Szansą górnictwa jest prywatyzacja – blokują ją jednak różne lobbies


Jak by być mogło, ale nie będzie

Jan Macieja


Sprywatyzowane górnictwo może być konkurencyjne i stanowić podstawę polskiej elektroenergetyki przez następne 20–30 lat. Skorzystałaby na tym zjednoczona Europa, bo mniejsze byłoby jej uzależnienie od importowanej energii. Niskie ceny podniosłyby konkurencyjność transportu kolejowego, stymulując wzrost gospodarczy oraz zatrudnienie. Tyle że do takiej reformy nikt się nie pali. 


Zanim zajmiemy się reformą górnictwa, powiedzmy kilka słów o grzechach, popełnianych przy dotychczasowych próbach restrukturyzacji tej gałęzi przemysłu. 
Grzech pierwszy, to etatyzm: utrzymywanie własności państwowej, centralnego zarządzania i blokowanie prywatyzacji przez kolejne rządy i związki zawodowe przyniosło wiele skutków negatywnych, często nieodwracalnych. Chodzi o odcięcie od kapitału prywatnego, niezbędnego do restrukturyzacji technologicznej. Nasze górnictwo jest zacofane, a koszty wydobycia wysokie. Wyniki zmodernizowanej kopalni „Sobieski” dowodzą, że koszty – po modernizacji – są niższe o jedną trzecią. 
Prywatni inwestorzy pokryliby koszty reformy technologicznej, a wysokie przychody ze sprzedaży węgla pozwoliłyby na wzrost płac. Kopalnie płaciłyby podatki i składki na ZUS. Przychody budżetu ze sprzedaży kopalń i z podatków pokryłyby zaś koszty przekwalifikowania zbędnych górników. W gminach górniczych można by dotować inwestycje infrastrukturalne, które przyciągnęłyby prywatny kapitał. Potrzebne są też pieniądze na dofinansowanie szkolnictwa wyższego i szkół, pozwalających uzupełnić wykształcenie. Tylko niektóre dzieci górników będą pracować w kopalniach, reszta – by zdobyć zatrudnienie – musi być dobrze wykształcona. I wreszcie, prywatyzacja oznaczałaby spore pieniądze (15 proc. udziałów w prywatyzowanej spółce przypada załodze) dla tych wszystkich, którzy pracowali w górnictwie w i po marcu 1993, potem opuścili kopalnie i popadli w biedę.
Tak być mogło... Politycy i związkowi „baronowie” doskonale wiedzą o tym wszystkim, ale na razie nie sprywatyzowano w Polsce... żadnej kopalni. Politycy, podgrzewając zakorzenione na Śląsku lęki przed obcym kapitałem (głównie niemieckim) zdobywają głosy; straszą też bezrobociem. Bonzowie związkowi korzystają z dobrodziejstw zatrudnienia na związkowych etatach, opłacanych przez kopalnie. Własność państwowa daje im też siłę polityczną. Związki zawodowe, blokując prywatyzację, nie interesują się tymi, którzy odeszli z górnictwa nie z własnej winy. Ich los nie obchodzi związków, bo nie płacą składek i nie głosują w wyborach związkowych.
Polityka etatyzmu nadaje też reformom charakter technicystyczny, antyhumanitarny. Zwolnienia i zamykanie kopalń postrzegane są przez górników jako cele samoistne. Wielkimi hamulcowymi prywatyzacji są też byli pracownicy Wspólnoty Węgla Kamiennego, przedsiębiorstw eksploatacji węgla, byli członkowie Komisji Węglowej KW PZPR, weterani „Solidarności”. Stosują taktykę „daj pożyć”: mają dobrą pracę w Państwowej Agencji Restrukturyzacji Górnictwa (PARG) i w spółkach, gdy w sprywatyzowanym górnictwie byliby niepotrzebni.
Grzech drugi leży w metodzie dotychczasowej restrukturyzacji. Łączenie w spółki złych kopalń z dobrymi, aby lepsze „pociągnęły” gorsze lub zapłaciły za ich likwidację, było łatwym do przewidzenia błędem: złe kopalnie „pociągnęły” w dół dobre. Wewnętrzna redystrybucja dochodu znosi motywację do osiągania lepszych wyników. Kopalnie lepsze, subsydiując gorsze, nie rozwijają się, bo brakuje im pieniędzy. Etatyzm i pozbawienie osobowości prawnej kopalń zabiły rodzącą się przedsiębiorczość, a umocniły odziedziczone po PRL-u nastawienie, że nikt za nic nie odpowiada, bo „i tak nic nie jest moje”. Tymczasem prywatyzacja zaowocowałaby powstaniem wielu podmiotów gospodarczych w oparciu o (znaczny na początku lat 90.) produkcyjny i nieprodukcyjny majątek kopalń. Spora część górników stałaby się właścicielami ich majątku. Dzięki korzyściom z reform można było oczekiwać ich afirmacji ze strony środowiska górniczego. Jednak tę szansę zaprzepaszczono.
Grzech trzeci, to pasywne wykorzystanie środków osłonowych. Ogromne środki na osłony socjalne wypłacono górnikom na podstawie wysługi lat i pozytywnych opinii związków. Te pieniądze nie przyczyniają się do tworzenia alternatywnych miejsc pracy. Co gorsze, oznaczają finansowanie ze środków publicznych patologii społecznych (rozpad rodzin, kulturę życia bez pracy) oraz masowy odpływ z górnictwa fachowców (patrz reportaż poniżej – red.).
Teraz o niezbędnych reformach. 
Po pierwsze, trzeba zerwać z etatyzmem, zlikwidować PARG jako pośredni szczebel zarządzania. Po drugie, z ok. 30 potencjalnie rentownych kopalń należy wykształcić kilka lub kilkanaście samodzielnych przedsiębiorstw górniczych, zdolnych przez 20-30 lat konkurować na rynku wewnętrznym z importerami węgla i producentami alternatywnych nośników energii, np. gazu. A potem tak powstałe przedsiębiorstwa górnicze należy sprzedać. 
Potencjalnymi kupcami byliby nabywcy elektrowni na węgiel kamienny: posiadanie własnych kopalń zredukowałoby ryzyko polityczne nabycia elektrowni. Zakup kopalń np. przez niemieckich inwestorów prawdopodobnie zwiększyłby eksport węgla na południowo-wschodnie obszary Niemiec (cena nabycia w Hamburgu będzie wyższa od kosztu wydobycia w sprywatyzowanych przedsiębiorstwach w Polsce, a koszty transportu są podobne). Górnictwo może sprzedawać ok. 80 mln ton węgla rocznie po 35–36 USD za tonę, przy średnim koszcie wydobycia w sprywatyzowanych przedsiębiorstwach 25 USD na tonę. Górnictwo mogłoby więc osiągnąć rentowność, niedostępną innym gałęziom – ok. 28 proc. W powiązaniu z prywatyzacją elektrowni na węgiel kamienny, można by sprzedać kopalnie za sumę ok. 2,5 miliarda USD w ciągu ok. 4 lat, a łącznie z terenami stanowiącymi własność kopalń za ok. 3 miliardów USD. Znaczna część tej sumy trafiłaby do rąk górników zatrudnionych w górnictwie w i po marcu 1993.
Kolejny krok: kopalnie, których nie udałoby się sprzedać w powyższy sposób, powinny być sprywatyzowane przez przekształcenie ich w spółki komandytowe. Spółki zarządzające aktywami musiałyby samodzielnie szukać inwestorów lub środków rozwojowych. Taka prywatyzacja wyzwoliłaby wiele inicjatyw lokalnych i mogłoby się okazać, że kopalnie – z pozoru nierentowne, jak np. „Jadwiga” – mogłyby po zmianie właściciela przynosić zyski. W oparciu o aktywa spółek komandytowych powstać mogłoby kilka tysięcy miejsc pracy. W tak zrestrukturyzowanym górnictwie praca byłaby dla 100 tys. osób, 10 tys. znalazłoby zatrudnienie w spółkach świadczących usługi na rzecz przedsiębiorstw górniczych, a ok. 6 tys. (przejściowo) w przedsiębiorstwach likwidacyjnych.
I wreszcie, wobec napływu kapitału prywatnego na restrukturyzację technologiczną, pieniądze z budżetu na reformy górnicze mogłyby w całości zostać przeznaczone na tzw. aktywne osłony socjalne. Pieniądze te byłyby zdeponowane w drodze przetargu w bankach. Dostępne byłyby dla pracodawcy, który chciałby na określonych warunkach zatrudnić górnika (lub na samozatrudnienie). Przy ostatnim rozwiązaniu bank – zgodnie z warunkami przetargu – wspierałby realizację pomysłu na działalność gospodarczą.
W sumie prywatyzacja mogłaby uczynić z górnictwa rentowną gałąź przemysłu, bez powiększania bezrobocia i pauperyzacji ludności Śląska. Nie finansowano by też ze środków publicznych patologii społecznych.
Jest tylko jedno „ale”: opisana tu koncepcja została przez autora (kierującego pracami niezależnych ekspertów) złożona w ministerstwach gospodarki i finansów w 1999 roku. Do dziś nikt się nią nie zainteresował.

Jan Macieja jest kierownikiem Zakładu Mikroekonomii w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN, w 1990 r. był pełnomocnikiem rz±ądu ds. restrukturyzacji górnictwa.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl