Medal Św. Jerzego 2002: Leon Kieres


Wierzę w społeczeństwo

Z Prezesem Instytutu Pamięci Narodowej
rozmawiają Agnieszka Sabor i Michał Okoński


TYGODNIK POWSZECHNY: – Pański rodowód to i Węgry, skąd pochodzą Pana przodkowie, i Koszalin, gdzie mieszkali rodzice, i Białostocczyzna, gdzie spędzał Pan wakacje u wujka-księdza. W 1966 roku znalazł się Pan we Wrocławiu. Jakie to było dla Pana miasto?
LEON KIERES: – Strasznie obce. Przyjechałem, bo chciałem dostać się na studia. Na dworcu spytałem kogoś o drogę na wydział prawa, okazało się, że idziemy mniej więcej w tym samym kierunku. Musiałem temu komuś nieść strasznie ciężką walizkę; do tej pory pamiętam jej ciężar.

Młyny św. Klary
– Czy zdawał Pan sobie sprawę, że do niedawna było to miasto niemieckie?
– Dla mnie było polskie, ba, bez wewnętrznego sprzeciwu obserwowałem usuwanie śladów niemieckości – np. burzenie hali targowej przy ulicy Świerczewskiego (dziś Piłsudskiego). Coś się w nas, wrocławianach, ruszyło dopiero na początku lat 70., kiedy wysadzano w powietrze Młyny św. Klary. Był to wstrząs, tym większy, że bronił ich Jerzy Waldorff, a wraz z nim architekci i historycy sztuki... Zacząłem się zastanawiać, komu to przeszkadzało. Uświadomiłem sobie, że w tym mieście mieszkali nie tylko Polacy, ale także Niemcy, Czesi i Węgrzy. W Koszalinie stoi pomnik, wybudowany z okazji dwudziestej rocznicy wyzwolenia miasta, z napisem: „Byliśmy, jesteśmy, będziemy”. Przecież nie tylko my...
We Wrocławiu studiowałem, ale tęskniłem za Koszalinem. Nie interesowały mnie ani tolerancja, ani wielokulturowe dziedzictwo – w ogóle nie myślałem tymi kategoriami. A przecież pierwsze lata życia spędziłem na Białostocczyźnie, na pograniczu polsko-białoruskim, gdzie na pytanie o to, kim się jest, każdy odpowiadał: „tutejszy”... Jak przyjeżdżałem z wakacji, mówiłem z zaśpiewem, więc koledzy nazywali mnie „Rusek”.
– W Koszalinie zostawił Pan rodzinę...
– Pochodzę z bardzo biednego domu . Niedawno warszawscy przyjaciele powiedzieli mi, że tutaj w modzie jest „resetowanie” własnego pochodzenia w miarę osiągania kolejnych szczebli kariery. Nie wypada się przyznać, że pochodzi się z rodziny robotniczej czy chłopskiej. Nie potrafię tego zrozumieć. Do domu wracałem na każde święta, nie tylko te największe, jak Wielkanoc i Boże Narodzenie, ale np. na Wszystkich Świętych, kiedy prorektor, prof. Jan Baszkiewicz, ogłaszał dzień rektorski „dla przywiezienia ciepłej odzieży zimowej”.
– Pytanie o Wrocław to także pytanie o manipulację historią...
– Ja w Koszalinie i Wrocławiu zrozumiałem, że historia może być wykorzystywana utylitarnie i koniunkturalnie w zależności od celów, w których interpretacja faktów może przynieść doraźny skutek. A interpretacją było albo przeinaczanie, albo przemilczanie. Wtedy we Wrocławiu ktoś mi powiedział: co się będziemy martwić, przecież to nie nasze. Nie wiedziałem nic o Edycie Stein, o cmentarzu, na którym leży Ferdynand Lassalle, o Synagodze pod Białym Bocianem, którą potem ratowałem pomagając Jerzemu Kichlerowi. Ale już na obozie integracyjnym, zorganizowanym przez Zrzeszenie Studentów Polskich, zauważyłem lokalny patriotyzm wrocławskich kolegów, słuchałem piosenek o mieście, które kochali. Zastanowiło mnie, jak to jest, że tak fascynują ich te ruiny i puste place, śpiewają o nich, a ja o Koszalinie znam tylko jedną piosenkę: „Ewelina z Koszalina”.

Pięć tysięcy argumentów
Co Pan robił w marcu 1968?
– Nie mam życiorysu heroicznego. Właściwie tylko raz wykazałem się odwagą, 28 grudnia 1981 roku. A wtedy, w marcu ’68, siedziałem w akademiku i ktoś mi powiedział, że w okolicach Poczty Głównej odbędzie się wiec popierający strajki warszawskie. Nadchodziła noc, było ponuro, mało ludzi. Zdecydowaliśmy, że spotkamy się następnego dnia przed Uniwersytetem pod figurą nagiego szermierza. To według legendy jakiś student, który przegrał wszystko w karty. Jak się rozpoczęły strajki, byłem takim zwykłym, ot, uczestnikiem. Wydział Prawa spał w Gmachu Głównym. Pamiętam transparent: „Witamy pięć tysięcy argumentów towarzysza Piłatowskiego” – chodziło o milicjantów skoszarowanych w Hali Ludowej. Mieszkańcy miasta bardzo nas wtedy wspierali, ale szeregi strajkujących topniały i duch gasł. W końcu przyszedł do nas roztrzęsiony rektor, śp. prof. Alfred Jahn i powiedział, że nie może nas dłużej chronić, więc uznaje strajk za zakończony. Rozpętała się dyskusja, w której zabrałem głos, mówiąc, że jednak powinniśmy kontynuować, bo ludzie, których widać z okien, tego od nas oczekują. Tam są robotnicy, my, studenci powinniśmy być z nimi. Rektor powiedział: „Widzę, że jesteście zdeterminowani. Nie mogę was narazić na uczestnictwo w strajku nielegalnym, uznaję strajk z powrotem za legalny”. Zapłacił za to potem utratą stanowiska.
Pamiętacie „Zawróconego”, film Kutza ze Zbigniewem Zamachowskim? Bohater jest wezwany na SB i tam na podłodze leżą zdjęcia do identyfikacji. Coś podobnego spotkało mojego kolegę: wezwany, zobaczył na ubecji moje zdjęcie i opowiedział mi o tym. Matko Boska, jak ja się wtedy przestraszyłem. Gdyby wyrzucili mnie ze studiów, co ja bym dalej robił w Koszalinie, z mamą, tatą i siostrą-maturzystką w jednym pokoju? Byłem człowiekiem biednym, studia więc były dla mnie wszystkim.
Niektórzy w takiej sytuacji łamali się, podpisywali deklarację o współpracy...
– Ja nie byłem poddany takiej próbie. Na szczęście nikt mnie wtedy nie rozpoznał, czy też nie chciał rozpoznać. Druga taka sytuacja miała miejsce tego samego roku. Poszedłem pod dom towarowy i nagle patrzę: jakaś grupa studentów z transparentami. Na jednym napis: „Prawdę dziś mówi tylko »Miś«”. Na innym: „Czytajcie »Świerszczyk«, bo nie kłamie”. To były, jak państwo pamiętają, pisma dla przedszkolaków. Więc ci studenci, głównie z Politechniki, włączyli się do oficjalnego pochodu – a ja z nimi. Przeszliśmy dwukrotnie koło trybuny honorowej. Za pierwszym razem generał wojsk radzieckich opętańczo klaskał – myślał, że ci pozdrawiający go ludzie to entuzjastycznie nastawiona młodzież akademicka. Ale jak szliśmy po raz drugi – już nie klaskał. Przechodziliśmy koło budynków milicji i SB, a oni wtedy robili nam zdjęcia. W następną niedzielę, w drodze do kościoła kupiłem gazetę, w której był komentarz o nieodpowiedzialnej postawie studentów i o odpowiedzialnej postawie milicji, dzięki której nie doszło do tragedii. Po raz drugi potwornie się przestraszyłem, ale znów nic mi się nie stało.

Ścigać Kazia?! 
A ten 28 grudnia 1981?
– Nie zostałem internowany, mimo że byłem doradcą Prezydium Zarządu Regionu, ekspertem Komisji Krajowej i współautorem jednego z trzech programów gospodarczych „Solidarności”. Jak mi później powiedziano, lista internowanych została sporządzona po kryzysie bydgoskim, a ja doradcą zostałem później (skądinąd w swoich analizach dla związku przewidywałem stan wojenny). Ale 28 lub 29 grudnia, nie pamiętam dokładnie, o czwartej nad ranem – łomot do drzwi. Pytam: „Kto tam?”, i słyszę „WSW”. Dostałem kartę powołania do odbycia służby wojskowej w Prokuraturze Śląskiego Okręgu Wojskowego. Wsiadłem do czekającego gazika. Na miejscu było już wielu kolegów-prawników. Przesłuchania trwały cały dzień, a ja byłem w jednej z ostatnich grup, z którymi rozmawiali. Zapytali, czy wiem, co to jest stan wojenny i czy byłem członkiem „Solidarności”. Odpowiedziałem, że byłem doradcą Prezydium Zarządu Regionu i Władysława Frasyniuka. Zobaczyłem, jak głowy zmęczonych oficerów nagle się podnoszą. Nie mogli zrozumieć, że człowiek pełniący taką funkcję jak ja, dość wysoko umocowany w strukturach „Solidarności”, jeszcze jest na wolności. „A czy pan zdaje sobie sprawę, że został pan powołany do odbycia służby wojskowej w prokuraturze wojskowej?” Odpowiedziałem: „Oświadczam, że ja robotników ścigał nie będę”. Teresa Torańska wypomniała mi, że wymieniłem wówczas tylko „robotników” i zapytała przekornie, czy to oznacza, że „inteligencję” mógłbym ścigać? Oczywiście, że nie. My jednak byliśmy wtedy zauroczeni robotnikami. Moim szefem w Ośrodku Prac Społeczno-Zawodowych przy Zarządzie Regionu był Kazio Pieprz – zwykły robotnik, stawiający dźwigi na budowach. Ja sobie nie wyobrażałem, że Kazia Pieprza będę ścigał! 
Jak zareagowali?
– Któryś powiedział: „My pana rozumiemy i w związku z tym damy pana do takiej formacji, która będzie kontrolowała zmilitaryzowane zakłady pracy, np. będzie sprawdzała, czy okna są zamknięte”. Kazali mi czekać, zapewne rozdzwoniły się telefony na linii Wrocław–Warszawa. Po dwóch godzinach do dużej sali, gdzie siedział niemal cały nasz Wydział Prawa, wszedł jakiś chorąży i powiedział: „Proszę panów, zostaliście powołani do odbycia służby. Ponieważ jednak okazało się, że zbyt wielu panów powołaliśmy, z odbycia służby zwolniony jest pan doktor Kieres”. Wyszedłem z prokuratury, ziąb był tęgi, idę na przystanek tramwajowy i widzę zmarzniętą postać pod wiatą – mój kolega, profesor Mieczysław Zlat. Pytam, co tu robi? „Ukrywam się...” Kiedy przyszli go internować, akurat nie było go w domu i właśnie jechał do kolejnej kryjówki. Mówi: „Świetnie że cię widzę, Władek Frasyniuk cię szuka”. I tak stałem się ekspertem tajnej Komisji Krajowej.
Mimo że – jak sam Pan mówi – nigdy nie był Pan odważny?
– Ja nad moim strachem zastanawiałem się już po fakcie. Pojawiałem się tam, gdzie byli już ludzie, których poglądy podzielałem. Ale chyba przed Instytutem – oprócz Sejmiku Samorządowego we Wrocławiu – niczego nie budowałem od podstaw. Zwykle się przyłączałem do innych – tak było w 1968 roku, w 1980, w 1981…

„Świetnie skonstruowane”
Kiedy w Sejmie składał Pan sprawozdanie z działalności IPN, oskarżono Pana o „kamienowanie narodu polskiego”. Zareagował Pan bardzo emocjonalnie, można było nawet odnieść wrażenie, że usprawiedliwia się Pan przed atakującymi. Nie żałuje Pan?
– Mam temperament polityka, lubię ostrą dyskusję. Ale tutaj dotknięto czegoś szczególnie dla mnie cennego – mojej polskości. Poza tym to nie był głos odosobniony, tylko sekwencja głosów. Mało kto stanął wtedy w mojej obronie – może z wyjątkiem Bogdana Zdrojewskiego, byłego prezydenta Wrocławia. A ten dramat rozgrywał się w gruncie rzeczy przed całą Polską, bo transmitowała go telewizja. Zdawałem sobie sprawę, że chodzi o to, czy rzucane tu ziarno wyda plon poza Izbą. Sama sala była pusta, może kilkanaście osób. Po debacie podeszła zaprzyjaźniona ze mną posłanka. Powiedziała: „Wiesz, wystąpienie Macierewicza było świetnie skonstruowane”. Oczekiwałem, że powie: „Miałeś rację”...
Pomijam, że tak po ludzku nie jest przyjemnie być oskarżanym o zdradę. Kiedy budowałem IPN, uważałem, że ta instytucja powinna być dobrem wspólnym całego społeczeństwa, ponad wszelkimi podziałami. A wtedy w Sejmie obawiałem się, że społeczeństwo przyjmie „argumenty” moich krytyków. I chyba miałem powody, skoro nasze śledztwo w sprawie Jedwabnego akceptuje 41% Polaków, a 39% – nie, jak podaje jeden z sondaży.
Ale wyglądało to tak, jakby chciał Pan udowodnić, że też jest Polakiem i katolikiem.
– Do Dekalogu odwołałem się spontanicznie. Ojciec Stanisław Obirek powiedział niedawno: „Pan jest jednym z ostatnich ludzi, którzy się publicznie przyznają do Dekalogu”. Może to był objaw bezradności? Chciałem dotrzeć do tych, którzy mnie atakują; wytłumaczyć im, że to, co robię, staram się robić nie dla próżnej chwały. Dekalog mówi: „Nie zabijaj”. Nie słyszałem, aby ktoś dopisał do tego przykazania: „Nie zabijaj swoich, a innych możesz”. To chciałem powiedzieć. I to, że w kościele przekazujemy sobie znak pokoju; że coś nas łączy ponad sporem o Jedwabne. A wreszcie: tyle się mówi o jawności życia osób publicznych: mam się wstydzić, kto mnie wychowywał i w co wierzę?!
Za język nienawiści w debacie publicznej odpowiada w jakiejś mierze ukazująca się w normalnym obiegu prasa. Podobno Pana córka płakała, gdy koledzy z klasy przynieśli jej pismo, w którym lżono właśnie Pana...
Żyjemy w ustroju demokratycznym. Pytanie powinno brzmieć nie: „dlaczego można to kupić?”, ale: „dlaczego jest na to popyt?”.
Przecież na podżeganie do nienawiści są paragrafy.
– Jest wolność prasy. Oczywiście, niektóre z takich pism łamią prawo. Dotykamy tu czegoś bardzo delikatnego, bo w polskim społeczeństwie zakazy są źle odbierane. Po wtóre, tak długo walczyliśmy z cenzurą, że teraz zachłysnęliśmy się wolnością.
Dla Kieresa-państwowca nie jest to dowód słabości państwa?
– Nie, ja wierzę, że społeczeństwo samo się oczyści. Nie przesadzałbym z wpływem takich pism na społeczeństwo. 
Ale przed chwilą powiedział Pan, że wtedy w Sejmie bał się Pan, iż te oskarżenia trafią Polakom do przekonania.
– Może w tamtej chwili po raz pierwszy upadłem na duchu w mojej służbie publicznej, nie wierząc społeczeństwu, narodowi? 

Odcienie mozaiki
Pan Profesor wierzy w moralną siłę społeczeństwa. Ale na czym ma się ona budować? Ulubionym filmem o II wojnie światowej jest dla Polaków „Stawka większa niż życie”, powstają pomniki Gierka, tęsknimy za Peerelem…
– Czasem zadaję sobie pytanie, jak by się potoczyły moje losy, gdybym się urodził w rodzinie komunistycznej? Nie wiem, czy przy moim braku odwagi zdecydowałbym się wystąpić przeciw rodzicom. Chociaż wadziłem się z Peerelem, to nie wypieram się go. To było obce, wrogie państwo, zgoda. Ale nie mogę powiedzieć, że nie było moje. Nie powtórzę też słów Kazimierza Koźniewskiego z „Trybuny Ludu” po wprowadzeniu stanu wojennego: „Zawiodłem się na polskiej inteligencji”. Ja się nie zawiodłem. Są oczywiście powody do niepokoju: zgroza, którą wieje czasem z Sejmu, niska frekwencja podczas wyborów… Martwi mnie kryzys zaufania do instytucji państwa. Nie potrafię myśleć: „ten premier jest dobry, bo pochodzi z tej partii, a ten zły, bo z innej”.
A gdy posłowie rozrabiają w Sejmie i Straż Marszałkowska musi ich wynosić z sali?
– Staram się pamiętać, że te osoby reprezentują polską demokrację. Uważam, że bardzo źle się dzieje, gdy poseł narusza prawo. Nie mogę też patrzeć, jak kandydat do funkcji publicznej, mrugając okiem do szanownej publiczności, z naruszeniem ustawy prowadzi kampanię wyborczą. Nie jestem nawiedzony na punkcie mojej misji, ale wydaje mi się, że IPN może odegrać ważną rolę i w odbudowywaniu autorytetu instytucji państwa i w „wojnie o pamięć”.
Kiedyś w Rawennie oglądaliśmy z żoną mozaiki, zawiózł nas tam zaprzyjaźniony franciszkanin. Opowiadał, jak się je robi, i mówił: „wiesz, kiedyś nie zdawałem sobie sprawy, ile odcieni jest w tych kamyczkach”. Z nami jest tak, jak z tymi kamyczkami – wierzę, że stopniowo odtworzymy całą mozaikę bogactwa wartości, które kiedyś było w Polsce, o którym zapomnieliśmy, albo którego naruszenie pozwalało nam żyć w tamtym systemie.

Zamiast „kwitów”
Czy IPN trwać będzie zawsze, czy też przynależy czasom przemian?
– Myślę, że działalność Instytutu zamknie się w okresie 20-25 lat. Później dokumenty wrócą zapewne do archiwów państwowych, prokuratorzy do prokuratur powszechnych, a Biuro Edukacji Publicznej stanie się jednym z departamentów w ministerstwie edukacji. Rozpoczęliśmy pewien proces. Przejmujemy 95 kilometrów akt, w których kryje się mnóstwo dramatów. Kiedyś, pytany o teczki, powiedziałem, że naprawdę nie interesuje mnie, kto na kogo donosił. Mnie interesują mechanizmy. Jan Nowak-Jeziorański najpierw mówił: „Ogłoszę wszystkie nazwiska, trzeba ich napiętnować”. A potem, kiedy przeczytał dokumenty, zrezygnował. Ja nie zajrzałem do moich dokumentów.
Ale musiał Pan przeglądać inne teczki.
– Czasem myślę, że byłoby dla mnie lepiej, gdybym wiedział jak najmniej. I to wcale nie dlatego, że jest to niebezpieczne.
Czego można się dowiedzieć – nie jako prawnik, historyk czy polityk, ale jako człowiek – będąc w takim miejscu jak IPN? Ksiądz Tischner mówił, że jak wychodzi z konfesjonału, ma doświadczenie zabrudzenia...
– Ja też to mam. I muszę sobie z tym radzić sam. Mówię sobie, że ludzie są różni, nie było tak, że społeczeństwo było albo heroiczne, albo zbrodnicze. Są różne odcienie mozaiki. I te dokumenty naprawdę to pokazują. Widzę heroizm zwykłego, prostego człowieka, który od razu odmówił współpracy. Na dokumencie jest dopisek oficera: „Nie rokuje szans”. Jedno suche zdanie, za którym stoi wielkie zwycięstwo. Ale są też inne akta... Teczki uczą pokory, nie oceniam nikogo tylko dlatego, że ktoś ma swoje „kwity”. Raport funkcjonariusza SB nie może być wyrocznią, a on sam nie ma prawa być sędzią w naszych sprawach. Proszę zauważyć, jak zmieniło się postrzeganie Instytutu. Na początku mówiono „Instytut od teczek” i straszono konsekwencjami ich otwarcia. I co się wydarzyło? Co tydzień zgłasza się do nas kilkadziesiąt osób, 1450 wniosków zrealizowaliśmy i chyba nie rozchwialiśmy struktur państwa, nie pogłębiliśmy podziałów w społeczeństwie. Jestem przekonany, że nieuporządkowane, pospieszne przekazywanie dokumentów doprowadziłoby do katastrofy.
Użył Pan słowa „kwity”. Ono właściwie zniknęło z debaty publicznej...
– Pojęcie „kwitu” oznacza dla mnie niegodziwe posługiwanie się dokumentami; takie, które ma zniszczyć człowieka. Ktoś powiedział w tym właśnie kontekście: „Gdyby nie Kieres, wygralibyśmy wybory”. Straszne zdanie. Nie chciałbym jednak, żeby powstało wrażenie, że myślę tylko o jednej stronie, nie pamiętając o ofiarach SB. Pamiętam o nauczycielce z Opolskiego, skazanej na wiele lat więzienia, która do końca życia nie wiedziała, dlaczego. Jej rodzina ma prawo wiedzieć, że pewnej nocy została wyciągnięta z domu, oskarżona i skazana – wszystko wskutek donosu.
Czym jest więc dla Pana sprawiedliwość?
– Formalnie to działanie zgodne z prawem. Ale w sensie głębszym sprawiedliwość oznacza docieranie do prawdy i ocenę, czy to, co ustaliliśmy, może być usprawiedliwione. Nie używam słów: „ubek”, „kat”, ale wiem, że sprawiedliwość to pokazanie skrzywdzonych. Większość spraw naszego pionu śledczego jest umarzana, ponieważ wśród żyjących nie ma już ani sprawców, ani ofiar. Ale śledztwo trzeba prowadzić do końca, aż do momentu, kiedy sprawę wyjaśnimy.

Wybaczyć i pamiętać
Mieliśmy w tej rozmowie nie użyć słowa „Jedwabne”. Ale zapytamy, co było trudniejsze: sprawa Jedwabnego czy Siechnice, dokąd jako przewodniczący Sejmiku wojewódzkiego jechał Pan negocjować z rozwścieczonymi powodzianami?
– Jedwabne. Do Siechnic, po siedmiu latach mojej pracy w samorządzie, pojechałem naprawdę dobrze przygotowany, jako samorządowiec uczestniczyłem bowiem w rozpatrywaniu wielu sporów. Wcześniej zdarzył się np. strajk głodowy w obronie dyrektora szkoły w Skokowej, gdzie panowała tak napięta atmosfera, że nawet dziennikarze chcieli uciekać. Powiedziałem głodującym, że sam jestem profesorem uniwersytetu i że jeśli przerwą strajk, ich postulaty zostaną rozpatrzone, a gwarancją będzie to, że do czasu rozwiązania problemu ja będę dyrektorem. Zgodzili się.
Natomiast Jedwabne to zupełnie inny problem. Doceniam bezpośrednie rozmowy, nie boję się ich, ale nie mam możliwości kontaktu z całym polskim społeczeństwem. Dlatego jestem tak otwarty w kontaktach z mediami. Żydzi amerykańscy po moim pobycie w Stanach powiedzieli: „Zrobił na nas wrażenie uczciwego człowieka”. Bo ja jestem uczciwy. Godząc się na sprawowanie funkcji prezesa IPN, wziąłem bilet w jedną stronę, bez prawa powrotu do polityki.
Myślę też, że samo Jedwabne znalazło się w trudnej sytuacji, weźmy pod uwagę chociażby presję mediów, jakiej zostali poddani jej mieszkańcy. My ze swej strony mamy program edukacyjny dla nauczycieli z tamtych okolic, doprowadziliśmy do spotkania dzieci z Jedwabnego z ich rówieśnikami z warszawskiej gminy żydowskiej. Mieszkańcy miasteczka byli niedawno w Stanach Zjednoczonych. Wierzę, że kiedyś upiory w Jedwabnem zostaną pochowane.
Czy w IPN toczą się jakieś śledztwa szczególnie ważne dla Pana Profesora?
– Cztery postępowania mają największy ciężar gatunkowy: Jedwabne, zabójstwo księdza Popiełuszki, kopalnia Wujek i zdarzenia wynikłe z wprowadzenia stanu wojennego. Ale osobiście nie chciałbym wyróżniać żadnego, bo z punktu widzenia ofiary każde jest najważniejsze. Co mam powiedzieć, patrząc na te dokumenty z 1944 roku? (Profesor sięga po leżący na biurku plik kartek.) Wyrok. Trzy osoby skazane, dwie na karę śmierci – wykonaną jeszcze tej samej nocy. Dwie osoby straciły życie, bo oskarżono je, że od 11 do 13 września 1944 słuchały radia. Podstawa prawna: dekret PKWN z... 30 października 1944 roku. Czyli złamano kardynalną zasadę, że prawo nie działa wstecz.
Próbujemy coś z tym zrobić, ale nie możemy przesłuchać jedynego żyjącego sędziego, orzekającego w tamtym procesie, ze względu na przysługujący mu immunitet. Kto poniósł klęskę? Instytut, demokratyczne państwo prawne, poczucie sprawiedliwości? Co ja mam powiedzieć po czymś takim moim studentom? To jest przygnębiające...
A z czego jest Pan dumny, mieszkając dziś w Polsce?
– Pomimo wielu trudności, droga, którą wybraliśmy w roku 1980 i którą kontynuujemy po 1989, zmierza ku prawdzie. Jestem dumny, że Polska nie była w ostatnich latach rozdzierana konfliktami, które by prowadziły do dramatu podziału na „my” i „oni”. Potrafiliśmy wybaczyć, co nie znaczy – zapomnieć. Wybaczyłem, pamiętając, nawet jeśli są i tacy, którzy nie prosili o to wybaczenie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl