Masada w „Toniku”

Mateusz Flak


107 Norfolk Street między Delancey a Rivington, pierwsza ulica w prawo po wyjściu ze stacji metra Delancey. Raczej Lower East Side niż East Village, oczywiście na dolnym Manhattanie. Dokładny adres jest niezbędny, bo będąc tu po raz pierwszy łatwo nie zauważyć obskurnego, zabitego dyktą frontu. Wewnątrz ciemna niska sala, goły beton zamiast podłogi i obłażący szarawo-piaskowy tynk, spod którego wyzierają cegły. Kilkanaście osób siedzi w czterech rzędach na rozklekotanych drewnianych krzesłach, reszta (w sumie koło setki) stoi z tyłu, a na czarnej odrapanej scenie z aksamitną bordową kotarą w tle trzech wirtuozów: Mark Feldman (skrzypce), Erik Friedlander (wiolonczela) i Greg Cohen (kontrabas) daje właśnie – ot tak – koncert-perłę.
„Tonic” – klub będący Mekką światowej awangardy muzycznej (jak mówią Amerykanie: „that’s the place!”) słynie przede wszystkim z tego, że właśnie tu stworzył swoją koncertową bazę John Zorn. Legendarny muzyk gra w „Toniku” co najmniej dwa, trzy razy w miesiącu. 
Teraz – w sportowej bluzie i kolorowych bojówkach – siedzi na wysokim, barowym krzesełku i zwrócony tyłem do publiczności „dyryguje” akustyczną Masadą. Najpierw podaje numer klasycznej „gry” (np. „»Kivah« – sto dziewięćdziesiąt dziewięć”), potem szybkie uzgodnienie „taktyki” utworu i… zaczyna się . Trójka od pierwszej chwili rzuca się na nuty – Feldman i Friedlander walą zaciekle piętami w deski sceny wybijając rytm, a Cohen usiłuje za nimi nadążyć. Za chwilę wywiązuje się pojedynek na wściekłe solo skrzypiec i wiolonczeli, a wpatrzony w zapis Zorn jednym gestem przerzuca „piłkę” z jednego instrumentu na drugi – „teraz ty!”. Mowa gestów Zorna to zresztą osobna historia: szybkie złączenie kciuków i palców wskazujących oznacza przejście do pizzicata, falująca dłoń – solo, dwa wyprostowane palce – powrót do głównej linii melodycznej. 
Zachwyca nie tylko technika, ale też cudowne zgranie i jedność. Mag na krzesełku i jego trzech wyśmienitych uczniów zamieniają odrapane wnętrze w synagogę, stamtąd podążamy do żydowskiej karczmy i na huczne wesele. „Go, go, go!” – podkręca tempo Zorn, a kipiący energią muzycy żonglują barwami, nastrojami. Od nostalgicznej, rzewnej żydowskiej melodii z łatwością przechodzą do tanga, swingu, wreszcie klasycznego jazzu i dalej przez zamierzone „dzikie” dysonanse i agresywne trzaski do czysto ilustracyjnej, filmowej muzyki. Uciekamy wąskimi uliczkami miejskiego molocha, by za chwilę słuchać wiatru grającego w skalnych szczelinach. Czterech nowojorczyków cieszy się muzyką, żartuje w przerwach, nawet wdaje w rozmowy z publicznością. W pewnym momencie Zorn wychyla się z krzesła i – szukając dodatkowej energii? – przebiera palcami po wyciągniętej dłoni babci z drugiego rzędu, widocznie zaprzyjaźnionej. 
Spełnione, ośmiominutowe, nostalgiczne solo Friedlandera to kulminacja wieczoru. Jeszcze na bis w „Hadaszy” dźwięki znowu uśmiechają się do siebie, a Feldman i Friedlander ostatni raz dają pokaz pizzicata. 
I pomyśleć, że już dwa tygodnie później zagrała tu elektryczna Masada, a chwilę później Cobra. I tak tydzień po tygodniu, dzień po dniu... 

PS. Wieczór w „Toniku” tak naprawdę trwał o wiele dłużej: do wspomnianej czwórki dołączyła Japonka z laptopem (powerbook), chłopak z akumulatorem wyposażonym w struny (czyli... electronics) i dwóch perkusistów. Siedem osób przez ponad dwie godziny toczyło między sobą walkę na dźwięki, której wynikiem bywała niekiedy zbawienna harmonia, choć częściej zamierzony „chaos” – warkotom, buczeniu, piskom i przelatującym muzycznym „pociskom” nie było końca. Ale to już zupełnie inna opowieść…

JOHN ZORN’S MASADA STRING TRIO, Tonic, Nowy Jork, 22 października 2002 r. 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl