Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Kapitał dobrej woli

Marek Orzechowski z Brukseli Przed finałem

Wojciech Pięciak
Sen o palestyńskim Gandhim








 

 




  
Kapitał dobrej woli

W interesie właściciela nierentownej (jak twierdzi) fabryki jest pozbycie się za-
kładu. Jako właściciel może zresztą kierować swym biznesem, jak chce – byleby w granicach prawa i z poszanowaniem zawartych umów. W interesie zatrudnionych jest jak najszybsze znalezienie nowej pracy. W interesie rządu i władz lokalnych jest spokój społeczny. Przypadek Ożarowa – gdzie pracownicy próbowali nie dopuścić do zamknięcia fabryki, interweniowali sprowadzeni przez właściciela ochroniarze, a potem policja, i teraz napięcie usiłuje złagodzić sam minister pracy – jest klasycznym przykładem konfliktu tych interesów.
Wystarczy jednak nieco dobrej woli, by pojawiła się szansa na rozwiązanie sporu – i to bez zanegowania praw właściciela czy interwencji państwa wykraczającej poza reguły rynku. Okazuje się bowiem, że na tymże rynku kapitałem dla przedsiębiorcy jest też wizerunek jego firmy. Rząd i samorząd natomiast mogą bez sięgania po nadzwyczajne i etatystyczne środki, a jedynie przy pomocy istniejących instrumentów (możliwość udzielenia ewentualnym inwestorom ulg podatkowych i gwarancji kredytowych itd.) przyczynić się do ożywienia przedsiębiorczości w ogarniętym bezrobociem mieście. Aby plan się powiódł potrzebna jest jeszcze dobra wola najbardziej zainteresowanych – dzisiejszych bezrobotnych. Aktywność okazywaną w demonstracjach muszą przekształcić w chęć przekwalifikowania się; muszą też być może pogodzić się z ograniczeniem długoletnich przywilejów pracowniczych. To właśnie może być najtrudniejsze. 
 

Krzysztof Burnetko






Przed finałem

Właściwie już wiadomo, czym zakończą się negocjacje Polski o członkostwo 
w UE. Ustalenia większości rozdziałów negocjacyjnych znane są od dawna, a sfinalizowanie trzech pozostałych (w rolnictwie, budżecie i pomocy strukturalnej) nie przyniesie większych niespodzianek. Położona przed tygodniem na stół przez Danię oferta końcowego kompromisu jest mniej więcej tym, co znajdzie się w traktacie akcesyjnym. Poprawki i uzupełnienia mogą być już tylko nieznaczne. Klamka zapadnie w Brukseli 9-10 grudnia podczas sesji ministrów spraw zagranicznych i w trakcie ostatniego negocjacyjnego maratonu. Najpewniej unijne kraje zaakceptują duńską propozycję. Będzie to postęp, skoro Wielka Brytania, Holandia, Francja i przede wszystkim Niemcy dotąd ją odrzucały. Oferta duńska jest bowiem wyłomem w reformie polityki rolnej i przekracza o miliard euro wysokość pakietu finansowego dla kandydatów, jaki zatwierdził szczyt w Brukseli. Uzyskanie jednolitego stanowiska w tej sprawie zajęło państwom Unii 9 miesięcy.
Dania chce, by szczyt w Kopenhadze w połowie grudnia przebiegł bez kłótni. Wątpliwe, czy się to uda. Przywódcy krajów kandydujących nie mogą sobie pozwolić na wyjazd z Kopenhagi bez klarownego sukcesu; musi to być też ich osobiste zwycięstwo. Unijni liderzy o tym wiedzą, dlatego spodziewać się można, że przygotują dla kandydatów prezent: będzie to zgoda na podniesienie wysokości projektowanej rekompensaty finansowej. Dania planuje w tej chwili przyznanie Polsce 443 mln euro wyrównania dla budżetu w 2004 r. Zaskoczenia więc nie będzie, jeżeli szczyt sumę tę na przykład podwoi. 
Rozszerzenie UE kosztować będzie w pierwszych trzech latach ok. 41 mld euro. Kraje 15-tki nie ukrywają, że to dla nich dużo. Tymczasem transfer pieniędzy z Niemiec Zachodnich do b. NRD w latach 1991–99 wyniósł ponad 600 mld euro. Wychodzi więc 60 mld rocznie... 

Marek Orzechowski, Bruksela 






Sen o palestyńskim Gandhim

Jaka jest różnica między Al-Kaidą a Al-Aksą? – pytał jakiś czas temu, po kolejnej fali palestyńskich zamachów i izraelskim odwecie, felietonista „Polityki” Ludwik Stomma. Miał to być zgrabny bonmot, retorycznie zmierzający do tezy, że Al-Kaida („międzynarodówka” bin Ladena) i Al-Aksa (jedna z grup palestyńskich, odpowiedzialna za zamachy) to odmiany jednej i tej samej twarzy terroru. 
Nic bardziej błędnego. Nawet jeśli terror przeciw niewinnym, stosowany od wieków przez słabszych przeciw silniejszym (i wówczas znany pod nazwą „podstępu”) staje się znakiem czasów – zważmy: fiński student, który wysadził w Helsinkach siebie i przypadkowych klientów sklepu, taką formę wybrał dla okazania swego szaleństwa... – i nawet jeśli niedawna seria zamachów przeciw Izraelczykom (w Kenii, zapewne dzieło Al-Kaidy, i w Izraelu, dzieło Al-Aksy) może sugerować taką interpretację, to kwestia odpowiedzialności za konflikt izraelsko-palestyński ma niewiele wspólnego z bin Ladenem. Mówiąc najkrócej: ludzie, którzy 11 września unicestwili kilka tysięcy bliźnich należeli do arabskiej klasy średniej, pochodzili z zamożnych rodzin, nie znali nędzy i nie mieli realnych powodów, by nienawidzić mitycznego Zachodu – poza jednym: ideologią, instrumentalizowaną religijnie. Inaczej jest na Bliskim Wschodzie: nienawiść Palestyńczyków wyrasta z konfliktu realnego, z walki o niepodległość, prowadzonej z poczuciem beznadziei i nędzy. Realne podstawy ma też nienawiść Izraelczyków, przekonanych, że walczą o przetrwanie. O tym mówiły raporty, opublikowane w listopadzie przez renomowane organizacje: Human Rights Watch, klasyfikujący palestyńskie zamachy jako ludobójstwo, i Amnesty International, nazywający zbrodniami wojennymi poczynania Izraela. W tej wojnie ofiary i winni są po obu stronach – i obie odpowiadają za znalezienie rozwiązania. A że dziś wydaje się ono nierealne? Gdy zawodzi polityka – rozumiana jako sztuka możliwości i wola większości (z obu stron) – można puścić wodze fantazji. Wyobraźmy sobie, że pojawia się palestyński Gandhi: Palestyńczycy zmieniają strategię, zaczynają stosować opór bierny, a potencjalni zamachowcy, zamiast zabijać innych, dokonują rytualnego samospalenia – jak ci mnisi buddyjscy podczas wojny wietnamskiej, których zdjęcia w latach 70. obiegały świat, odgrywając niemałą rolę psychologiczną. Wizja to mało realna, kultura arabska jest odmienna. Palestyński Gandhi może doprowadziłby do przełomu – ale pewnie się nie pojawi… 

Wojciech Pięciak











 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl