Komnata diabła czy obraz Bogarodzicy? – antyfeminizm w Kościele

Ta druga, inna od mężczyzny

Z Elżbietą Adamiak, teolożką, rozmawia Anna Mateja



ANNA MATEJA: – Rozpocznę wyborem myśli o kobiecie z dzieł wielkich teologów chrześcijańskich: „Jest wtórnym zamierzeniem natury, jak wszelkie zepsucie, słabość czy starzenie się”(św. Tomasz z Akwinu), „Trwa ciągle na tym świecie wyrok Boga przeciwko twojej płci. A więc z konieczności żyjesz jako oskarżona. Ty jesteś komnatą diabła!” (Tertulian). Do tego możemy dołączyć fragment z 1. Listu do Tymoteusza: „I nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta popadła w przestępstwo. Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci, jeśli wytrwa w wierze i miłości, i uświęceniu – z umiarem” (1 Tm 2, 14-15). Możemy tłumaczyć te zwroty klimatem społeczno-kulturowym i uspokajać kobiety, że teraz w Kościele myśli się już inaczej, ale jakiś osad pozostanie, chociażby dlatego, że o mężczyznach takich słów nigdy nie wypowiedziano. Jak Pani – kobieta-teolog – tłumaczy antyfeminizm świętych i myślicieli kościelnych? 
ELŻBIETA ADAMIAK: – Mogę takich przykładów podać więcej: od św. Augustyna do autorów XX -wiecznych. Św. Tomasz przejmuje biologiczne poglądy Arystotelesa, według których „kobieta jest nieudanym mężczyzną”: słabsza, mniej rozumna, bierna przy prokreacji. „Kobieta z natury jest podległa mężowi, gdyż z natury mężczyzna ma większe rozeznanie rozumu” – uzasadniał święty wykluczenie kobiet z życia społeczno-politycznego i kościelnego. Uprzedzeń nie wyjaśnia fakt przyjęcia przez chrześcijaństwo obcych sobie kulturowo, a dotyczących kobiety, poglądów. Przekonania, które dziś bez cienia wątpliwości nazywamy antyfeministycznymi, były powszechne oraz występowały w Piśmie św. Jednak autorzy głoszący takie poglądy, niemal jednym tchem, czasami w tych samych pismach, mówią o równości płci: na płaszczyźnie rzeczywistości wewnętrznej, duszy człowieka, łaski, zbawienia, świętości.

Odblask Boga czy odblask mężczyzny
W kwestii kobiecej najbardziej fundamentalna jest kategoria „obrazu Bożego”. W Księdze Rodzaju (Rdz 1, 27) odnosi się ona do obojga, ale w historii interpretacji i oddziaływania bywało różnie. W Nowym Testamencie znajdziemy już słowa: „Mężczyzna nie powinien nakrywać swojej głowy, bo jest obrazem i odblaskiem Boga, a kobieta jest odblaskiem mężczyzny...” (1 Kor 11, 7). Uznawano, że wspólny obu płciom jest przejaw nadprzyrodzonego imago Dei, natomiast doczesny dotyczy już tylko mężczyzn. Tak teologicznie uzasadniano porządek społeczny: mężczyzna jest człowiekiem aktywnym i przeznaczonym do panowania, kobieta – istotą bierną i podporządkowaną. W Dekrecie Gracjana, przyjętym do Kodeksu Prawa Kanonicznego i obowiązującym do 1917 r., obowiązek nakrycia głowy welonem przez kobiety był uzasadniony brakiem obrazu Bożego w kobiecie: „quia non est imago Dei”. Jak to się stało, że wielcy myśliciele kościelni nie dostrzegali wewnętrznej sprzeczności w swoim myśleniu? 
Kamieniem obrazy są jednak fragmenty biblijne dziś oceniane jako antykobiece, np. interpretacja postaci Ewy – od Rdz 2-3, poprzez Syr 25, 24 do 1 Tm 2, 14. W Księdze Rodzaju kobieta jest równorzędną partnerką mężczyzny, a jego panowanie nad kobietą wyraźnie przedstawia się jako jedną z konsekwencji grzechu: „On rządzić będzie nad tobą” (3, 16)! W późniejszych tekstach coraz silniejsza staje się tendencja do przypisywania winy za grzech wyłącznie kobiecie: „To od kobiety wywodzi się grzech, i przez nią wszyscy musimy umrzeć” (Syr 25, 24). To samo dzieje się w apokryficznych pismach epoki międzytestamentowej, np. w różnych wersjach „Życia Adama i Ewy”, w których Ewa obwinia siebie o to, że Adam przez nią musi umrzeć. 
Autorzy tych słów nadal są jednak świętymi i Ojcami Kościoła, a listy apostolskie czyta się w kościołach jako słowo Boże. Jak mamy reagować na powyższe cytaty? 
– Nie wolno nam tych słów zapomnieć – dla wierności prawdzie, świadomości naszych korzeni oraz konsekwencji, jakie miały dla wielu pokoleń kobiet. To zadanie przede wszystkim dla teologów i teolożek. W przytoczonym przez Panią fragmencie 1 Listu do Tymoteusza argumenty teologiczne prowadzą od opisu stworzenia do konkretnych zarządzeń w gminie: „Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam ani też przewodzić nad mężem...” (2, 12). Takie myślenie dzieli już tylko krok od słów cytowanego Tertuliana: Ewa jest reprezentantką kobiet, a że każdą kobietę utożsamia się z Ewą, każda z nas nosi jej winę. Szok, jaki wywołują te słowa, wynika z wcześniejszego bezapelacyjnego przyjęcia, że to właśnie chrześcijaństwo przyniosło kobiecie zrównanie w godności z mężczyzną. Ukrywanie cienistych dróg teologii i praktyki kościelnej okazało się więc szkodliwe. Nie zmienimy przeszłości, możemy jednak pracować nad jej zrozumieniem. 
Zdania odmawiające pełni człowieczeństwa kobietom, inaczej są przyjmowane przez nas – kobiety, inaczej przez mężczyzn. Od znajomej siostry zakonnej usłyszałam, jak wielkim przeżyciem było dla niej poznanie uzasadnienia konieczności noszenia welonu przez kobiety. Mówiła z wielkim żalem, że w czasie studiów teologicznych żaden z profesorów nie wspomniał o jakichkolwiek wątpliwościach teologów co do równości płci. Uświadomiła ją dopiero praca nad doktoratem...
Były jednak i tradycje przeciwne, tworzone m. in. przez kobiety wierne przekonaniu o równości płci, co pokazuje, że nie sposób wszystkich uchybień teologów wytłumaczyć kontekstem kulturowym! Do tej tradycji zaliczamy średniowieczne teolożki i mistyczki: Hildegardę z Bingen, Gertrudę Wielką z Helfty, Christine de Pisan; pisarkę Marie de Jars de Gournay z XVII wieku, autorkę utworu „Równość mężczyzn i kobiet”; pierwszą kobietę-doktora medycyny Dorotheę C. Leporin-Erxleben z XVIII wieku. Mimo tej dwoistości, właśnie w chrześcijańskim kręgu kulturowym narodziła się idea praw człowieka. Choć pierwotnie nie odnoszono jej do kobiet, nowe rozumienie kobiecej tożsamości wyrosło w naszym kręgu kulturowym. 
Co najważniejsze: nie powtarzajmy tamtych błędów! Sens wyznania win Kościoła przez Jana Pawła II, również wobec kobiet, polega właśnie na dążeniu, by ich więcej nie popełniać. Nie czyńmy z nauki największych nawet teologów ponadhistorycznego i bezbłędnego autorytetu we wszystkich sprawach.
Gdyby nie było takiego myślenia, jakiego przykłady podałam, nie byłaby potrzebna teologia feministyczna... 
– Ona odpowiada na pewien deficyt. Historię zbawienia należy odczytać jako historię kobiet i mężczyzn: Boga Sary i Abrahama, Rebeki i Izaaka, Racheli, Lei i Jakuba, Boga Jezusa, Jego uczennic i uczniów. Dążenia kobiet do zmiany ich pozycji w Kościele nie zrodziły się w próżni – były i są częścią zmian w Kościele, związanych z reformą posoborową, otwarciem ekumenicznym, wrażliwością na znaki czasu. One zmieniają Kościół: i hierarchię, i szarych katolików, nawet jeśli czasami dokonuje się to prawie niepostrzeżenie: zbyt powoli, mało zdecydowanie.

Korepetycje z Papieża
Czy „nowy feminizm”, o którym Papież mówił po raz pierwszy w przemówieniu do studentek w brazylijskim Belo Horizonte w 1980 r., nie jest powtórzeniem treści od dawna w Kościele obecnych? Podano je tylko w sposób, jaki mogą przyjąć kobiety żyjące w czasach, gdy feminizmu nie sprowadza się do manifestacji sufrażystek albo rewolucji seksualnej. 
– To coś nowego – Papież, po raz pierwszy w historii, użył tego pojęcia w sensie afirmującym. Choć podejście Kościoła do kobiet zaczęto zmieniać już za pontyfikatu Jana XXIII, wcześniej nie posługiwano się takim językiem. Jan Paweł II przyznał, że dyskryminacja kobiet ze względu na płeć jest złem, zgodził się, że przywoływane przez Panią sufrażystki o wiele częściej miewały rację, niż byli gotowi im to przyznać ówcześni sternicy Kościoła... Takie wątki w nauczaniu Kościoła pojawiały się od Vaticanum Secundum, jednak stwierdzenie, że to jedynie powtórzenie treści obecnych w Kościele od dawna, pomijałoby ciemną historię odnoszenia się ludzi Kościoła do kobiet, o której mówiłyśmy. 
Ale ten sam Papież w Liście apostolskim o godności i powołaniu kobiety „Mulieris dignitatem” (1988), pisze: „Biblijny paradygmat »niewiasty« znajduje swój punkt kulminacyjny w macierzyństwie Bogarodzicy”. Czy nie jest to ograniczenie roli kobiety do tego, co naturalnie i kulturowo jej przypisano: rodzenia i wychowywania dzieci? Drugim wzorem może być dziewictwo. A co oferuje się tym kobietom, które nie spełniają warunków żadnego z tych modeli?
– Zacytowała Pani słowa Papieża, które są syntezą jego nauczania o kobiecie. Według Jana Pawła II kobiecość znajduje spełnienie w macierzyństwie, czego wzorem jest Maryja. W „Mulieris dignitatem” znajdujemy też takie zdanie: „Niewiasta jest drugim »ja« we wspólnym człowieczeństwie”. Kobieta więc to ta druga, inna od mężczyzny, kobiecość zaś ma zawierać cechy, których kulturowo nie przypisuje się mężczyźnie (Papież nigdzie bliżej nie określa, jak rozumie kobiecość). A to właśnie w macierzyństwie kobieta jest najbardziej inna od mężczyzny. U Jana Pawła II również dziewictwo rozumie się jako macierzyństwo, tyle że duchowe. 
Kobiecość nie jest czymś wynikającym z „natury” kobiet (cokolwiek miałoby to znaczyć), lecz zawsze ukształtowanym kulturowo. Tego powinniśmy być świadomi, by np. nie głosić w imię Boże poglądów antropologicznych poprzednich stuleci. Kobiety samotne, rozumiejące swoje powołanie życiowe poprzez pracę zawodową, zaangażowanie społeczne czy polityczne, nie znajdą dla siebie miejsca w „Mulieris dignitatem”. Pozostaje samodzielne poszukiwanie rozwiązań, odnajdywanie tożsamości poza tymi ograniczeniami, tak jak i własnych dróg duchowości czy spojrzenia na macierzyństwo. Nikt za nas tego nie zrobi. Żadna z kobiet nie jest tylko kobietą – nie wypełnia tylko roli przypisanej jej kulturowo. Nasza nowa tożsamość jest wielowymiarowa. 
Do papieskiego nauczania należy również adhortacja „Vita consecrata” (1996), gdzie Papież stwierdza, że trzeba „otworzyć kobietom możliwości uczestnictwa (...), także w podejmowaniu decyzji, zwłaszcza w sprawach, które ich dotyczą”. Obserwując jednak w Polsce opory, z jakimi dopuszcza się kobiety do funkcji lektorek, szafarek eucharystii, sędzin czy asesorek w sądach diecezjalnych, trudno oprzeć się wrażeniu, że ta część papieskiego nauczania to lekcje nieodrobione. A może celowo schowane pod ławkę?
– W Kościele różne osoby wypowiadają się o kobietach. Oficjalne jego stanowisko określali i określają jednak mężczyźni, a zatem twórcy Kościoła, nauczając o kobiecie, nie nauczają o sobie samych. Zdarzało się, że kościelni mistrzowie żyli w otoczeniu niemal pozbawionym kobiet, ale nie uważali, by było to przeszkodą w nauczaniu o nich. Sformułowane w „Vita consecrata” postulaty można odczytać jako program zwalczania antyfeminizmu w Kościele, ale fakt, że nie są realizowane, też o czymś świadczy. Poza tym trudno chlubić się tym, że po dwudziestu wiekach historii, Kościół musi takie postulaty formułować, naprawiając własne błędy.

Parytet: dlaczego nie?
Czy antyfeminizm jest „ekumeniczny”?
– Ks. prof. Wolfgang Beinert podsumował przed laty tę sprawę następująco: „Antyfeminizm należy do niewielu ekumenicznych konsensusów, które nigdy nie zostały zakwestionowane między Wschodem i Zachodem oraz wewnątrz Kościołów europejskich”. Najwcześniej zmiany rozpoczęły się w Kościołach poreformacyjnych, tam też dopuszcza się ordynację kobiet. W Kościołach prawosławnych teologowie-mężczyźni kwestię kobiecą traktują jako „zachodnie pytanie”, pochodzące spoza ich religii. Z tego powodu dochodzi też do napięć ekumenicznych, np. obecnie w Światowej Radzie Kościołów. Od 1976 r. odbywają się konferencje kobiet prawosławnych różnych Kościołów autokefalicznych, gdzie stale przewija się postulat przywrócenia diakonatu kobiet. Teolożki prawosławne próbują sformułować własną teologię feministyczną, ale, niestety, rzadko słyszy się ich głos w Kościołach oraz na ekumenicznych spotkaniach kobiet. 
Hasło parytetu we władzach kościelnych brzmi trochę groteskowo. Ale czy w Kościele zwraca się uwagę na to, ile kobiet pracuje na jego rzecz piastując jakieś funkcje? 
– Dlaczego parytet jako rozwiązanie ma brzmieć groteskowo? Niektóre ze zgromadzeń ekumenicznych posługują się tym instrumentem dla zagwarantowania możliwie najpełniejszej reprezentacji Kościołów i nikomu nie przyjdzie do głowy powiedzieć, że jest to groteskowe. W Kościele rzymskokatolickim nie wszystkie funkcje są zastrzeżone dla wyświęconych mężczyzn. Kodeks Prawa Kanonicznego, mówiąc o składzie diecezjalnej rady duszpasterskiej, zaleca: „Do Rady duszpasterskiej należy dobrać wiernych w ten sposób, żeby jej skład był rzeczywistym odzwierciedleniem całej części Ludu Bożego, stanowiącego diecezję” (kan. 512, par. 2). Najaktywniejszymi członkami Ludu Bożego są kobiety, dlatego można interpretować te paragrafy jako wyraz poparcia dla większego udziału kobiet we władzach kościelnych. Chodzi jednak o rady – gremia z definicji służące radą, bez mocy podejmowania decyzji.

Siostry od składania ornatu
Pracująca w tygodniku „Niedziela” szara urszulanka Irena Makowicz, mówiąc o szacunku, jakiego oczekiwałaby od księży, stwierdziła, że ksiądz powinien widzieć w siostrze zakonnej najpierw człowieka, potem kobietę, a dopiero na końcu zakonnicę. Chciała zwrócić uwagę, że szacunek dla niej nie powinien opierać się wyłącznie na fakcie bycia zakonnicą (to tylko jedna z ról społecznych, jaką można pełnić), ale przede wszystkim bycia człowiekiem i kobietą właśnie. 
– Czym innym jest nauczanie Kościoła, czym innym praktyka – konkretne relacje księży do sióstr zakonnych. Nauczanie Kościoła po Soborze Watykańskim II nie dopuszcza podziału na powołania bardziej lub mniej wartościowe (zauważymy jednak, że kobiety świeckie mogą przyjmować sakrament małżeństwa, śluby zakonne nie mają tej rangi), ale w praktyce – daleko nam do tego. Siostry oddają życie Chrystusowi i Kościołowi, co może je czynić godniejszymi zaufania i skłaniać do powierzania im odpowiedzialnych funkcji. Z drugiej strony, wielu księży traktuje siostry jako „swoje”, co prowadzi do braku szacunku dla nich i niedostrzegania, ile pracy wykonują w Kościele.
Raport KAI z listopada 2002 r. „Ambona i mamona. Finanse Kościoła – analiza” wskazuje, że najniższe pensje w sekretariacie Episkopatu mają siostry zakonne (na poziomie minimum gwarantowanego przez państwo). Niejedna z sióstr pracujących w parafiach usłyszała od księdza, że najlepiej sprawdzi się w pieczeniu ciasta i składaniu ornatu. S. Małgorzata Chmielewska, polska przełożona wspólnoty „Chleb Życia”, w czasie rekolekcji dla kobiet wygłoszonych w krakowskim kościele dominikanów w kwietniu 2000 r. powiedziała, że w każdym seminarium duchownym powinna pojawić się siostra zakonna z wykładem na dowolny teologiczny temat, dając klerykom sposobność do zadania jej pytań i stwierdzenia, że zakonnice też są wykształcone...
– Dlaczego tylko jeden wykład? W formacji kleryków i księży stale powinny uczestniczyć kobiety – zakonne i świeckie. Żeńskie wspólnoty zakonne powinny też utrzymać na tyle wysoki poziom wykształcenia członkiń, by nie trzeba było papieskich słów o „geniuszu kobiecości”. Wystarczyłaby mądrość kobiet doświadczana na co dzień. Co i rusz można usłyszeć „po co całe to zamieszanie z teologią feministyczną, skoro kobietom i tak już udało się sporo wywalczyć”, ale w Polsce tego „zamieszania” nie ma! Gorzej, jeśli okaże się, że z powodu niedoceniania poruszanych przez kościelne feministki problemów stracimy całe pokolenie kobiet. Nie można też ukrywać, że osoby domagające się większych praw dla kobiet w Kościele spotykają się z obojętnością, a czasami wrogością ze strony kobiet zakładających, że jest dobrze tak, jak jest i nie ma potrzeby czegokolwiek zmieniać.
Pamiętajmy, że antyfeminizm wynika ze słabości. Z analiz feministycznych wynika, że kobiety nie są jedyną grupą wykluczoną przez system patriarchalny, a niektóre kobiety mogą wręcz z jego struktur korzystać. Może uczynienie kobiet „słabą płcią” było próbą odwrócenia uwagi od faktu, że kobiety są silne z racji przekazywania życia? Jedno jest pewne – antyfeminizm prowadzi do pogardy. Jeśli mężczyzna czuje się bezsilny, jego żona i dzieci mogą stać się obiektem jego pogardy czy nawet przemocy. 
W „Evangelium vitae” (1995) Papież nakłania do działania „na rzecz przezwyciężenia wszelkich dyskryminacji, przemocy i wyzysku”. Skąd, przynajmniej w Polsce, uprzedzenie niektórych środowisk kościelnych wobec akcji czy instytucji, które przeciwdziałają przemocy w rodzinie, z reguły dotykającej przecież kobiety?
– Ta dziedzina dzieli los wielu innych, w których też niekoniecznie spełniamy postulaty papieskiego nauczania. Poza tym nie lubimy krytykować stosunków rodzinnych, ponieważ uwarunkowania kulturowe i historyczne sprzyjają traktowaniu rodziny jako wspólnoty, dzięki której udało się zachować narodową tożsamość. Przyczyny oporów tkwią w obowiązujących do niedawna przekonaniach: o niepodważalnej władzy ojca w rodzinie, stąd trudno było wkraczać między strony sporu, oraz że za sferę życia prywatnego, rodzinnego odpowiedzialne są przede wszystkim kobiety, dlatego same poszkodowane czuły się winne przemocy wobec nich lub ich dzieci i nie szukały pomocy.
„Duchowość cierpiętnicza” niektórych kobiet, dla których znoszenie cierpienia i pokorne poddawanie się mu miało przynieść owoce w postaci odmiany życia rodzinnego, naznaczonego przemocą, też ma znaczenie niebagatelne. Rzadziej, niestety, poszukuje się rozwiązań w postaci „duchowości czynu”, tzn. prób wyjścia z bolesnej sytuacji, jeśli trzeba – nawet za cenę separacji. Przyczyną niepodejmowania tematu jest też brak alternatywy: czy kobiety poddawane przemocy wiedzą, do kogo mogą się zgłosić? Ciągle mało jest organizacji, które pomagałyby im w rozpoczęciu życia od nowa. To skutki wspomnianych uprzedzeń i poważne zagadnienie duszpasterskie Kościoła w Polsce.
Do listy ważnych tematów, rzadko pojawiających się w listach duszpasterskich, należałoby dołączyć feminizację ubóstwa i dyskryminację kobiet na rynku pracy. Abp Damian Zimoń w liście „Kościół katolicki na Śląsku wobec bezrobocia” z 19 marca 2001 r. wspomniał o tym, że większość bezrobotnych to kobiety i sformułował postulat, by uznać domową pracę kobiet „za pracę zawodową, z wszystkimi konsekwencjami takiego stanu rzeczy – wsparciem zasiłkowym, ulgami podatkowymi, prawem do ubezpieczenia i emerytury”. Widać więc pierwsze oznaki zmian, także w oficjalnych dokumentach Kościoła w Polsce. 

Dr Elżbieta Adamiak jest adiunktem w Zakładzie Teologii Fundamentalnej i Dogmatycznej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, tłumaczką i uczestniczką konferencji Europejskiego Towarzystwa Kobiet dla Badań Teologicznych. Napisała m.in. książki: „Błogosławiona między niewiastami. Maryja w feministycznej teologii Cathariny Halkes” (1997), „Milcząca obecność” (1999). Jako autorka cyklu „Kobiety w Biblii” stale współpracuje z „TP”.
Problem antyfeminizmu w Kościele w następnym numerze „TP” podejmie Jarosław Makowski w rozmowie z s. prof. Elisabeth Johnson – teolożką z USA.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 49 (2787), 8 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl