Spory – polemiki: za wcześnie na polskie strategie


Koniec koncertu mocarstw

Joanna J. Mizgała



Prof. Roman Kuźniar ma rację domagając się pogłębionej dyskusji nad polską myślą strategiczną („Odważ się myśleć, polski strategu!”, „TP” nr 46/2002). Byłoby jednak nieszczęściem, gdyby jej „oryginalność” i „suwerenność” wynikała z zakwestionowania kształtującego się porządku globalnego.  


Polska ma wielu specjalistów od spraw wschodnich (wystarczy wspomnieć Ośrodek Studiów Wschodnich), ale nie posiada podobnej rangą instytucji, która monitorowałaby euroatlantycką politykę bezpieczeństwa. Istniejące ośrodki badań europejskich i amerykanistycznych nastawione są na dydaktykę i indywidualną pracę naukowców. W przeciwieństwie do ośrodków na Zachodzie, gdzie najważniejsze są badania porównawcze oraz współpraca specjalistów z różnych dziedzin, polscy naukowcy zdają się być nadmiernie przywiązani do, pomocniczego przecież, podziału nauk. W NATO powołuje się zespoły badawcze złożone z teologa, politologa, informatyka i stratega – dla maksymalnie wyczerpującego rozpatrzenia problemu. Czy w Polsce przyszłoby komuś do głowy obradować w podobnym gronie? A przecież zalety takiego modelu rozmów są nie do przecenienia. Zakłada on podejście porównawcze wymagające od badacza wszechstronnej wiedzy, wyobraźni i zaplecza intelektualnego wychodzącego poza specjalistyczne studia. Dzięki tak zintegrowanej wiedzy powstaje tzw. epistemic community – wielopoziomowa sieć grup eksperckich, działów planistycznych w krajowych MSZ i MON, ośrodków naukowych i dziennikarzy-specjalistów. 
Uczestnicząc w konferencjach, w ramach struktur NATO i Unii Europejskiej, analitycy i prognostycy dysponują tym samym zestawem pojęć i narzędzi analizy, co sprawia, że ich wypowiedzi nie odbiegają od ustalonego standardu. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że gdyby w Polsce zorganizowano konferencję 100 ekspertów w zakresie badań strategicznych, każdy, posługując się własnym słownikiem pojęć, mówiłby o czymś innym. Właśnie „odstawanie” od norm instytucjonalnych i dyskursywnych obowiązujących na Zachodzie, wydaje się być główną przyczyną niemożności wykształcenia się polskiej myśli strategicznej.
Jest jeszcze druga przyczyna. Na Zachodzie polityka bezpieczeństwa posiada pewne „domyślne” założenia. Dotyczy ona całego obszaru euroatlantyckiego, na który składają się nie tylko USA i Europa, ale również (w następstwie wydarzeń 11 września) Rosja i kraje powiązane z tym obszarem militarnie lub ekonomicznie (Bliski Wschód, Afryka Płn. i Płd.). Po 11 września, gdy rozpoczął się okres „względnej hegemonii” USA, dynamikę stosunków USA-Europa określa kompromis: Europa akceptuje (w sferze faktów, a nie retoryki preferowanej, np. przez Jacquesa Chiraca) przywództwo USA w porządku globalnym, natomiast USA zgadza się na europejskie dążenia do rozwoju autonomicznej polityki bezpieczeństwa, przy ściślejszym jej powiązaniu z NATO (użycie ESDI – European Security and Defense Identity). Kompromis obejmuje również uznanie przez UE amerykańskiej decyzji o instalacji systemu antyrakietowego. Do niedawna w Europie, w kręgach przywiązanych do tradycyjnego „koncertu mocarstw”, postrzegano ten fakt jako złamanie „zasady równowagi, która przez stulecia uchodziła za fundament stabilności międzynarodowej”, jak pisze prof. Kuźniar. Epoka koncertu mocarstw jednak się skończyła, podczas gdy korzenie polskiej myśli strategicznej wciąż tkwią w tym paradygmacie.
Henry Kissinger zapytał kiedyś wzgardliwie: „Jaki mam wykręcić numer, aby się połączyć z Europą?” Każdy jego następca już wie, że jest to numer w Brukseli. Waszyngton i Bruksela są nowymi centrami decyzyjnymi kształtującego się porządku światowego. Może to być dla niektórych niemiła wiadomość, ale takie są fakty – a im należy się szacunek. Jeśli polska myśl strategiczna miałaby się okopać na pozycjach bezkompromisowej suwerenności i opierać swą oryginalność na kwestionowaniu już podjętych rozstrzygnięć (dotyczących, np. ekspansywnej natury „nowego” NATO i jego misji out-of-area, roli Rosji w nowym porządku czy nawet kontrowersyjnej inwazji na Irak), groziłaby jej marginalizacja w euroatlantyckiej dyskusji.
Nie silmy się na oryginalność przez akcentowanie różnic między Polską a NATO i Unią. Dopiero gdy nauczymy się, jak poruszać się w strukturach euroatlantyckich, wytworzymy własną, odpowiedzialną wersję myśli strategicznej. Bez takiego przygotowania grozi nam wysyp domorosłych teorii, wprawdzie „niezależnych i suwerennych”, ale często wątpliwej proweniencji (np. neoendeckiej), których podstawową wadą będzie to, że nie będą miały żadnego związku z szybko zmieniającą się rzeczywistością.


JOANNA J. MIZGAŁA jest doktorem Uniwersytetu Georgetown w Waszyngtonie oraz adiunktem w Zakładzie Porównawczych Badań Post-Sowieckich Instytutu Studiów Politycznych PAN w Warszawie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl