Rekolekcje z Zacheuszem (1)


Adwent w Jerychu

Ks. Grzegorz Ryś



„Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto”. Ewangelia adwentowa. Adventus Domini – znaczy „przyjście Pana”. Pan przyszedł do Jerycha w drodze do Jerozolimy, gdzie się dokona Misterium Paschalne: Jego śmierć i zmartwychwstanie, odkupienie człowieka. Pan przychodzi – dzisiaj, teraz, tutaj, gdzie „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. Kolejny Adwent. Perspektywą jest jednak zawsze, ostatecznie Jerozolima. Podczas adwentowych rekolekcji trzeba w ostateczności myśleć nie o Świętach Bożego Narodzenia, ale o nadchodzącej za nimi Wielkanocy. Nie bez powodu starożytni (i jeszcze średniowieczni) artyści, wykonując sceny Bożonarodzeniowe umieszczali małego Jezusa nie w żłóbku, lecz na kamiennym ołtarzu. Przedstawiali Go przy tym owiniętego dokładnie i ściśle – nie w pieluszki, lecz jakby w grobowy całun. Pan przychodzi nie dla jasełek i pastorałek, ale dla Paschy, do której zaprasza każdego człowieka.
„A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty...” Każdy z nas jest tym człowiekiem. Każdy z nas od momentu chrztu ma na imię Zacheusz, tzn. „czysty”, „sprawiedliwy”. I do każdego z nas – tak, jak do niego – można zapewne odnieść zdanie Apokalipsy, zwrócone kiedyś do chrześcijan w Sardes: „Masz imię, które mówi, że żyjesz, a jesteś umarły” (Ap 3,1). Imię „chrześcijanin” mówi, że żyję; jestem umarły, bo żyję w grzechu. Grzech jest śmiercią (Marcin z Tours, umierając, miał ponoć zobaczyć szatana stojącego u jego łóżka i nazwać go „żyjącą śmiercią”).
Martwota Zacheusza jest opisana przez Ewangelistę dwoma określeniami: „zwierzchnik celników” i „bardzo bogaty”. Zacheusz łączy więc w sobie dwie kategorie ludzi predestynowanych wręcz na potępienie, powszechnie uznanych za wcielenie wszelkiego zła. „Celnik” to nie tylko synonim zdziercy, oszusta i złodzieja. To złodziej permanentny, „stworzony przez okazję”. Zadaniem celników było zbieranie podatków na rzecz Rzymu. Oczywiście zbierali więcej niż oddawali. Rzymianie wiedząc o tym, płacili im – nie bez premedytacji – niewielkie pensje. By więc utrzymać się na jakim takim poziomie, celnicy musieli kraść. Okradali wszakże „swoich”; zatrudnieni przez okupanta. Nic dziwnego, że byli powszechnie znienawidzeni.
Używając języka dzisiejszej teologii, trzeba by powiedzieć, że celnik to człowiek żyjący w stałej, bliskiej okazji do grzechu. Żyje z grzechu. Grzeszy, aby żyć. Wybrał zawód, który go degeneruje, nieuchronnie i systematycznie. Takim ludziom starożytny Kościół z zasady odmawiał chrztu! Nie chrzcił ani tych, którzy chcieli zostać żołnierzami, ani nauczycieli (którzy ucząc np. literatury, przekazywali jednocześnie pogańską mitologię), ani ludzi zatrudnionych w cyrku, choćby do zamiatania areny (gdyż na co dzień skazani byli na obcowanie z nieludzkim zezwierzęceniem), ani artystów (skoro żyli głównie z wykonywania przedstawień pogańskich bóstw) itd. Daleko nam do takiej logiki i takiej konsekwencji. Znacznie bliżej do Zacheusza: świat, który tworzymy, jest coraz mniej jednoznaczny moralnie. Skazani jesteśmy na funkcjonowanie w strukturach, które raz po raz wymuszają na nas kompromisy z własnym sumieniem – weźmy np. płacenie podatków albo tzw. „przetargi” na określone usługi. Oszustwo wydaje się tu jedynym możliwym sposobem funkcjonowania; uczciwość budziłaby śmiech, niezrozumienie, oskarżenie o naiwność.
Stała okazja do grzechu może mieć także i inny charakter, np. życie w stałym nieformalnym związku, wejście w struktury mafijne albo utrzymywanie się ze sprzedaży narkotyków czy pornografii. Nawet bez sięgania po tak drastyczne przykłady, życie niemal na każdym kroku przekonuje nas do logiki wybierania „mniejszego zła”. W końcu, już nie tylko – jak Zacheusz – uczymy się żyć i dorabiać w grzesznych strukturach, ale jeszcze potrafimy je uzasadniać i bronić.
Św. Łukasz nazywa także Zacheusza „bogaczem”. Trudno się dziwić: Jerycho leżało na drodze z Arabii do Palestyny – było więc ruchliwym ośrodkiem kupiectwa i handlu; celnicy z Jerycha z całą pewnością należeli do najbogatszych. A Zacheusz był ich zwierzchnikiem...
W Ewangelii Łukaszowej „bogaczowi” jest jeszcze trudniej się zbawić niż celnikowi. Bogacz to chciwiec, człowiek głupi i krótkowzroczny (Łk 12,16-21), bezlitosny i zniewolony przez pieniądz (Łk 16,19-31), który wynosi nawet ponad relacje rodzinne (Łk 12,13-14). Mamona zawsze jest „niegodziwa” (Łk 16, 9) – nie można służyć jednocześnie jej i Bogu. Ostatecznie „łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego” (Łk 18,25).
W gruncie rzeczy owa podejrzliwość Łukaszowa nie jest nam obca – podzielamy ją niemal powszechnie, choć może nie w takim stopniu. Ale w końcu – pytamy – czy ktoś w tym kraju (tutaj i teraz) mógł się uczciwie dorobić dużych pieniędzy? Czy pieniądz nie korumpuje? Czy nie odbiera nam wielu prawdziwie ludzkich uczuć? Czy jest jeszcze coś, czego nie usiłowano by kupić?
„Zwierzchnik celników i bardzo bogaty” – tak widzą Zacheusza ludzie. On sam postrzega siebie jeszcze dramatyczniej. Tak przynajmniej wynika to z przebiegu jego późniejszej rozmowy z Jezusem: „Panie..., jeśli kogoś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Taką karę w Starym Testamencie nałożył Dawid na bogacza-bohatera przypowieści, opowiedzianej mu przez proroka Natana: „nagrodzi on [wyrządzoną biednemu krzywdę] w czwórnasób, gdyż dopuścił się czynu bez miłosierdzia” (2 Sm 12,6). I takim widzi siebie Zacheusz: jako „człowieka bez miłosierdzia” i jako złodzieja (rzymskie prawodawstwo nakazywało złodziejowi zwrot 4-krotnej wartości skradzionej rzeczy).
Celnik (stała okazja do grzechu), złodziej, bogacz, człowiek bez miłosierdzia – staje przed nami w tej perykopie ewangelicznej jako nasze lustrzane odbicie. Rozpoznajemy się w nim. Nie po to wszakże, by stracić nadzieję. Jeszcze bardziej nie dla duchowego masochizmu. Po to, by być świadkami cudu. Oto za chwilę stanie się rzecz niemożliwa: „wielbłąd przeciśnie się przez ucho igielne”; bogacz doświadczy zbawienia...
Rzecz jasna: to się nie dzieje automatycznie. To się nie musi stać. Jest jednak wyraźną perspektywą, której warto przyjrzeć się z bliska. Jak to się dzieje? Jak to jest możliwe? Tym bardziej, że pół rozdziału wcześniej Łukasz opowiada o innym spotkaniu: Chrystusa z bogatym młodzieńcem. Ten – oprócz bogactwa – niewiele miał wspólnego z Zacheuszem. Pytany, czy zna przykazania (nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, czcij swego ojca i matkę), odpowiada – zapewne szczerze – „wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości” (Łk 18,20-21). A jednak, mimo że należy do ludzi tzw. „porządnych”, uczciwych, i „pracujących nad sobą”, kiedy Chrystus proponuje mu radykalny wybór Ewangelii, „odchodzi zasmucony”. Takiego wyboru Zacheusz dokonuje sam, spontanicznie, w ogóle o to przez Chrystusa nie proszony – połowę swego majątku rozdaje ubogim, a z reszty poczwórnie wynagradza tym, których skrzywdził. Potężny znak nadziei, choć idzie ona jakby „pod prąd” przeciętnego myślenia i oczekiwań. Budzi entuzjazm i radość w tych, którzy myśleli o sobie, że są zgubieni. Budzi niepokój w zadowolonych z siebie, sytych własnej cnoty, którzy „nie potrzebują nawrócenia”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl