Sprawa Doroty Nieznalskiej: sztuka na ławie oskarżenia


Sędziowie czy krytycy

Agnieszka Sabor



W Sądzie Rejonowym Gdańsk Południe trwa proces Doroty Nieznalskiej, młodej artystki, którą trzy osoby, w tym dwoje posłów z Ligi Polskich Rodzin, oskarżyły o obrazę uczuć religijnych. O co właściwie chodzi? I czy w ogóle musiało dojść do tego procesu? 


Andrzej Osęka w „Gazecie Wyborczej” z 18 listopada obawia się, że może dojść do precedensu niebezpiecznego dla wolności sztuki. Piotr Zaremba pyta z kolei o powody, dla których, dbając o dobre imię zmarłych, mielibyśmy rezygnować z ochrony Pana Boga albo Matki Boskiej. Polacy nigdy chyba nie dyskutowali tak dużo i tak zażarcie o sztuce, jak w ciągu ostatnich kilku lat. Opinia publiczna raz po raz wstrząsana jest pobudzanym przez media nerwowym paroksyzmem. Powodem – kolejne wydarzenie z obszaru tzw. „sztuki krytycznej”, która – sięgając po nowe środki wyrazu – stara się komentować zmieniającą się rzeczywistość społeczną i współczesną kondycję człowieka. 
Zaczęło się chyba od Katarzyny Kozyry, autorki „Piramidy zwierząt”, pracy wykorzystującej autentyczne zwierzęce zwłoki, i dwóch „Łaźni”, w których sfilmowano nieświadomych niczego przypadkowych ludzi. Przez kilka dni wszystkie telewizyjne dzienniki pokazywały też obiekt Zbigniewa Libery, obóz koncentracyjny z klocków lego. Potem w warszawskiej „Zachęcie” doszło do widowiskowego skandalu: Daniel Olbrychski wkroczył z szablą na wystawę Piotra Uklańskiego „Naziści”, protestując przeciw eksponowaniu pod takim szyldem filmowych fotosów z aktorami w niemieckich mundurach. Pojawił się też aspekt polityczny: podczas jubileuszowej ekspozycji w stulecie „Zachęty” posłowie ZChN-u demonstracyjnie uszkodzili pracę Maurizio Cattelana, przedstawiającą papieża Jana Pawła II upadającego pod ciężarem meteorytu. Teraz kontrowersje dotyczą „Pasji” – instalacji pokazanej w ubiegłym roku przez Dorotę Nieznalską, uczennicę Grzegorza Klamana, w gdańskiej galerii „Wyspa”. Autorce postawiono zarzut z artykułu 196 Kodeksu Karnego o obrazę uczuć religijnych.

Przekraczanie granic

Czy fotografia męskich genitaliów umieszczona na greckim równoramiennym krzyżu i zestawiona z wideo, na którym pojawia się ćwiczący na siłowni mężczyzna, razi moje uczucia religijne? Nie, a raczej nie bezpośrednio. Rozumiem sens przekraczania granic w sztuce oraz odwagę artystycznego języka, posługującego się szokującym, antykulturowym czy antyestetycznym paradoksem, łączącego sacrum i erotyzm, miłość i przemoc, wartości i trywialność. Szanuję bunt wolnego, mocującego się z Bogiem, religią, Kościołem, państwem, społeczeństwem czy obyczajem „dzikiego” artysty; bunt, który najczęściej bywa motorem sztuki. 
Wśród obrazów, które wiszą na poczesnym miejscu w moim prywatnym „muzeum wyobraźni”, jest „Ciekawość żółtego pokoju rodziców” (1986) Marka Sobczyka – obraz niepokorny i niepokojący. Widać na nim postać księdza przymierzającego się do krzyża; jego ciało dzielą na pół kolory, czerwony i niebieski, symbolizujące dwie natury Chrystusa. Za krzyżem, na drugim planie – w owym tytułowym żółtym pokoju – para o egzotycznych, jakby nieco japońskich rysach uprawia seks. Ileż dramatyzmu jest w tym przedstawieniu, w którym biologizm walczy z duchowością, pragnienie z obowiązkiem, pamięć z marzeniem! A czyż równie wspaniałe, co przerażające dzieła Józefa Szajny albo Jonasza Sterna nie bywają antyreligijne? Wiem także, że wrażenie świętokradztwa czy obrazoburstwa (często niezamierzonego) może mieć kontekst wyłącznie historyczny: tak było, gdy Caravaggio wykraczał poza konwencję swoich czasów, nadając swoim Apostołom plebejskie rysy.
Wszystko to jednak nie odnosi się do pracy Doroty Nieznalskiej. W tym przypadku, podobnie jak w wielu innych skandalach wokół „sztuki krytycznej”, w ogóle nie chodzi o granice artystycznej wolności.

Reportaż zaangażowany

Problemem nie jest sposób wypowiedzi, ale jej sens – nieważne w tej chwili: antyreligijny, świętokradczy czy wprost przeciwnie. Podstawowe pytanie brzmi, czy „Pasja” stanowi świadomą i dojrzałą wypowiedź wolnego w swych wyborach twórcy. Otóż nie. Jeśli wierzyć artystce streszczającej sens swego dzieła w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” (nr 46 z 16 listopada), chodziło o kobiece, pełne wzgardy i dystansu współczucie dla mężczyzn, którzy, aby spełnić kulturowe wymogi, muszą cierpieć w siłowniach niczym Chrystus na krzyżu. Podobno to także ironiczny komentarz na temat łączenia płciowości z sacrum i sakralizacji ciała. Sam zaś tytuł odnosi się tyleż do zapału ćwiczącego w piwnicznej siłowni współczesnego gladiatora, co do cierpienia Wielkiego Piątku.






 Wystawa „documenta” 

 w Kassel, 2002 r.: 

 „sztuka krytyczna” 

  w ślepym zaułku?




Dzieło sztuki staje się tu w gruncie rzeczy czymś w rodzaju reportażu penetrującego pewien wycinek życia społecznego, zaangażowanej w feminizm publicystyki – i nie wychodzi poza tę „bieżącą” sferę. To zwykły, jednodniowy „news”, a nie traktat. Publicystyka ta sięga po język symbolu religijnego; nie ma co udawać, że Nieznalska myślała o krzyżu w jakimś zupełnie innym kontekście, przeczy temu bowiem jej własna interpretacja. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że autorka zderzyła oba języki bezrefleksyjnie.
Myślę, że gdańszczanka nie chciała urazić niczyich uczuć religijnych, wierzę także w naiwną szczerość jej niesamodzielnej wypowiedzi. Tyle tylko, że jeżeli artysta decyduje się na to, aby jego dzieło pełniło funkcję drastycznego artykułu z prasy codziennej, musi – podobnie jak każdy inny dziennikarz – liczyć się ze społecznymi, prawnymi, a nawet politycznymi konsekwencjami swojej pracy. Także z tym, że efekt jego działalności dotknie niektórych odbiorców, którzy nie będą mieli ochoty wczuwać się w intencje autora. W tym sensie „Pasja” okazuje się nie tylko banalna, ale także samobójcza w swoim przesłaniu. 
Bo ten artystyczny akt ma paradoksalnie w tle jakąś tęsknotę za wartościami, zagubioną i niezdarnie poszukującą zaspokojenia w sztampowych hasłach feminizmu. Walcząc o wyzwolenie z uzależnienia od wymogów kultury, „Pasja” wpada jednak w inny rodzaj uzależnienia, ustanowiony przez współczesną ideologię. Żądając tolerancji, okazuje się z gruntu nietolerancyjna. Co więcej, skandal sądowy związany z ubiegłoroczną wystawą przyniósł już Nieznalskiej medialną popularność, a tym samym młoda artystka poddała się mechanizmom społecznym, przeciwko którym występowała w swojej pracy. I na tym polega rzeczywiste, samobójcze obrazoburstwo jej – kiepskiego raczej – dzieła.

Bunt oswojony

Ideologizacja i doraźność sądów to podstawowe słabości wielu przejawów tzw. „sztuki krytycznej”. Trudno jej się uwolnić od tych obciążeń, bo w całości uzależniona jest przecież od kuratorów. Ci zaś, aby wprowadzić artystę w obieg – do czego potrzebne są pieniądze – opierają się na zaangażowanych projektach i programach, które zresztą sami często współtworzą. Tak dzieje się nie tylko w Polsce. Karykaturalnym przykładem był wybór kuratorów ostatnich edycji wielkiego festiwalu sztuki „Documenta” w Kassel: najpierw zdecydował o nich „parytet kobiecy”, potem chęć dowartościowania krajów postkolonialnych.
Słowa „ideologia” nie używam w znaczeniu pejoratywnym. Jej wpływ na „sztukę krytyczną” trzeba jednak dostrzec. „Nazistów” Uklańskiego zrozumieć można wyłącznie w kontekście powszechnej dziś w Europie debaty o odpowiedzialności i pamięci. Obóz koncentracyjny z klocków lego to nieco felietonowa odpowiedź na współczesną recepcję Holocaustu. Dorota Nieznalska nie istniałaby jako artystka bez walczącego, radykalnego feminizmu. Bunt przeżywany głęboko i samodzielnie, ze świadomością jego konsekwencji, przeradza się w bunt bezpieczny, bo zinstytucjonalizowany.
Takie jednowymiarowe myślenie o rzeczywistości grozi wieloma niebezpieczeństwami. Po pierwsze, za jakiś czas może się okazać, że w podręcznikach historii sztuki akapity poświęcone „sztuce krytycznej” należeć będą do najnudniejszych, bo gdy ucichną spory współczesności, świadczące o nich dzieła pozostaną już tylko dokumentem epoki. Po drugie, jednowymiarowa ideologia rzadko bywa naprawdę odważna – znacznie bliżej jej do koniunkturalizmu. Wystarczy przypomnieć sposób, w jaki tłumaczono przesłanie „papieskiej” rzeźby Cattelana: przesłanie to było wyraźnie krytyczne, ale gdy tylko pojawiły się pierwsze kontrowersje, interpretacja zmieniła kierunek o sto osiemdziesiąt stopni, by uspokoić obrażonych. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” Nieznalska mówi: „W Białymstoku dyrektorka galerii finansowanej z publicznych pieniędzy powiedziała, że albo zasłonimy krzyż, albo zostanie zwolniona, a galeria zlikwidowana. Zgodziłam się, bo tego nie chciałam”. Innymi słowy: to, co tak uraziło ostatnio odbiorców, nie było artystycznym priorytetem autorki, czymś, co dla jej przekazu wydawało się konieczne, ale jedynie zwykłym gadżetem. A skoro tak, czy warto było beztrosko go użyć?
Z tym wszystkim wiąże się największe niebezpieczeństwo sztuki zideologizowanej: łatwość instrumentalnego traktowania człowieka. I to zarówno artysty, jak i odbiorcy, któremu zamiast prawdziwego – zawsze bogatego wieloznacznością – przekazu serwuje się zwykłe propagandowe hasło, i który traci prawo prowadzenia z twórcą otwartego dialogu.

Wojna pozycyjna

Czy więc dobrze się stało, że sprawa „Pasji” trafiła do gdańskiego sądu? Znajomy historyk sztuki – znawca współczesnej sztuki kobiecej i pracownik jednej z największych polskich galerii publicznych – powiedział, że Nieznalska powinna przejść przez ten proces, aby dojrzeć i nauczyć się artystycznej odpowiedzialności, ale że sprawa powinna zostać w końcu umorzona, bo tego wymaga zasada twórczej wolności. Ja jednak myślę, że do procesu w ogóle dojść nie powinno. Rolę sędziów powinni byli bowiem spełnić o wiele wcześniej ci, którzy są do tego najbardziej powołani: krytycy sztuki. To oni ponoszą odpowiedzialność za aferę, być może także za prywatną klęskę młodej artystki, która co prawda uzyskała medialną sławę, ale nie została skonfrontowana z rzeczywistymi słabościami swojej pracy i dziś zbyt łatwo może poczuć się ofiarą niesprawiedliwości.
Choć w Polsce wszyscy dyskutują o artystach, krytyka sztuki, zwłaszcza „sztuki krytycznej” nie istnieje. Trwa niekończąca się wojna pozycyjna: jedni potępiają ją w czambuł, jednoznacznie odmawiając wszystkiemu, co kontrowersyjne, statusu dzieła sztuki, drudzy w jakimś bezwarunkowym odruchu gloryfikują każdy przejaw „sztuki krytycznej”, coraz bardziej pogrążając się w mgławicowych definicjach. Nie stworzono żadnej metodologii, żadnego języka opisu „sztuki krytycznej”. A przecież może ona być lepsza lub gorsza, może też w ogóle nie mieścić się w granicach sztuki. Trudno bowiem (choć robią to kuratorzy wystaw) sprowadzić do wspólnego mianownika działalność Alicji Żebrowskiej, „rodzącej” lalkę Barbie, i poruszające „Święto wiosny” Katarzyny Kozyry.
Rzetelny krytyk ma obowiązek postawić dziełu sztuki najtrudniejsze pytanie – o etyczne usprawiedliwienie dokonanych w nim artystycznych wyborów. Arcydziełem „sztuki krytycznej” są w pewnym sensie obydwie „Łaźnie” Katarzyny Kozyry: pamiętam, jak stałam długo zachwycona iście metafizyczną urodą i spokojem dostrzeżonymi przez artystkę w starych, zniszczonych ludzkich ciałach. A jednak w prawdziwym przeżyciu spotkania z tym dziełem przeszkadzał mi wstyd, poczucie, że uczestniczę w akcie podglądactwa i świadomość oszustwa, dzięki któremu mogło powstać to piękne skądinąd dzieło. Czy to, co zrobiła Kozyra, aby stworzyć „Łaźnię”, zostało usprawiedliwione efektem? Moim zdaniem nie. Podobne pytanie krytyka powinna była postawić Dorocie Nieznalskiej – w jej własnym interesie.
„Sztuki krytycznej” nie można oskarżać o nihilizm. Wprost przeciwnie. Chodzi tylko o to, żeby masowe ideologie zastąpione zostały prawdziwymi, przeżywanymi pojedynczo ideami. I po to właśnie potrzebny jest dziś ponad wszystko niezależny, odważny i uczciwy krytyk. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl