Aktywność obywateli

Marcin Król



Po wyborach samorządowych słyszeliśmy wiele uwag na temat tego, jak jest niedobrze, że tak mało ludzi poszło głosować. W niedawnych wyborach parlamentarnych w Austrii wzięło udział ponad osiemdziesiąt procent obywateli, co jest liczbą w Polsce nieznaną od 1989 roku. I co z tego? Prawdę mówiąc nic. Wszyscy, z którymi rozmawiam, są niezadowoleni z wyniku wyborów oraz bardzo marnie się wypowiadają o wszystkich przywódcach partii politycznych, może z wyjątkiem Zielonych, ale oni nie mają na razie żadnych szans (niecałe osiem procent głosów). Zapewne powstanie jakaś koalicja rządowa, bo nikt nie chce następnych wyborów, ale będzie to albo koalicja paskudna (z Partią Wolności), albo niepoważna z Socjaldemokracją, która poważnie się różni od partii Schüssela pod względem programu i ambicji jej przywódców.
Czy zatem aktywność obywateli mierzona udziałem w rozmaitego rodzaju wyborach jest tak istotna dla demokracji? Niewątpliwie w pewnym stopniu jest, ale mam wrażenie, że jej znaczenie bardzo często jest przeceniane. Znacznie ważniejsza jest codzienna publiczna aktywność obywateli, ich udział w kontrolowaniu i także tworzeniu instytucji publicznych. I nie mam tu na myśli tylko bardzo istotnych organizacji pozarządowych, ale także wszystkie formy dozwolonej działalności w ramach instytucji administracji państwowej i samorządowej. Na przykład uczestniczenie w obradach rad gminnych czy miejskich i zadawanie pytań radnym oraz wójtowi lub burmistrzowi. Komu się chce? Prawie nikomu.
Ponadto jesteśmy na ogół przekonani (i każda władza chętnie to przekonanie w nas utwierdza), że liczne dokumenty tworzone przez administrację, łącznie z rządem, są dla nas niedostępne. Otóż dokumentów niedostępnych jest bardzo niewiele, tylko te z napisem poufne lub tajne, wszystkie inne są dostępne i to dla każdego obywatela, a nie tylko dla dziennikarzy, którzy z tej dostępności stosunkowo rzadko czynią użytek. Władza zresztą nierzadko łamie prawo. Na przykład projekt budżetu może być poufny, dopóki nie został opracowany, ale kiedy jest już prezentowany Radzie Ministrów, poufny być przestaje. I podobnie jest z bardzo wieloma innymi tworami administracji.
A zatem możemy stosunkowo łatwo nadzorować administrację, możemy zgłaszać liczne praktyczne wnioski i musimy na nasze propozycje otrzymać odpowiedź (w ciągu miesiąca), możemy także domagać się od dziennikarzy, by robili to za nas. Jest to znacznie skutecznieszją forma aktywności obywatelskiej niż tylko uczestnictwo w wyborach i taka aktywność jest obowiązkiem obywateli, zaś udział w wyborach tylko wątpliwym uprawnieniem.
Wiem, że na całym świecie tak pojmowana aktywność obywatelska jest znacznie słabsza niż przed kilkoma dekadami. Ale wiemy także, iż wszyscy rozważają sposoby, jakich trzeba użyć, by uzdrowić śpiącą demokrację. Otóż inaczej niż w przypadku wielu chorób, wiemy na co choruje demokracja, diagnoza jest prosta, właśnie na bierność obywateli, czyli zaniknięcie tego, co było określane mianem partycypacji, i także osłabienie idei reprezentacji. Znamy chorobę i jej przyczyny, ale nie znamy lekarstwa. Jestem przekonany, że nie da się tu wymyśleć żadnych cudów. Uczestnictwo obywateli w demokratycznym podejmowaniu decyzji na wszystkich poziomach władzy i nieustanna możliwość kontrolowania poczynań władzy, to jedyne sposoby na ożywienie demokracji. Sęk w tym, że obywatelom się nie chce, a władza się z tej bierności tylko cieszy. Pozbawmy ją zatem tej przyjemności.



 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl