LISTY





Przeciw przemocy, na rzecz pokoju


Wielmożny Pan Dr Mustafa Barghouti przewodniczący Union of Palestinian Medical Relief Committees, dyrektor Instytutu Zdrowia, Rozwoju, Informacji i Polityki w Ramalli

Szanowny Panie Doktorze,

w polskim tygodniku „Polityka” [nr 40/2002, rozmowa Piotra Balcerowicza z Mustafą Barghoutim – rywalem Jasera Arafata do władzy w Autonomii Palestyńskiej – red.] przeczytałem Pana wypowiedź na temat stosunków i konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Obydwaj jesteśmy lekarzami i składaliśmy tę samą przysięgę Hipokratesa, która zobowiązuje nas do ochrony życia ludzkiego, więc jesteśmy zgodni w tym, że każdy przelew krwi jest przeciwko człowiekowi. Sytuacja na Bliskim Wschodzie, działania obu skonfliktowanych stron nie mają dziś nic wspólnego z poszanowaniem życia ludzkiego. Z obu stron konfliktu mamy niestety do czynienia z rządami, które nie są w stanie, albo nie chcą, tego zrozumieć.
Nie będę zajmować się szczegółami. Najważniejsze teraz, to przerwać rozlew krwi. Proponuję Panu i światłemu społeczeństwu w Izraelu, stworzenie ruchu społecznego przeciwko przemocy, na rzecz pokoju. To może i powinien być ruch izraelsko-palestyński, którego celem byłoby wywieranie nacisku na rządy obu stron konfliktu, żądanie zawieszenia broni, a w dalszej perspektywie – zawarcie sprawiedliwego pokoju, możliwego do przyjęcia przez obie strony. Chciałbym, aby taki wspólny ruch zapoczątkowało spotkanie przedstawicieli społeczności palestyńskiej i izraelskiej, dla których życie ludzkie jest naczelną wartością. Jeśli byłby Pan skłonny wziąć w tym udział, poczyniłbym starania, aby mogło się ono odbyć na eksterytorialnym terenie. Liczę, że w Autonomii Palestyńskiej ma Pan sprzymierzeńców tej sprawy. Wiem, że po stronie izraelskiej, a dowodem na to jest pokojowa demonstracja w rocznicę śmierci premiera Icchaka Rabina, też znajdą się ludzie, którzy przystąpią do takiego ruchu.
Nacisk społeczny na rządy obydwu stron nie pozostanie bez wpływu na to, co będzie się działo w przyszłości. Proponowane przeze mnie spotkanie ma szansę stać się pierwszym krokiem w procesie podejmowanym w imię wartości moralnych, na rzecz zakończenia rozlewu krwi na Bliskim Wschodzie. Liczę na Pana, gdyż jak dotąd podejmowane przeze mnie próby porozumienia się z władzami Autonomii Palestyńskiej okazały się bezskuteczne. Mam nadzieję, że to Pan i postępowi ludzie Izraela oraz Autonomii Palestyńskiej staniecie się tymi, którzy nadadzą tej sprawie bieg.

Marek Edelman
(Łódź, 23 listopada 2002 r.)





Sprawa poznańska: niejasności pozostały

Jestem czytelnikiem „TP” od kilku już lat. Sięgnąłem po ten tytuł, gdy kończyłem studia, mając nadzieję, że znajdę w nim nie tyle bieżące informacje, co komentarz do współczesności, zwłaszcza do spraw związanych z religią, która mnie szczerze zajmuje. Często znajduję w „TP” takie materiały, o jakie mi chodzi. Tym razem jednak chciałbym zwierzyć się Państwu z kłopotu, jakim jest dla mnie sprawa arcybiskupa Juliusza Paetza, a właściwie sposób, w jaki została przypomniana w komentarzu ks. Adama Bonieckiego „Tym razem bez niejasności” („TP” nr 47/2002). Czytając komentarz oraz informację z kroniki religijnej miałem poczucie zlekceważenia mnie, jako „szeregowego” członka Kościoła. Rozumiem, że nie od Redakcji zależą decyzje Watykanu, choć niewątpliwie najbardziej chciałbym przeczytać oficjalne oświadczenie Stolicy Apostolskiej orzekające jasno o winie lub niewinności arcybiskupa. Skoro jednak nie ma takiego oświadczenia (dlaczego?), przynajmniej dziennikarze „TP” mogliby pisać o sprawie przejrzyście i zrozumiale dla wszystkich.
„Tym razem bez niejasności” – tytułuje swój komentarz Redaktor Naczelny, a ja mam poczucie, że jest dokładnie na odwrót. Dlaczego muszę domyślać się, iż (oficjalnie zresztą nieznana!) watykańska decyzja (odsunięcie od „posługi biskupiej”) ma na celu nie tylko ułatwienie życia nowemu arcybiskupowi poznańskiemu, ale jest też de facto potwierdzeniem winy Juliusza Paetza? Dlaczego ks. Adam Boniecki pisze, iż rzecz jest już stara i przebiegała „na linii Watykan – arcybiskup Gądecki – arcybiskup Paetz”, a więc poza opinią publiczną, poza wiedzą większości katolików? Czy prawdę o poznańskiej aferze ma poznać tylko garstka wtajemniczonych, czy również „zwykły wierny”, taki jak ja?
„Łatwiej sięgamy do kieszeni, gdy wiemy, na co wydawane są nasze pieniądze” – pisze w tym samym „TP” red. Artur Sporniak, omawiając kościelne finanse. Powiedziałbym: łatwiej jest mi zrozumieć grzeszność pojedynczego hierarchy niż zmowę milczenia, która otacza całą sprawę... Niemniej jednak pozostaję z sympatią

(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)


Istotnie, nie od nas zależy styl działania Stolicy Apostolskiej. My staramy się zrozumieć sens konkretnych decyzji i próbujemy go wyjaśnić. Być może Watykan nie chce dodatkowo upokarzać człowieka? „Nie chcę śmierci grzesznika, ale by żył, nawrócił się i czynił pokutę” – mówi Pismo. Może w tej powściągliwości jest jednak jakaś mądrość.

Ks. ADAM BONIECKI






Powrót nowomowy 

W niedzielę, 24 listopada tego roku, w „Teleekspresie” redaktor Małgorzata Wyszyńska poinformowała widzów o przedbarbórkowej pielgrzymce górników na Jasną Górę i modlitwie za dusze tych, którzy „zmarli tragicznie w czasie stanu wojennego”. Okazuje się więc, że do telewizji publicznej nie tylko wróciły osoby skompromitowane w PRL (o czym wielekroć pisała między innymi „Rzeczpospolita”), ale również partyjna nowomowa, język kłamstwa i perfidnej indoktrynacji – wierny sojusznik zomowskiej pały i czołgu, jak ujmował to Jakub Karpiński. W cytowanym zwrocie użyto, uświęconej w komunistycznej propagandzie, eufemistycznej formuły „zmarli tragicznie” (a więc w jakich okolicznościach? Rażeni piorunem? W wypadku drogowym?), zamiast choćby „zginęli od kul” lub „zginęli w masakrze”. W zgodzie z kanonami „Trybuny Ludu” (a ściślej z zasadą magicznego pojmowania języka, wedle której obiekt niewymieniony nie istnieje), ominięto ważną w powszechnej świadomości nazwę kopalni „Wujek”. Na dodatek, jedynie zasygnalizowano jednoczesność stanu wojennego i zbrodni, bez zaznaczenia ich powiązania przyczynowego.
Ten medialny incydent skłania do niewesołych wniosków, ale już nie dziwi. Telewizja publiczna przyzwyczaiła odbiorców do wielu kompromitujących praktyk, by wspomnieć choćby brak bezstronności u redaktorów programów informacyjnych czy drobnomieszczańskie, biesiadne maratony w TVP 2. Rzadko jednak dokonuje się ekshumacji takich potworów...

DAMIAN STRZESZEWSKI 
(student UW, Otwock)





To samo, widziane inaczej

Z opóźnieniem trafił do moich rąk „TP” nr 44//2002, w którym zapoznałem się z interesującym sprawozdaniem Michała Kuźmińskiego i Bartłomieja Dobrocha z październikowych targów książki w Krakowie. Relacja jest obszerna i rzetelna. Autorzy cytują opinię komisarza – pani Joanny Sułek, że książka jest najważniejsza; dostrzegają troskę prezesa firmy „Targi w Krakowie” pani Grażyny Grabowskiej, że statystyczny Polak czyta na rok pół książki; odnotowują ciekawy akcent węgierski targów; zachwycają się faksymilowym wydaniem „Biblii Gutenberga”; wyławiają pierwsze krajowe wydanie książki „Solidarność i samotność”; informują, że padł rekord liczby wydawnictw katolickich; opowiadają o imprezach towarzyszących.
Jako uczestnik tych targów chciałbym dodać, że uczestniczył w nich także Tadeusz Różewicz – poeta. W piątek podpisywał książki na stoisku Wydawnictwa Dolnośląskiego, a w sobotę na stoisku Wydawnictwa Literackiego. Wizyta Tadeusza Różewicza jest dla mnie, wydawcy (niech mi wybaczy WL – „nasza matka” – uogólnienie) zaszczytem i kłopotem. Zaszczyt, bo do autora ustawia się kilkaset młodych osób, z nową „szarą strefą” lub starą „Kartoteką”. I kłopot, bo w ten tłum po półtorej godzinie musi dyskretnie, lecz zdecydowanie, wkroczyć wydawca z oświadczeniem: „Proszę się już nie ustawiać, no, może jeszcze pięć osób na zakończenie”, potem jeszcze trzy osoby w korytarzu, dwie na parkingu, koniec. I żegnający autora wianuszek wydawców i czytelników – „Panie Tadeuszu, to było największe wydarzenie targów”. Ale nie przeceniajmy. Być może wianuszek ów to nadgorliwi miłośnicy, a poza tym, jeśli ktoś widział we Franfurcie nad Menem kolejkę po autograf Borysa Jelcyna, to kilkaset osób do Tadeusza Różewicza nie robi na nim żadnego wrażenia. Odnotowuję to jako świadek przyjmujący do wiadomości fakt, że jeśli patrzymy na to samo, niekoniecznie widzimy to samo. 
Lat temu dwa lub trzy przyjechałem z panem Tadeuszem Różewiczem do Krakowa. Dzień był straszny. Lał deszcz, wiał przenikliwy wiatr. Z krakowskiego rynku nawet gołębie uciekły. Wyć, pić lub wiać. Pozostawiłem pana Tadeusza w skromnym hoteliku na Starówce, a sam, autostradą łączącą Planty i Kraków z Europą, udałem się do Wrocławia. I miałem wyrzuty sumienia. Bo mimo deszczu przede mną przesuwały się zmienne pejzaże Jury, Śląska i Opolszczyzny. A on miał do wyboru: usiąść na krześle albo na łóżku, wejść do łazienki lub stanąć przy oknie. Wszystko. Po wielu dniach przeczytałem wiersz, piękny i nostalgiczny, złożony ze słów prostych jak mowa dziecka – „Deszcz w Krakowie”. Ten, który i mnie lał się na łeb, dla Mistrza spadał na głowy poetów, ten, który wciskał mi zimnicę za kołnierz, dla Mistrza spadał na „szarą piechotę”. Ten sam deszcz, ten sam dzień, te same targi, a wszystko inaczej.

REDAKCJA „TP”

O przyjeździe Tadeusza Różewicza poinformowaliśmy czytelników w tekście poprzedzającym targi – „Księgarnia pod Wawelem” w „TP” nr 42/2002. Omówienia „szarej strefy” nie zaniedbał Lektor („TP” nr 41/2002). Zdajemy sobie jednak sprawę, że to zbyt mało. Nostra culpa. Przepraszamy zarówno Pana Różewicza, jak Wydawnictwo Dolnośląskie, i obiecujemy poprawę.

REDAKCJA „TP”












LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl