się, że to drugie. Na niebie pojawiają się setki (tysiące?) statków kosmicznych. 

Film zrobiony jest świetnie. Gibson jak zwykle dobry, Phoenix momentami nie gorszy. Gra dziecięcych aktorów znakomita (zwłaszcza Rory Culkin – owacja na stojąco!). Scenariusz, pomysł, wykonanie intrygujące. Psychologia bohaterów pokazana mądrze i dobrze. Tym bardziej, że „Znaki” to film o ludzkiej duszy, a inwazja kosmitów stanowi tylko pretekst do opowiedzenia moralitetu. I nastrój. Film nie tyle trzyma w napięciu, co wciska w fotel. (Ten, kto robił tu dźwięk, zasługuje na Oscara.) Słowem – ręce same składają się do oklasków, wszystko w tym filmie zasługuje na pochwałę... Z wyjątkiem ostatnich pięciu minut. 
Stara maszyna cyfrowa z Lemowych „Bajek robotów” śpiewała: „Jam jest robot młody, nie boję się wody, bo gdzie woda, to ja hyc, nie boję się nic a nic, od nocy do rana, danaż moja dana!!” Obcy – który się wreszcie pojawia – wody się boi. Wygląda zresztą jak umazany smarem przemysłowym Spiderman z zaawansowaną paradentozą, a zachowuje się jak mało rozgarnięty małpolud po lobotomii (swoją drogą – tak sobie myślałem patrząc na tę ich inwazję – jakim cudem dająca liczne dowody na swą umysłową słabość rasa potrafiła osiągnąć tak wysoki poziom technologii?). W każdym razie woda (bynajmniej nie święcona) działa na Obcego mniej więcej tak jak kwas solny na ludzkie ciało. Polewając Obcych wodą, ludzkość tryumfuje nad wrogami, którzy zamiast ubrać się w coś nieprzemakalnego (bo latają, za przeproszeniem, goło) pierzchają w popłochu. 
Z kolei rodzina byłego pastora tryumfuje nad pojedynczym osobnikiem, który się był przyplątał i przerażająco szurał po dachu, oraz – w chwili bezpośredniej konfrontacji – nawet szczerzył zęby. Tryumfuje, jak się nie trudno domyślić, polewając przybysza wodą. W wyniku czego były pastor odzyskuje wiarę i na powrót staje się pastorem. A widz nie bardzo wie, czy się tu kpi, czy o drogę pyta.

Nie byłoby to aż tak irytujące, gdyby film był słabszy. Ale dysproporcja pomiędzy całością i zakończeniem to nie jest dysproporcja, to jest przepaść. Film trwa sto sześć minut. Pierwsze sto (sto jeden?) świadczy, że Shaymalanowi udało się zrobić film znakomity. Ostatnie sześć dowodzi, że udało mu się ten film zepsuć. Pasjonujący thriller i jednocześnie, co trudne, wnikliwe studium cierpienia, rozpaczy, utraty wiary, w jakiś niepojęty sposób zamienia się w marny kabaret, którego przesłanie niewiele odbiega od tego z „Dnia niepodległości”. Zamiast moralitetu wyszedł kolejny film o ufoludkach.

„Znaki”. Reż. M. Night Shaymalan. Występują: Mel Gibson, Joaquin Phoenix, Rory Culkin, Abigail Breslin. USA 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl