O wszystkim


Słowo do skreślenia

ANDRZEJ DOBOSZ


Gdzieś w roku 1948 Konstanty Jeleński zauważył w „Kulturze”, iż „pamiętnikom dygnitarzy wychodzi na dobre brak inteligencji, wyobraźni, osobowości ich autorów”. Mieczysław Rakowski, którego piąty już tom „Dzienników politycznych za lata 1972–75” z pewnym wysiłkiem wertuję, jest z pewnością osobą obdarzoną inteligencją. Kogoś młodego, kto niewiele wie o drodze życiowej autora, łatwo o tym przekonać przy pomocy cytatów: „8 stycznia 74: Rozmawialiśmy o upadku Franciszka (Szlachcica)... Według informacji jakie posiadam, bardzo mu zaszkodziło wystąpienie w Radziejowicach (30 listopada 73 na spotkaniu z twórcami), na którym rzeczywiście zabłysnął jako zręczny polityk, na dodatek inteligentny. Jest to błąd, którego polityk na tym szczeblu nie może popełniać. Nie wolno być lepszym od innych, nie wolno wysuwać się zanadto do przodu”. Rakowski rozumie, co pisze. Na tym samym Zjeździe Partii, na którym Szlachcic, członek Biura Politycznego, nie wchodzi już nawet do KC, po raz pierwszy członkiem tej instancji zostaje Rakowski. Ale i wtedy nie przewraca mu się w głowie. „To było chyba w połowie października. Stefan Olszowski wyraził chęć spotkania ze mną. Umówiliśmy się w Łazienkach. Nie jest to najlepsze miejsce, park bowiem służy za wybieg setkom emerytów, byłych mniejszych i większych osobistości. Zawsze jednak jest to bardziej bezpieczne miejsce aniżeli wszystkie gabinety, które mogą być na podsłuchu”.
Umie też celnie kreślić sylwetki towarzyszy. „Czapla, (Jan, wówczas wiceminister spraw zagranicznych) dopóki czytał to, co miał napisane, sprawiał wrażenie rozsądnego i inteligentnego faceta. Za to kiedy jednak zaczął mówić od siebie... Boże, cóż to za intelekt! Wynotowałem kilka jego oryginalnych sformułowań: Co mógłbym powiedzieć pod postacią ogólnych uwag?” 
„K. jest byłym pułkownikiem... potem zjawił się w Wydziale Propagandy, stamtąd został wysłany na kilkumiesięczny kurs do Moskwy i teraz wrócił. Jest to absolutny tępak, głąb kapuściany... na notatce, w której PIW proponował wydanie Arystotelesa, napisał: »A po co? Przecież to nie był marksista«”.
Wśród tych wszystkich towarzyszy, z którymi spotyka się Rakowski nie ma właściwie marksistów. Nie jest nawet pewne, czy pozostał nim ostatni z zawodowych marksistów Adam Schaff. „Spotkałem się z A.S. Jesteśmy zgodni w ocenie znikomych szans ustroju socjalistycznego we współzawodnictwie z ustrojem kapitalistycznym” – 27 kwietnia 73.
Gdyby te „Dzienniki” wydano wówczas, czytano by je jeszcze chętniej niż „Wariacje pocztowe” Kazimierza Brandysa lub „Psychopatologię nerwic” Antoniego Kępińskiego, bestsellery tamtego czasu. Dziś jednak jest to lektura niezmiernie nużąca. Strona za stroną portrety durniów, spotkania albo z głupcami, albo z chytrusami. Jak długo można?
Jedno wydaje się oczywiste: w latach siedemdziesiątych nie było już w Polsce komunistów. No, może byli jeszcze starzy komuniści. Sam znałem jednego. W roku 1954 w redakcji „Przeglądu Kulturalnego”, gdzie odbywałem wakacyjną praktykę, wpadł mi w ręce plik wierszy podpisanych: Jan Wyka, KC pokój 104. Nie ukazały się one zresztą w druku. Jan Wyka, uczestnik wojny w Hiszpanii, był członkiem Związku Literatów Polskich i na naszych zebraniach wygłaszał gwałtowne przemówienia na temat nieprawości ustroju, przwyższające swym radykalizmem wystąpienia bezpartyjnych pisarzy.
Wszystkie czyny i zabiegi ludzi, o których pisze Rakowski, dałoby się precyzyjnie opowiedzieć nie wychodząc poza zasób słownictwa zawartego w „Słowniku Gwary Warszawskiej XIV w.” profesora Bronisława Wieczorkiewicza, zaczynając od słowa huncwot.
Skoro więc nie było komunistów czas raz na zawsze skończyć z mylącym słowem postkomunista, postkomuniści. Jak może być postkomunistą ktoś, kto jako żywo nie był komunistą?
No dobrze, ale przecież była cenzura, UB, biuro paszportowe. Przede wszystkim była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, obsadzająca swymi członkami wszystkie represyjne i absurdalne instytucje. Określenie: „byli członkowie partii” dokładnie oddaje istotę rzeczy. Na osobne traktowanie zasługują jednak ci, którzy sami opuścili PZPR.












 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl