Polsko-ukraińska sesja w Krakowie


Po co do Lwowa?

Agnieszka Sabor i Jan Strzałka



Jesteśmy mieszkańcami Mitteleuropy czy drugorzędnej części kontynentu? Czy w dziejach Lwowa pisanych przez nowe pokolenie historyków ukraińskich znajdzie się miejsce na sprawiedliwe potraktowanie polskiej przeszłości miasta? Czy Polacy będą chcieli jeździć do Lwowa? Czy Kraków ma dziś jakieś związki z Ukrainą?  


Te pytania stawiali polscy i ukraińscy intelektualiści zgromadzeni na sesji „Kraków i Lwów w cywilizacji europejskiej” zorganizowanej w Krakowie przez Międzynarodowe Centrum Kultury. 
Jarosław Hrycak, lwowski historyk młodego pokolenia, przyznał, że badanie przeszłości Lwowa nie jest zwykłym zajęciem akademickim, lecz kształtowaniem tożsamości ukraińskiej. Historyk nie może zapomnieć, że Lwów był polietniczny, wielokulturowy i wielowyznaniowy. Pamiętając, iż w tym mieście kształtowała się świadomość ukraińska, nie powinien przeoczyć, że w tym samym czasie – czyli w XIX w. – zwyciężył we Lwowie duch polskości, bo nawet Niemcy czy Austriacy opuszczali szeregi „partii Schillera”, by zasilić „partię Mickiewicza”.
Choć Lwów był wieloetnicznym tyglem, nie wykorzystał – twierdzi Hrycak – dziejowej szansy. Wieloetniczności nie towarzyszył dialog kultur. Dopiero dziś, gdy dokonuje się ukrainizacja Lwowa, wśród jego elit trwa dyskusja, jak wykorzystać wielokulturowe dziedzictwo miasta. 
Niemal wszyscy ukraińscy uczestnicy konferencji przywoływali ideę Mitteleuropy. Nie podejmowali jej polscy partnerzy dyskusji, jakby nasze umysły bardziej zaprzątała wizja rodzącej się Europy niż nostalgiczny mit habsburski. Pojęcie Mitteleuropy pomaga Ukraińcom (podobnie jak nam jeszcze niedawno) we wzmacnianiu europejskiej tożsamości. Ukraińcy mają z nią problemy. Dusza ukraińska rozdarta jest między cywilizację zachodnią a wschodnią. Ocalenie mitu Lwowa może zaowocować błogosławionymi dla Ukrainy konsekwencjami: zwycięstwem opcji europejskiej, rzadkiej na wschodzie i w centrum państwa. 
Ale czy starczy sięgnąć po mit, by zwrócić Ukrainę ku Zachodowi? Prof. Jarosław Isajewicz, reprezentujący starsze pokolenie historyków ukraińskich, twierdzi, że młodzi intelektualiści lwowscy sztucznie rekonstruują wielokulturowość miasta – a dialog między poszczególnymi grupami nigdy tam nie istniał. 
Czy odrodzenie Lwowa, powrót do wielokulturowości i do cywilizacji zachodniej nie jest mrzonką, szczególnie gdy po wejściu Polski do Unii odcięta zostanie pępowina łącząca miasto z Zachodem? Pytanie to niepokoi lwowskie elity. Lwów został z rozmysłem zniszczony przez totalitaryzm – o czym opowiedziała Aleksandra Matiuchina, historyk kultury – wyrwany z historii Europy i „przybity gwoździami” do mapy imperium euroazjatyckiego. 
Mykoła Riabczuk, eseista i krytyk literacki z Kijowa, wraz z Jackiem Kuroniem laureat tegorocznej polsko-ukraińskiej Nagrody Pojednania, bronił intelektualistów, którym Isajewicz zarzucił naiwny idealizm. Riabczuk podkreślił, że młodzi lwowianie – skupieni np. wokół pisma kulturalnego „ď” – wyrzekają się imperializmu i nacjonalizmu. Przyznał jednak, że wskrzeszenie wielokulturowej tradycji jest zadaniem arcytrudnym i przywołał esej krakowskiego krytyka Jerzego Jarzębskiego, poświęcony symbolicznej i dosłownej erozji centrum naszych miast. Degradacja Lwowa jest o wiele głębsza niż degradacja polskich miast. W sowieckim Lwowie zmieniła się struktura narodowa, kulturowa, obyczajowa. Po wojnie zamieszkali w nim ukraińscy chłopi albo robotnicy z Rosji. Nie ogarnął ich duch Lwowa – mówił Riabczuk – wątpliwe nawet, czy mieli świadomość jego istnienia. 
Lwowski kryzys tożsamości – a co za nim idzie: ukraiński – jest faktem. Ale działa grupa ludzi, niekiedy potomków owych chłopów czy robotników, świadomych, że odpowiadają za przeszłość i przyszłość miasta. Dodajmy: ta odpowiedzialność wpłynie nie tylko na los Ukrainy, ale też na to, czy jej stosunki z Polską będą zdrowe, czy też zatrute tragiczną przeszłością. 
Jedno jest pewne: ukraińscy intelektualiści gotowi są rzetelnie rozliczyć się z historią. Trzeba im dać czas i cierpliwie w tym pomagać. Riabczuk zilustrował to anegdotą z własnego dzieciństwa: kiedy gnębił młodszego brata, rodzice prosili go: Mykoła, bądź mądrzejszy, ustąp. Urodzony we Lwowie, a dziś mieszkający w Brukseli publicysta Leopold Unger zauważył, że jedyną konstruktywną drogą dla Ukraińców jest dziś stanięcie w prawdzie wobec własnej historii, tak jak Polacy musieli poradzić sobie z Jedwabnem. 
Lwów może być dziś źródłem konfliktów polsko-ukraińskich, jak i poligonem współpracy. Nostalgia dawnych mieszkańców miasta nie oznacza kwestionowania faktu, że miasto jest dziś ukraińskie. Ale kiedyś było polskie. Prof. Zdzisław Żygulski, lwowianin wypędzony z miasta w 1945, wspomnienia z młodości zakończył deklaracją pojednania. Jeśli zrealizuje się ono do końca, pochodzący z Kielc student znajdzie odpowiedź na zadane podczas konferencji pytanie: „Po co ja, nie mający rodzinnych związków ze Lwowem, mam jechać do miasta, które jest polskim mitem, ale i częścią innego państwa?” 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl