NATO tworzy wojska ekspedycyjne – co z tego wynika dla Polski


Sojusz na igelicie

Stanisław Koziej


Jeszcze niedawno wydawało się, że głównymi problemami NATO są: rozszerzenie i relacje z Rosją. Tymczasem obie przeszkody pokonano nadzwyczaj gładko. Wyzwanie stanowią teraz zdolności funkcjonowania Sojuszu w nowych warunkach polityczno-strategicznych.


Sygnałem poszukiwania przez NATO nowej wizji strategicznej były, zapoczątkowane na ostatnim spotkaniu ministrów obrony w Warszawie, dyskusje o nowych siłach szybkiego reagowania, a raczej – bo o to w praktyce chodzi – wojskach ekspedycyjnych. Cicha powszechna zgoda na zgłoszoną przez amerykańskiego sekretarza obrony Donalda Rumsfelda propozycję utworzenia takiego korpusu jest pośrednim przyznaniem się NATO do błędu popełnionego na szczycie w Waszyngtonie w 1999 r. 
Otóż w ostatnich latach, przed i po szczycie waszyngtońskim, NATO robiło wszystko, aby nie dopuścić do powstania sił ekspedycyjnych. Przed 1999 r. struktura Sojuszu obejmowała siły reagowania (w tym natychmiastowego i szybkiego reagowania), główne siły obronne oraz siły wzmocnienia. Pojawiły się jednak obawy, że siły reagowania staną się wojskami przygotowywanymi wyłącznie do zadań wykraczających poza art. 5 (czyli solidarną obronę zaatakowanego członka Sojuszu) i poza obszarem Paktu, co doprowadziłoby do powstania dwóch kategorii sił zbrojnych: jednych do reagowania w sytuacjach kryzysowych w świecie oraz drugich – do obrony kolektywnej sojuszników na podstawie art. 5. By tego uniknąć, przyjęto zasadę, że wszystkie siły muszą być przeznaczone zarówno do zadań kryzysowych, jak obronnych. Zdecydowano więc zmienić kategoryzację sił i rozróżniać je nie według charakteru wykonywanych działań, lecz stopnia gotowości. Mieliśmy więc siły wysokiej gotowości, obniżonej gotowości i o wydłużonym czasie mobilizacji – w założeniu jednakowo zdolne do wykonywania wszystkich zadań. 
Decyzja o utworzeniu wojsk ekspedycyjnych, podjęta na szczycie w Pradze, przekreśla tę filozofię. Sojusz wraca do poprzedniej idei sił szybkiego reagowania, z tendencją do ich specjalizowania się w zadaniach ekspedycyjnych.
Równocześnie tworzenie sił ekspedycyjnych jest co prawda ważnym, ale nie kluczowym, a przynajmniej nie pierwszym w kolejności wyzwaniem, z którym NATO musi się uporać. Istotniejsza jest konieczność politycznego, strategicznego i wreszcie operacyjnego (doktrynalnego) dostosowania Sojuszu do nowych warunków: NATO ma być nie tylko sojuszem obronnym w obszarze euroatlantyckim, ale także podmiotem reagowania kryzysowego w wymiarze globalnym.
Sytuację można porównać do kariery Adama Małysza, mistrza skoków zimowych. Wszyscy oczekują, że będzie równie dobrze skakał latem – na igelicie, w zupełnie innych warunkach, ale niezbyt mu to wychodzi. Podobnie jest z NATO – bezkonkurencyjnym podczas zimnej wojny, a teraz zmuszonym radzić sobie w nowych warunkach. „Trenerska” narada ministrów w Warszawie zajęła się fasowaniem sprzętu potrzebnego do skoków na igelicie, choć nie było jeszcze jasnej deklaracji, że Sojusz w ogóle będzie skakać latem. Niektórzy twierdzą, że NATO powinno pozostać sojuszem obronnym i pilnować tylko własnego terytorium. 
Zanim powstaną siły ekspedycyjne, trzeba wypracować nową doktrynę działania NATO jako podmiotu reagowania kryzysowego. Podmiotu – a nie struktury wspierającej lub użyczającej swych sił innym. Natowska doktryna działań ekspedycyjnych, w tym ewentualnie prewencyjnych (zwłaszcza gdyby przewidywała też możliwość uderzeń uprzedzających) nie powstanie szybko. Czeka nas wiele lat zażartych dyskusji, które mogą zmienić wizję korpusu ekspedycyjnego. 
Dlatego dyskutowanie dziś o siłach ekspedycyjnych, choć korzystne dla wyostrzenia problemu, przypomina budowanie nowego NATO od końca, a w sensie praktycznym – jest przedwczesne. Najpierw trzeba podjąć decyzję polityczno-strategiczną: czy Sojusz ma być odpowiedzialny także za reagowanie kryzysowe w skali globalnej. Następnie trzeba przyjąć operacyjno-doktrynalne ustalenia co do procedur funkcjonowania NATO w odniesieniu do takiej misji, a dopiero na końcu zająć się tworzeniem wojsk. Innymi słowy: najpierw trzeba zdecydować, że startujemy na igelicie, potem opracować odpowiednią procedurę przygotowania i taktykę udziału w takich zawodach, a dopiero na tej podstawie dobrać sprzęt. 
Polska powinna aktywnie uczestniczyć w tych pracach: wnieść własne koncepcje, zaoferować odpowiedni ilościowo i jakościowo udział w siłach ekspedycyjnych. Biorąc pod uwagę przewidywaną wielkość tych sił (ponad 20 tys. żołnierzy), liczbę członków NATO i naszą pozycję w Sojuszu, powinniśmy wystawić jeden batalion (ok. tysiąca żołnierzy). Przy uwzględnieniu koniecznej rotacji oznacza to posiadanie przygotowanych do misji ekspedycyjnej sił wielkości brygady (3 tys.). 
Jednak ważniejsze są wymagania jakościowe. Przy tworzeniu korpusu ekspedycyjnego obowiązywać będzie reguła „przetargu operacyjnego”. Państwa przedstawią oferty, a dowództwo wybierze tylko najlepsze. Nikt nie będzie budować tak wyspecjalizowanych wojsk na zasadzie przyjmowania wszystkich chętnych. 
Jeśli zatem Polska nie przedstawi odpowiedniej propozycji, możemy w ogóle nie trafić do korpusu ekspedycyjnego. To byłaby polityczna katastrofa i ostateczna degradacja do „członka drugiej kategorii”. A biorąc pod uwagę, co się w Polsce robi (raczej: czego się nie robi) na rzecz jakości sił zbrojnych – jak np. odżegnuje się od ich uzawodowienia, jak kultywuje się tradycyjne, a unika się perspektywicznych systemów uzbrojenia (broń precyzyjna, samoloty bezpilotowe) – to poważnie można się obawiać, że nie dostaniemy się do tej natowskiej ekstraklasy. 
Tworzenie sił ekspedycyjnych nie jest ani pierwszym, ani ostatnim sygnałem, że najwyższa pora przejść na armię zawodową oraz postawić na jakość sił zbrojnych (mierzoną poziomem ich wyszkolenia oraz nowoczesnością wyposażenia). Powinniśmy zareagować już dziś, nie czekając na dalsze okazje. Taktyka wyczekiwania zawsze oznacza – jak uczą polskie doświadczenia restrukturyzacyjne z lat 90. – wyższe koszty. Lepiej jest wyprzedzać tendencje, które wkrótce zdominują sferę bezpieczeństwa i obronności. 
Takim wyprzedzającym działaniem (dziś – wyprzedzającym, jutro – tylko pościgowym) byłaby decyzja o przejściu w ciągu kilku lat na armię zawodową oraz przyjęcie strategii przeskoku generacyjnego w rozwoju technicznym sił zbrojnych. Należy skupić wysiłek modernizacyjny na wspólnym (z najbardziej zaawansowanymi technologicznie sojusznikami) inwestowaniu w systemy wyposażenia wojsk kolejnej, a nie obecnej generacji. Taki pościg na skróty to jedyna szansa na doścignięcie czołówki. Inaczej Polska będzie maruderem w sojuszniczym peletonie: nie tylko nie dostanie się do sił ekspedycyjnych, ale nie utrzyma nawet pozycji solidnego średniaka. 

Gen. bryg. prof. dr hab. Stanisław Koziej wykłada w Akademii Obrony Narodowej. Był dyrektorem Departamentu Systemu Obronnego MON i w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Kierował polską misją w Komisji Nadzorczej w Korei, był z-cą szefa misji OBWE w Gruzji i polskim przedstawicielem w Komitecie NATO ds. polityki i strategii nuklearnej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl