Kolejne rządy wydały duże pieniądze na odchodzących górników.
Czy sensownie? 


Miasto w stanie likwidacji

Marcin Buczek


W tym miasteczku życie tak dalece związane było z rytmem kopalni, że nawet ksiądz przychodził po kolędzie w dniu wypłaty. W 1999 roku kopalnia „Grodziec” miałaby sto lat. Rok wcześniej została jednak zlikwidowana.



W takich miasteczkach Śląska i Zagłębia – z kościołem, jedną główną ulicą i remizą – kopalnia zawsze była najważniejsza. Mówiono o niej „dobrodziejka”: dawała pracę i kształtowała oblicze miasta. W Grodźcu pierwszy szyb ruszył 200 lat temu. I choć padł, powstały następne. Życie nabrało tempa; obok chałup rosły murowane domy. Kopalniana syrena wyznaczała rytm życia. A ono tak bardzo związane było z rytmem kopalni, że nawet ksiądz przychodził po kolędzie w dniu kopalnianej wypłaty. 
W 1998 r. kopalnia „Grodziec” została zlikwidowana. Jak wiele innych, nierentownych.
W likwidowanej kopalni zalewa się wyrobiska. Pod wodą zostają urządzenia, których nie da się albo nie opłaca wyciągać. To, co na powierzchni, jest sprzedawane bądź rozbierane. Od strony technicznej likwidacja kopalni trwa kilka lat i kosztuje dziesiątki milionów. To, co spotyka ludzi z kopalni, trudniej przeliczyć na statystyki.
Kopalniany biurowiec straszy dziś pustką. Szare mury nie protestowały, gdy pokrywały je graffiti, wyborcze plakaty i ogłoszenia. Twarze na plakatach wyblakły, litery z ogłoszeń zmył deszcz. W środku pusto. Ostrzeżenie „Zakład w stanie likwidacji! Wstęp wzbroniony!” nie robi wrażenia.
Dwudziestokilkuletni Krzysztof oprowadza mnie po terenie. Wylicza: „Tu była narzędziownia, punkt sanitarny, łaźnia, stołówka”. Zostały gołe mury: „Ludzie wszystko zabrali: urządzenia, ramy okienne, metalowe drzwi. Z niektórych ścian cegły wyrwali”. Gdy docieramy do wykopu, Krzysztof zatacza ręką koło: „Tu przyjeżdżały pociągi po węgiel. Teraz tory rozkradzione, tak samo podkłady. Nic nie zostało”. Zniknęły symboliczne dla kopalni obiekty: komin i szyb. Pierwszy wysadzono, drugi ludzie rozebrali i sprzedali na złom.
W chwili likwidacji pracowało tu 1500 osób. Trzystu znalazło zatrudnienie w innych kopalniach. Niektórzy wyjechali za granicę i fedrują w Czechach; w domu są gośćmi. Ale najwięcej górników, ponad tysiąc, skorzystało z Górniczego Pakietu Socjalnego: jeśli ktoś pracował pod ziemią co najmniej 5 lat, mógł odejść, dostając odprawę. Ci, którzy pracowali ponad 20 lat, mogli wybrać 5-letni urlop (górnik otrzymuje stałe, nieco mniejsze niż na kopalni wynagrodzenie); gdy urlop się kończy, zostaje emerytem. 
Dotąd skorzystało z tego 65 tys. osób, z czego 50 tys. wzięło odprawy.
„40 tys. zł brutto za odejście z kopalni było dla tych ludzi bonusem z nieba” – mówi prof. Marek Szczepański, socjolog z UŚ, badający losy górników, którzy wzięli odprawy. W najlepszej sytuacji byli ci, którzy odeszli na początku: bezrobocie było wtedy niskie. Co ważniejsze, wielu wiedziało, czego chcą: zakładali sklepy, firmy. Potem rynek zweryfikował plany: większość splajtowała albo ledwo wiąże koniec z końcem. Kolejna grupa to ci, którzy odprawy inwestowali, np. w akcje; z różnym skutkiem.
Ale, jak wynika z badań, dwie największe i w miarę równe ilościowo grupy to ci, którzy pieniądze wpłacili na lokaty bankowe oraz ci, którzy je wydali. Pierwsi znaleźli zwykle inną pracę: zarabiają mniej, ale bankowe procenty pozwalają wyrównać różnice. Konta drugich są puste: pieniądze wydali na mieszkania, samochody, wczasy. Jest wśród nich grupa niewielka, ale charakterystyczna: kawalerowie w młodym wieku. Szczepański: „Nazwano ich desperados, bo pozbyli się pieniędzy w desperacki sposób, np. wyjeżdżając na Karaiby”. 
Losy tych, którzy odeszli z „Grodźca” niewiele się różnią od tych z innych kopalń.
Kiedy likwidowano kopalnię, Marek Czerwiński miał wieloletni staż. Chciał odejść i miał pomysł, więc skorzystał z okazji: „Zrobiłem szkolenie, założyłem firmę i zająłem się ocieplaniem budynków – opowiada. – Najpierw było nas kilku, potem wykupiłem od kolegów udziały. Dostawałem zamówienia, zatrudniałem ponad 20 osób”. Firma działa, ale z Grodźcem nie ma już nic wspólnego. Komu jeszcze się udało? „Mój kuzyn – mówi Czerwiński – założył jednoosobową firmę transportową. Czy mu się powodzi, nie wiem. Ale ma pracę”. 
Co z resztą? Sporo nie pochodziło z miasteczka: zabrali odprawy i wyjechali w rodzinne strony. Tych, co zostali na przykopalnianym osiedlu, znaleźć nietrudno. Trudniej namówić na rozmowę. Mówią niewiele, nie patrzą w oczy. „Miał być sklep... Nie wyszło... Potrzebne były meble... Spłaciliśmy długi... Sąsiad proponował auto z Niemiec...” – padają odpowiedzi. 
„Może i wróciłbym na kopalnię – mówi mężczyzna z czarnymi obwódkami wokół oczu (mają je ci, co pracowali w węglowym pyle). – Ale nie ma już kopalni, zresztą razem z odprawą podpisałem cyrograf”. To oświadczenie, które musiał podpisać każdy, kto brał odprawę: że do górnictwa nie wróci. Nigdy i nigdzie. „Górników pan szuka? – zaczepia nastolatek na ul. Konopnickiej. – Niech pan zajrzy za kiosk”. Kilku mężczyzn z butelką wina. Nie trzeba pytać, co stało się z ich odprawą.
Z Grodźcem – dziś peryferyjną dzielnicą Będzina – dzieje się to, co spotkało kopalnię: na wąskich uliczkach niszczeją opuszczone domy. Miasto umiera.
W pobliżu kopalni był kiedyś dom kultury. Była męska drużyna siatkarska w II lidze i juniorzy, mistrzowie Polski. Przy ul. Czeladzkiej było kino. „Było... była...” – ludzie ożywiają się tylko, używając czasu przeszłego. „Najpierw zamknęli cementownię. Potem PGR. Teraz padła kopalnia. Co zostało? Trochę sklepów i punktów usługowych. Nawet komisariat jest czynny tylko od-do” – mężczyzna w średnim wieku macha ręką.
Grodziec ma dziś 10 tys. mieszkańców; wielu to emeryci. Są dwie podstawówki i gimnazjum. Ale do pracy trzeba jechać gdzie indziej. Znaleźć ją trudno: w powiecie będzińskim bezrobocie przekracza 23 proc.
Spożywczak, rynek ze straganami, kiosk i kilkanaście sklepów koło poczty – tu koncentruje się życie Grodźca. W tygodniu największe ożywienie panuje, gdy wracają ci, co mają pracę oraz w sobotę przed południem, gdy trzeba zrobić większe zakupy. Poza tym – bezruch i cisza. 
Podobnie jest w parku Rozkówka. Kiedyś tętnił życiem, zwłaszcza w soboty i niedziele. Na Rozkówkę szło się na spacer, mecz, festyn albo tańce. Latem atrakcją był basen (od lat bez wody). Nie ma też restauracji, zniknęły huśtawki. Zostało boisko, na którym grają piłkarze „RKS Grodziec”. Od lat w jednej z najniższych lig. Czy można się dziwić, że dla wielu z tych ludzi czasy Gierka to wspomnienie pozytywne? 
Starsi mają choć wspomnienia. A młodzi? „Co mamy robić? Nic – mówi nastolatek przed spożywczym. – Ci, co mogą, jadą do Będzina albo idą do baru na Limanowskiego. Ale trzeba mieć pieniądze. Za wynajęcie hali sportowej też trzeba płacić”. Wśród pokopalnianych budynków obiekt z napisem „Hala sportowa” wygląda jak wyspa; od niedawna prowadzi go prywatny właściciel. „Teraz ładnie wygląda – mówi Włodzimierz Moliszewski. – Ale przed remontem to była rozpacz, jak te budynki obok”.
Obiekt sportowy w prywatne ręce przekazał Urząd Miasta w Będzinie. Na 5 lat i za darmo. Warunkiem był remont kapitalny. „Ludzie zbierają się w grupę i płacą za wynajem. Zobaczymy, czy będą z tego pieniądze” – mówi Włodzimierz, ale w jego głosie nie ma pewności.
Krzysztof, który oprowadzał po mieście, na pytanie o przyszłość spuszcza wzrok: „Przyszłość? Tu? Mnie odprawa się nie należała, a innej pracy nie ma. Wyjechać? A gdzie się podziejemy z żoną i małym dzieckiem? Jak sobie radzimy, lepiej nie pytać. Dorabiam, to tu, to tam. Ale nie kradnę!” – zaznacza, znów patrząc prosto w oczy.
Jak sobie radzą inni? Za ogrodzeniem kopalni mężczyzna wykopał dół. Na pewien czas znika całkowicie, by potem wyciągnąć wiaderko z węglem. Usypał już kopczyk. Kiedyś były tu kopalniane składy: „Jak dobrze poszukać, można znaleźć resztki węgla” – mówi. Grodziec to była jego kopalnia. Wtedy pozwalała żyć. To, co z niej pozostało, pozwala dziś przetrwać.

Marcin Buczek jest reporterem radia RMF.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl