Przegląd prasy

Pochodzenie a wykształcenie


W jakim stopniu pochodzenie społeczne kształtuje dziś dostęp do wykształcenia? – pyta w RES Publice Nowej (11) prof. Henryk Domański z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.
W PRL – wbrew ideologii wyrównywania szans – zależność między pochodzeniem rodziców a zawodem i wykształceniem dzieci osłabła jedynie w pierwszej połowie lat 50. Później, wraz z krzepnięciem ustroju, nastąpiła stabilizacja: dzieci powielały zwykle drogę życiową rodziców. Znamienne też, że w PRL odsetek studiującej młodzieży pochodzenia robotniczego i chłopskiego systematycznie spadał.
W III RP możliwości kształcenia wzrosły. Nie najgorsza jest też dynamika struktury wykształcenia. Kurczy się grupa osób kończących szkołę na dwóch najniższych szczeblach, systematycznie rośnie zaś odsetek osób mających wyższe studia (w latach 1987-99 z 8,1 do 10,5 proc.). Dominującym profilem na szczeblu szkoły średniej pozostaje technikum: absolwenci techników stali się w końcu lat 90. drugim co do wielkości segmentem w strukturze wykształcenia, obejmującym 22,7 proc. ludności (w 1987 r. – 16,6 proc.). Odsetek osób z dyplomami szkół ogólnokształcących zwiększył się w latach 1987-95 z 5,2 do 6,4 proc. Zwiększyła się też kategoria osób z wykształceniem zasadniczym zawodowym, zasilających szeregi robotników wykwalifikowanych (system szkolny nie zdążył tu zareagować na zmiany w strukturze popytu): w l. 1998-99 byli uczniowie zasadniczych szkół zawodowych stanowili 29-30 proc. ogółu ludności, zajmując pozycję niekwestionowanego lidera. Jednak w oczy rzuca się też duży odsetek osób o niskim poziomie wykształcenia: kategoria legitymująca się co najwyżej ukończeniem zasadniczej szkoły zawodowej liczyła w 1999 roku 51,8 proc. 
Wydawać by się mogło, że generalny wzrost poziomu wykształcenia powinien wpłynąć na egalitaryzację w dostępie do oświaty. Dowodem byłoby tu zmniejszanie się zależności poziomu wykształcenia od pochodzenia społecznego jednostek. Tymczasem jest z tym różnie. 
Bez wątpienia stały postęp pod względem eliminowania nierówności dokonuje się na najniższym szczeblu (szkoły podstawowej), a w największym stopniu odczuwają go dzieci rolników. W latach 90. pochodzenie społeczne znajduje coraz słabsze odzwierciedlenie w dostępie do wykształcenia podstawowego. Wolniej, chociaż też systematycznie, zmniejszają się bariery społeczne w dostępie do szkoły średniej: wzrasta tak liczebność tej kategorii, jak odsetek absolwentów szkoły średniej w poszczególnych kategoriach pochodzenia. Stosunkowo najczęściej kończyły naukę na tym poziomie dzieci pracowników umysłowych (na drugim miejscu był biznes, na trzecim pochodzenie z rodziny robotników wykwalifikowanych). Znamienne, że kategoria osób o pochodzeniu inteligenckim ze średnim wykształceniem nigdy na przestrzeni tych lat nie przekroczyła progu 30 proc. W miarę bowiem jak wykształcenie średnie miało coraz więcej osób i wyrównywały się na tym szczeblu różnice pochodzeniowe, problematyczny stawał się jego prestiż i wartość na rynku pracy. 
Na tym tle szokująca staje się dynamika nierówności w dostępie do wyższego wykształcenia – tak drastyczna jest tu przewaga pochodzenia inteligenckiego nad pozostałymi kategoriami. W 1987 r. odsetek osób o pochodzeniu inteligenckim posiadających wyższe wykształcenie wynosił 32,3 proc. Drugie miejsce – 18,6 proc. – zajmowały osoby pochodzące z rodzin pracowników umysłowych. W l. 90. dzieci inteligentów pozostawiły ich jeszcze bardziej w tyle: w 1999 r. przewaga pochodzenia inteligenckiego nad pochodzeniem z rodzin pracowników umysłowych wyrażała się stosunkiem 51,4 proc. do 17,2 proc. Dystans ten zwiększył się także wobec reprezentantów wszystkich innych klas.
Jakie są przyczyny tej tendencji? Otóż, po pierwsze, wyższe wykształcenie zyskuje na wartości, a inteligencja potrafi najbardziej docenić ten fakt. Po drugie: dostęp do wyższego wykształcenia staje coraz droższy i bariera finansowa zaczyna ważyć na decyzjach życiowych. W latach 90. zaś dochody inteligencji, średnio biorąc, rosły i stać ją na ponoszenie kosztów kształcenia dzieci. Inteligenci nie mają wreszcie alternatywy – w przeciwieństwie do robotników i chłopów, którym nie grozi społeczna degradacja. Po prostu: klasy niższe, nie kształcąc się, znacznie mniej tracą.  

KB
 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl