Upadek Cesarstwa Rzymskiego

czyli coś dla zwolenników śródziemnomorskiego mitu



Czesław Miłosz




W roku 1788 ukazało się jedno z wielkich dzieł europejskiego Oświecenia, wielotomowa książka angielskiego historyka Edwarda Gibbona pt. „Decline and Fall of the Roman Empire”, co zwykle tłumaczy się na polski jako „Zmierzch i upadek Cesarstwa Rzymskiego”. Dziełem tym Gibbon utrwalił długo obowiązujący kanon o starożytnym Rzymie. Mówię „utrwalił”, bo przez wiele wieków odwoływano się w Europie do Rzymu jako wzoru przeróżnych instytucji państwowych i nawet cnót obywatelskich. Gibbon stawiał znak równości pomiędzy Cesarstwem Rzymskim i porządkiem cywilizacji; wraz z jego upadkiem zaczął się na długo czas chaosu i tzw. „mroki średniowiecza”. Dopiero ponowne odkrycie starożytnej myśli i sztuki zaowocowało zjawiskiem humanizmu i wreszcie panowaniem rozumu, czyli Oświeceniem.

*

Gibbon uważał siebie za pracownika pióra w służbie rozumu i traktował chrześcijaństwo jako zjawisko nie wytrzymujące miar podyktowanych przez rozum. Uważał też, że chrześcijaństwo pojawiło się w Rzymie jako rodzaj procesu gnilnego wewnątrz imperium i stało się główną przyczyną jego stopniowej dekadencji oraz upadku. Dzisiaj ten ciąg przyczynowy Gibbona został zaniechany, do czego przyczyniły się badania historyczne, kładące nacisk na czynniki gospodarcze i struktury klasowe. Ale dzieło Gibbona zastanawia przede wszystkim tym, że tworzy ono pewien obraz mityczny i budzi podejrzenie, że wszelka nasza wiedza o przeszłości jest uproszczona, zmistyfikowana i przypomina taki związek z rzeczywistością, jaki występuje w komiksach, na przykład we francuskim cyklu „Asterix” o historii Francji.

*

Ale przecież starożytny Rzym w świadomości mieszkańców Europy przez wiele wieków istniał tylko jako teksty Liwiusza, Cezara, Cycerona, Seneki oraz jego poetów. W tych tekstach jednak nie zachowało się wiele z rzeczywistości odkrywanej później przez historyków. Wergiliusz był już znany elicie intelektualnej średniowiecza, kiedy krążyła legenda o nim jako czarowniku zwiedzającym świat umarłych w „Eneidzie”, i on to służy za przewodnika Dantemu w „Boskiej Komedii”. Czyli w największym literackim utworze średniowiecza prowadzi po zaświatach ten chwalca mitycznej genealogii Rzymu założonego przez Eneasza, uchodźcę z Troi. Dante nie zawahał się umieścić w piekle Ulissesa, czyli Odyseusza, dlatego że ten przyczynił się do upadku Troi przez swój wynalazek słynnego konia trojańskiego. Nie jest tedy ścisłe, że odkrycie starożytnej myśli i sztuki przez Europę zdarzyło się dopiero w Renesansie.

*

Oczywiście Cesarstwo Rzymskie osiągnęło pewien poziom cywilizacyjny budując system dróg i akweduktów. Można byłoby napisać historię Europy jako historię łazienki, co naszkicował na przykład Jerzy Stempowski. Bo dopóki istniało Cesarstwo, ludzie się kąpali, po czym wszelkie urządzenia łazienkowe, nie naprawiane, stopniowo uległy ruinie i ludzkość europejska wkroczyła w epokę przyrodzonego smrodu, mającą rozciągać się na wiele stuleci. W tym względzie prawie nie istniał dystans pomiędzy wyższymi i niższymi klasami społeczeństwa, a nawet chłopstwo jakby górowało mogąc przynajmniej chodzić za stodołę. W ogóle Europa Zachodnia zdawała się rozwijać jako niezbyt udolne gmeranie się w ruinach dawnej rzymskiej potęgi, co zresztą wyraziło się w pierwszym stylu architektonicznym kościołów, zwanym stylem romańskim.

*

Trwałym wkładem Rzymu w dzieje Europy było prawo rzymskie regulujące stosunki osobiste i rodzinne, czyli zakres prawa cywilnego. Przez wiele wieków prawo rzymskie służyło za wzór licznym kodyfikacjom lokalnym, sięgając daleko na wschód, bo na przykład ślad jego oddziaływań widać w tzw. statutach litewskich Wielkiego Xięstwa Litewskiego, pisanych cyrylicą w języku starobiałoruskim.






 Giovanni Battista Piranesi: 
 Widok na Campo Vaccino 
 (Forum Romanum)






Opatrznościowa wizja historii, szukająca odpowiedzi, jak doszło do powstania cywilizacji przemysłowo-technicznej, powołuje się na szczególny stop kilku kultur w obrębie Cesarstwa Rzymskiego, który zaowocował chrześcijaństwem. W chrześcijaństwie bowiem połączyło się dziedzictwo żydowskich proroków, greckich filozofów i rzymskich prawników. W średniowieczu z tego stopu wyłoniła się scholastyka, czyli szkoła logicznego rozumowania. W parze z tym szło przekonanie, że rozum ludzki zdolny jest poznawać strukturę świata. Oto, co twierdzą wyznawcy wizji opatrznościowej: scholastyka była przygotowaniem do pojawienia się nauki w naszym nowoczesnym znaczeniu, czyli podstawą kolejnych odkryć. A wszystko to odbywało się na małym skrawku Europy Zachodniej. Rewolucja naukowo-techniczna zatriumfowała stopniowo na obszarach całego globu i w tym sensie nastąpiło olbrzymie zwycięstwo Europy, a sięgając wstecz, zwycięstwo chrześcijaństwa w Rzymie. Wizja ta jest droga papieżowi Janowi Pawłowi II. Czyż nie powiedział do nas na seminarium w Castel Gandolfo, w sierpniu 1987, poświęconym Europie („Europa i jej konsekwencje”): „No widzicie, co wynikło z decyzji świętego Piotra przeniesienia się do Rzymu”.
I trzeba przyznać, że rozszerzenie się chrześcijaństwa w imperium rzymskim było zdumiewającym zjawiskiem o zdumiewających konsekwencjach. Sprzężenie losów Rzymu z losami chrześcijaństwa może stanowić materiał do nieskończonych rozmyślań. Gdyby Gibbon miał rację, przypisując chrześcijaństwu upadek Cesarstwa Rzymskiego, to można byłoby rzec, że Rzym spotkała w ten sposób słuszna kara za jego okrucieństwa i terror w krajach okupowanych. Wprawdzie Mesjasz nie stał się Królem Żydowskim i nie wyzwolił Palestyny spod okupacji, jak oczekiwano, ale przez powiedzenie: „Królestwo moje nie jest z tego świata” i przyjęcie śmierci na krzyżu o wiele potężniej wstrząsnął posadami imperium. Gibbon pewnie mylił się, ale wizja opatrznościowa zakłada uniwersalną rolę Rzymu jako państwa równego ówczesnemu światu.

*

Łacina była długo w Europie językiem tych, którzy umieli czytać i pisać, tj. duchownych. Łacina też była językiem nabożeństw i kazań najpierw w niej pisanych, następnie tłumaczonych na miejscowy język ludu. W tym chrześcijańska Europa Zachodnia stanowiła jeden organizm i jej dalekie kresy, na przykład Polska, nie różniły się zbytnio od centrów. Wkrótce też łacina stała się szerzej znana, bo służyła za język szkolnictwa i cała historia Polski począwszy od kroniki Galla to przecie pisma i mowy po łacinie, aż po kolegia jezuickie Rzeczypospolitej i styl polskiej prozy, przeplatanej łacińskimi wyrażeniami. Wreszcie przyszło dziewiętnastowieczne gimnazjum, którego model wypracowano w Niemczech, i wybitna w nim pozycja łacinnika.
Plemię łacinników zasługiwałoby na szczegółowe opisanie jego dziejów, bo gimnazjum było instytucją obejmującą geograficznie ogromne połacie, również całą Rosję. Było to plemię nie tylko zażartych wielbicieli łacińskich tekstów, bo także historii Rzymu i rzymskich cnót. A lekcje ich nie ograniczały się do nauki języka. Rzec można, że to poprzez gimnazjum i lekcje łaciny Rosja XIX wieku stawała się europejska. Wykształcenie klasyczne przysparzało jednak kłopotów carskim władzom. Z różnych powodów w pewnym momencie postarano się łacinę ograniczyć, wprowadzając więcej nauk przyrodniczych. Niestety, miało to skutek ujemny, bo prowadziło do czytania Darwina i do ateizmu, co natychmiast kierowało młodych inteligentów ku marzeniom o rewolucji. Więc znów zmniejszano ilość lekcji przyrodniczych i zwiększano czas na lekcje łaciny.
Łacina w Europie przetrwała jako język uczonych, rywalizując ze wstępującym francuskim. Leibniz pisał po francusku, ale w Szwecji Swedenborg i Linneusz po łacinie. Zwłaszcza korzystały z łaciny kraje o językach mniej znanych, jak Szwecja i Holandia. Co prawda w XX wieku już do rzadkości należała ta holenderska katolicka szkoła, której uczniowie posunęli tak daleko znajomość łaciny, że układali w niej humorystyczne wiersze na aktualne tematy, co sam w latach 50. obserwowałem. I w Kościele katolickim, aż do Vaticanum Secundum, łacina pozostawała językiem liturgii, a zastąpienie jej językami narodowymi można chyba uznać za kres wielowiekowego triumfu języka, który przetrwał upadek imperium.

*

Nie wydaje się, żeby Gibbon nam wyjaśnił, jak to było z początkiem chrześcijaństwa. Oczywiście można i dziś powiedzieć, że dla racjonalnych Rzymian chrześcijaństwo było zabobonem. Czy też, jak wyraził się Joseph Conrad, „baśnią orientalną”. Ale Poncjusz Piłat, sceptyk, który pytał: „cóż jest prawda”, nie był reprezentatywny dla przeróżnych ludów zamieszkujących imperium. Bogowie na Olimpie byli na pewno bardziej realni w czasach Homera niż później i coraz bardziej wiedli egzystencję, by tak rzec, semantyczną. Podczas gdy religia obrzędowa była mocno zakorzeniona w życiu każdej polis i publiczne obrzędy, nabożeństwa, procesje konsolidowały lokalny patriotyzm, a koszta zakupu zwierząt ofiarnych pokrywali najbogatsi obywatele uważając to za zaszczyt i prześcigając się w hojności. Granica pomiędzy tym, co zwyczajne i tym, co cudowne nie była wyraźna i łatwo było spotkać któregoś z bogów pod postacią człowieka. Zdarzały się cudowne zjawienia i boskie interwencje, ocalenia i uzdrowienia. Pielgrzymowano też gromadnie do miejsc świętych słynących z cudów. 
Ten porządek rzeczy trwał bardzo długo, przemijały wieki, a nie ustawała ludzka potrzeba pomocy sił nadprzyrodzonych. I kiedy Gibbon mówi o upadku dawnej religii, trzeba pomyśleć o tym obrzędowym życiu miast i prowincji trwającym w rzymskim imperium mniej więcej tyle czasu, ile nas dzieli od epoki Dantego. Trudno zresztą wyznaczyć granicę, kiedy kończy się Rzym pogański, a zaczyna chrześcijański. Konstantyn popierał chrześcijaństwo, brał nawet czynny udział w Soborze Nicejskim (325), choć pogańskość trwała jeszcze w najlepsze w roku 400.

*

Wykształceni Rzymianie, tacy jak Poncjusz Piłat, mieli po swojej stronie filozofię, która bez bogów się obywała. Filozofia grecka ukształtowana w III i w IV wieku przed naszą erą przez kilka wieków drążyła umysły Rzymian, zdobywców i panów pokonanej Grecji. Myślenie poetów rzymskich tzw. „złotego wieku” jest już greckie, naznaczone przede wszystkim wpływem szkół stoików i epikurejczyków. Najbardziej chyba znamienny w tym względzie jest obszerny poemat-traktat Lukrecjusza „De rerum natura” stanowiący wykład filozofii materialistycznej w duchu Demokryta oraz wręcz negujący istnienie bogów.

*

Kiedy tak dużo mówi się o tradycji śródziemnomorskiej, warto zadać parę pytań. Czy naprawdę potrafimy myśleć o starożytnym Rzymie tak jak myślał Gibbon? Nasze doświadczenia z imperiami nie były dobre. I teraz lepiej możemy pojąć, co czuły ludy podbijane przez okrutnych kolonizatorów. Wiemy też, że to, co pisarze rzymscy opowiadali o podbitych ludach, nie było prawdziwe. Ale oprócz ich świadectw żadne inne nie przetrwały i głos silnych pozostał jedyną wieścią o słabych. Toteż skłonni jesteśmy przyznać sporo słuszności opiniom Simone Weil, która uważała Rzym cesarski za potworną totalitarną bestię oddaną kultowi samej siebie i ukaraną przez podrzędność swojej literatury w porównaniu z literaturą grecką. Dla Simone Weil „Eneida” była przykładem tej podrzędności, gdy zestawimy ją z „lliadą” i „Odyseją”.
To prawda, w Rzymie cesarskim pojawia się po raz pierwszy kultura masowa, ale na czym polegająca? Na igrzyskach, których treścią była śmierć oglądana publicznie, czyli zapasy gladiatorów, oraz seks, czyli teatr naturalistyczny z kopulacjami na scenie. I jakby rzutowaniem tych igrzysk na zewnątrz, na podbijane prowincje, były masowe rzezie nieposłusznych tubylców. Praktyką rzymską było też wymierzanie kar nie przez egzekucje, bo samą karę śmierci uważano za niedostatecznie dotkliwą, wyższym stopniem była śmierć w męce, przez ukrzyżowanie. Po rewolucji Spartakusa wzdłuż dróg stały rzędy krzyży z rozpiętymi na nich niewolnikami, uczestnikami rebelii. Przeciwnicy rozumu, czyli chrześcijanie, według Gibbona, mieli więc niejakie powody, żeby imperium nie lubić, a nawet uważać je za imperium zła. Obraz Babilonu, wielkiej wszetecznicy w „Apokalipsie” św. Jana, jest przecie metaforą Rzymu. Zresztą nie jesteśmy tutaj daleko od polskiego romantyzmu i dzieł Mickiewicza oraz Krasińskiego, gdzie obraz wielkiej wszetecznicy jest przeniesiony na Cesarstwo Rosyjskie.

*

W samym pogańskim Rzymie nie było jednak dobrze z samopoczuciem. Nie znano wtedy pojęcia kierunku historii, ale mocno wierzono w cykliczność i w lepszość czasów dawnych. Najpierw miał być wiek złoty, potem srebrny, potem brązowy, potem żelazny. A schyłkowość, o której mówi Gibbon, w jakiś sposób unosiła się w powietrzu i tłumaczono ją tym, że zbliżał się do końca wiek żelazny, i nawet IV ekloga Wergiliusza przepowiadała jakiś nowy początek.
Możliwe, że kiedy ludzie przekonają się o swojej dekadencji, jak w pewnym momencie Rzymianie, wkrótce następuje koniec. Bo przecie chrześcijaństwo było religią obwieszczającą koniec świata. Pierwsi chrześcijanie wierzyli, że czasy się dopełniły, skoro przyszedł zapowiadany Mesjasz i przybliżyło się Królestwo Boże. Ten wymiar eschatologiczny przyniesiony ze Wschodu dawał Rzymianom nadzieję radykalnego rozwiązania i końca dręczącej ich nudy. Co prawda ten wymiar historii jako obietnicy był obcym elementem i plemienny bóg żydowski, Jehowa, raził wczesnych wyznawców chrześcijaństwa, stąd już w II wieku herezja Marcjona przeciwstawiająca Nowy Testament Staremu.

*

Dlaczego Gibbon uważa chrześcijaństwo za truciznę, która rozłożyła imperium? Być może skłoniła go do tego jednostronność zachodniego Europejczyka. Konstantyn ogłosił chrześcijaństwo religią państwową i skonsolidował w ten sposób imperium wschodnie, czyli Bizancjum, które przetrwało upadek Rzymu. Więc religia chrześcijańska wcale nie musiała być zabójcza dla organizacji państwowych. Wolno co prawda przypomnieć, że połączenie władzy świeckiej i duchowej w Bizancjum, czyli tak zwany cezaropapizm, nie najlepiej przysłużył się samemu chrześcijaństwu.

*

Gibbon, wierny oświeceniowemu kultowi starożytności, opisuje z widoczną odrazą niszczenie zabytków sztuki przez chrześcijan, czyli rozbijanie posągów bóstw, świątyń, ołtarzy. Były to hordy wyprawiające się w celu niszczenia na prowincję, bo chrześcijaństwo rodziło się w miastach. A wieśniacy czyli pagani byli konserwatywni i przywiązani do dawnych bóstw, stąd też nazwa poganie. Ale ci fanatyczni wyznawcy wcale nie myśleli, że niszczą dzieła sztuki, nad których utratą będą w ileś tam wieków później ubolewać esteci. Dla nich po prostu były to dowody ludzkiego błędu, wiary w moc sprawczą bezdusznych kawałów marmuru ociosanych ludzką ręką. Pomiędzy końcem starożytnej sztuki i początkiem sztuki chrześcijańskiej rozpościera się okres likwidacji, nie – tworzenia. Zresztą równolegle z postępami chrześcijaństwa dokonuje się w Rzymie osłabienie estetycznych wymagań, o czym wspomina „nasz Gibbon”, bo tak w pewnym sensie można nazwać człowieka Oświecenia, Jerzego Stempowskiego. Zauważył on w którymś z esejów o starożytnym Rzymie, że świadczą o tym litery ryte w kamieniu. Kiedyś mocne, jasne w linii, stopniowo stają się chwiejne i koślawe.

*

Pozwólmy sobie wyrazić zdumienie, Gibbonowi obce. Dlaczego nawrócona na chrześcijaństwo Europa tak słabo poczynała sobie ze stworzeniem prawdziwie chrześcijańskiej poezji? Czy tak znowu wiele wspólnego z chrześcijaństwem mają pieśni rycerskie o rozbijaniu sobie głów mieczami? Przeciwnikiem mogą być baśniowe potwory albo muzułmanie: „Beowulf”, „Pieśń o Rolandzie”. Wszystko to są utwory na cześć cnoty męskiej, czyli odwagi. Tak, owszem, pojawia się poezja trubadurów prowansalskich i wyrastająca z niej „Boska Komedia” Dantego, na cześć pięknej pani, miłości ziemskiej, która przekształca się w miłość niebiańską. Ale poezja europejska naprawdę wywodzi się z odkrycia i naśladowania poetów rzymskich „złotego wieku”, czyli poezji pogańskiej. A światopogląd zaczerpnięty ze stoików i epikurejczyków kształtuje przecież wersy Horacego i Owidiusza. Jakże więc to się stało? Dlaczego władze kościelne nie zabroniły tak szkodliwego „importu” spoza wieków? Co prawda klasztory starały się te teksty cenzurować, a właśnie tam, wśród mnichów znających łacinę, tkwiły zalążki zarazy.
A polska poezja? Czyż nie jesteśmy spadkobiercami dwujęzycznego Jana Kochanowskiego, który w znacznej części swego dorobku po prostu Horacego imitował? Jezuici podejrzewali, że w swojej poezji był w istocie protestantem, ale jakoś nie uchodziło już zapytać o jego stoickie i epikurejskie treści.
Uzasadnione jest nasze zdziwienie, kiedy czytamy Kochanowskiego. Poeta chrześcijański, a tak bliski poetom łacińskim, jakby nie dzielił go od nich olbrzymi przewrót religijny i światopoglądowy. Nie, jednak podkreślanie ciągłości musi mieć swoje granice, bo poezja Europy chrześcijańskiej wniosła coś, co w starożytnym Rzymie nie istniało. Było to przede wszystkim nowe wyobrażenie zaświatów. 
W „Odysei” czy w „Eneidzie” Wergiliusza świat umarłych mieści się pod ziemią: jest to Hades, odpowiednik żydowskiego Szeolu, kraina cieni, podziemna rzeka Styks, przewoźnik Charon ze swoją łodzią, źródło Lety, dające zapomnienie o życiu przeszłym, czy też Pola Elizejskie, po których błądzą dusze sprawiedliwych. Wszystko to przekształciło się u chrześcijan w obrazy podziemnego piekła, co prawda z dodatkiem wyrafinowanych kar piekielnych zadawanych duszom przez istoty złośliwe, rogate, włochate i ogoniaste – diabły. Pojawia się jednak w chrześcijaństwie i nowy wymiar nieba, jako ogromnej powietrznej przestrzeni, a ucieleśnieniem tego wzlotu i wzniosłości staje się architektura gotyckich katedr. Rzymianom jakoś nigdy nie przychodziło do głowy dźwigać kolumn gubiących się gdzieś w górze i kierujących nasz wzrok ku strzelistym dalom. Zbawienie równało się wzlotowi duszy w regiony niebiańskie i niemało tutaj zaważył obraz wniebowstąpienia Pańskiego w Ewangelii. Poezja chrześcijańska zagospodarowuje te dwie przestrzenie, górną i dolną, czego wzorem jest dantejskie Inferno, Purgatorio i Paradiso. Piekło jest pod ziemią, ale już czyściec jest stopniowym wznoszeniem się, aż następnie wstępuje się na górę Raju.
Nowa problematyka słabo obecna w pogańskim Rzymie to dramat zbawienia i potępienia duszy, połączony ze wznoszeniem się i spadaniem po linii pionowej, opisywany w wielkich dziełach poetyckich cywilizacji zachodniej: w „Boskiej Komedii” Dantego, w „Raju utraconym” Miltona, i w „Fauście” Goethego.

*

Kiedy po upadku Cesarstwa Rzymskiego Europa Zachodnia pogrążała się w chaosie błądzących plemion, w Bizancjum kwitły nauki i sztuki, wspierane ciągłością myśli greckiej przechowywanej w olbrzymich zbiorach rękopisów. Tak w każdym razie mówią nasze podręczniki historii.
Trzeba tu jednak zwrócić uwagę na pewne mylne wyobrażenia wynikające z podziału dziejów na gładko odgraniczone okresy. Gibbon zdaje się łączyć koniec Rzymu z najazdami barbarzyńców, ale tutaj przypominają mi się książki, które czytałem o życiu prowincji rzymskich długo po upadku Rzymu. Gdzieś w okolicach 650 roku, a więc kiedy zawaliło się centrum, na wsi, na południu Galii, wszystko odbywało się jakby nigdy nic: polowania, uczty, wesela, i widać tutaj różnicę pomiędzy rytmem życia zwykłych ludzi a toczącą się na szczytach walką w centrach władzy. Załóżmy jednak, że historycy mają rację przeciwstawiając nędzne początki Europy Zachodniej obfitej kulturze Bizancjum.
Pozostaje pytanie, dlaczego w naszej świadomości, widocznie stronniczo prozachodniej, Bizancjum tak mało istnieje? Pokażcie mi, pisał jakiś konserwatywny Rosjanin, bodaj Leontjew, inne państwo, które trwałoby tysiąc lat, nie ulegając żadnym poważniejszym wewnętrznym zmianom. Ale my prawie nic o nim nie wiemy, najwyżej coś słyszeliśmy o ikonoklazmie, który to ruch wymierzony przeciwko pokazywaniu postaci ludzkich w malarstwie i rzeźbie szerzył się w VIII i IX wieku, zniszczył wiele dzieł sztuki, ale nie zapobiegł najwyższym osiągnięciom artystycznym wschodniego chrześcijaństwa, czyli sztuce ikony.
Cesarstwo Wschodnie, w przeciwieństwie do Zachodniego, nie zostawiło jednak spadku w postaci języka. Emigracyjny historyk rosyjski Fiedotow przypuszcza nawet, że gdyby greka stała się językiem liturgii i ksiąg świętych Kościoła prawosławnego, inaczej potoczyłaby się historia Rusi. Z tego względu być może gorliwość dwóch braci, Cyryla i Metodego, była niedźwiedzią przysługą. Przetłumaczyli oni Pismo Święte na język starobułgarski, który, zwany starocerkiewnosłowiańskim, stał się na wiele wieków językiem prawosławia. Duchowieństwo wschodnie nie musiało się więc uczyć greki, a tym samym traciło dostęp do skarbów kulturalnych przeszłości. Tutaj moglibyśmy snuć rozmaite przypuszczenia, na przykład o powodach odejścia rosyjskiej inteligencji od chrześcijaństwa i o bardziej zawikłanych stosunkach polskiej inteligencji z Kościołem rzymskokatolickim.

*

Właściwie snuję tu rozważania na marginesie Gibbona, żeby wracać na moje podwórko, czyli do dziedziny sztuk wyobraźni.
Rzym starożytny był niemal niewyczerpanym źródłem tematów dla dramaturgów, powieściopisarzy i w pewnym okresie również dla malarzy. W domu, w którym się urodziłem, wisiał na ścianie sztych Siemiradzkiego „Pochodnie Nerona”. Siemiradzki szedł wtedy za ogólnoeuropejską modą. Najbardziej znanym w Europie malarzem wielkich płócien o Rzymie, Pompei itp. był Holender Alma Tadema. Za tą modą poszedł również Sienkiewicz pisząc „Quo vadis”, największy europejski bestseller początku XX wieku. Oczywiście jako dziecko przeżywałem różne literackie ujęcia męczeństwa chrześcijan, ale nie myślę, że przeraźliwość ludzkiej męki była dla mnie wtedy tak wyobrażalna, jak jest dzisiaj.
„Quo vadis” zawdzięczało swój rozgłos apelującemu do uczuć czytelnika podziałowi na zło i dobro, zło Rzymu i dobro chrześcijaństwa. Ciekawe, że było to dokładnie odwrotne do podziału oświeceniowego, jak u Gibbona, dla którego męczeństwo chrześcijan było jedynie godnym podziwu fanatyzmem. Zresztą pojawienie się miar odwrotnych do miar Oświecenia zasługiwałoby na refleksję. A mamy tutaj do pomocy także przemianę obyczajową. Na przykład: damy wychowane w sceptycyzmie oświeceniowym ze zdumieniem i ironią przypatrywały się pruderii swoich wnuczek, które nie umiały tak lekko traktować seksu jak one. A przemiana dokonywała się nieraz w obrębie jednego życia, jak wiemy z biografii Mickiewicza, tłumaczącego w młodości niezbyt przyzwoite utwory Woltera, a następnie wcielającego się w postać wzdychacza – Gustawa.
„Quo vadis” zapewne nie spotkałoby się z przychylną oceną Gibbona i pod jednym może względem miałby rację, bo temu Rzymowi Sienkiewicza brakuje, by tak rzec, gęstości. Gdyby jakiś reżyser filmowy chciał odtworzyć aurę starożytnego Rzymu, poleciłbym mu inny utwór polski – „Quidam” Norwida. Tam jest cała druga warstwa pod życiem codziennym, rodzaj podziemia różnych religii i filozofii, z których chrześcijaństwo było jedynie wąskim strumyczkiem. Akcja poematu „Quidam”, przypomnijmy, dzieje się wtedy, kiedy w Palestynie toczy się wojna Machabeuszy przeciwko rzymskim okupantom. Wydarzenia w odległej prowincji nie zaprzątały uwagi mieszkańców Rzymu, a jednak istniało tam też całe żydowskie podziemie reagujące na wieści z okupowanego kraju. Równocześnie działali w Rzymie platonicy greccy, stanowiący niejako odrębne wyznanie wtajemniczonych, chroniących się od rzymskiego motłochu.
Prawdopodobnie jednak taki film nie odniósłby sukcesu, a nawet, jak to zwykle bywa, kiedy brak wyraźnych podziałów na bohaterów pozytywnych i negatywnych, mógłby być słaby artystycznie, co zdarza się reżyserom uciekającym od kultury masowej w artystyczne walory.
Rzym starożytny miał potężną moc mitotwórczą we wszelkich pomysłach historiozoficznych. W XX wieku nie raz przeprowadzano analogie pomiędzy Cesarstwem Rzymskim i molochem kapitalizmu. W takim przypadku rola pierwszych chrześcijan przypadała komunistom. Zresztą sami komuniści zastanawiali się, dlaczego propaganda apostołów chrześcijańskich była tak skuteczna. A nawet wprowadzano (jak w moim „Zniewolonym umyśle”) pojęcie pogan dojrzewających do nawrócenia na chrześcijaństwo, tak jak komuniści patrzyli na swoich sympatyków prawie gotowych nawrócić się na ewangelię Marksa. Ale i upadek Rzymu służył w XX wieku jako analogia upadku cywilizacji europejskiej podbijanej przez Hitlera i Stalina. W Polsce, włączonej, zdawałoby się, na stałe w imperium wschodnie, przeprowadzano nieraz milczące albo nawet półjawne porównanie z czasami upadku cywilizacji rzymskiej pod naporem barbarzyńców. Chodziło o przetrzymanie i przechowanie pewnych wartości. Te elementy występują u pisarzy katolickich, jak Hanna Malewska, czy też u historyka Witolda Kuli.
Zdawałoby się, że odpływ łaciny ze szkoły musi zakończyć długi rozdział odwołań do Rzymu w literaturze. Ale oto mamy „Śmierć Wergilego” Hermana Brocha, „Pamiętniki Hadriana” Marguerite Yourcenar. Być może i Broch, i Yourcenar to jeszcze uczniowie licealnych łacinników. Gibbona zastanawiała tajemnica duchowego podboju Cesarstwa przez chrześcijaństwo. I w istocie jest to tym bardziej zagadkowe, im więcej wiemy o konkurujących wtedy ze sobą wschodnich religiach, następnie wobec chrześcijaństwa heretyckich, jak marcjonizm i manicheizm. I chyba właśnie te linie styku rzymskości i chrześcijaństwa są nadal najbardziej płodne w literaturze naszych czasów.
Tutaj zastanawia większa intensywność uczuciowa Rosji niż Zachodu. Kiedy umarł T. S. Eliot, jedynym poetą, który napisał elegię na jego śmierć, był poeta rosyjski Josif Brodski, a powieściopisarzem, który głęboko przeżywał dramat Jezusa i, w jego ujęciu, Piłata, był Rosjanin, Michał Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie”. Co prawda tutaj też można rzec, że Bułhakowa jeszcze wychowali rosyjscy łacinnicy, ale pewnie bardziej rosyjska Cerkiew. W jego powieści zastanawia fascynacja rosyjskiego inteligenta całym dziedzictwem chrześcijańskiej wyobraźni, ale przede wszystkim samym tekstem Ewangelii. Okupowana przez Rzymian Jerozolima jest w jego książce tak żywa i tak niemal dotykalna, a Piłat, pokutujący przez wieki za moment tchórzostwa, tak monumentalny, że nasuwa to pytanie, dlaczego tego rodzaju dzieło powstało w ateistycznej Rosji, a nie na nominalnie chrześcijańskim Zachodzie. Zważmy też, że w całym przedsięwzięciu Bułhakowa silny jest pierwiastek agnostycyzmu, jakby mówienie o religii wymagało równych proporcji wiary i niewiary, balansowania na samej krawędzi.
Daleko odeszliśmy od oświeceniowych oczywistości i dzieje schrystianizowania Rzymu ukazują się nam coraz to inaczej, w każdym stuleciu jakby na nowo. Ale może warto było przypomnieć o wielkim angielskim historyku. 






Gibbon po polsku

Wielkie dzieło Edwarda Gibbona, które opowiada o dziejach Cesarstwa aż do upadku Konstantynopola, nie ukazało się dotąd w Polsce w całości. Kilkakrotnie – po raz pierwszy w 1960 roku – wydano tomy początkowe, pod tytułem „Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego” (Państwowy Instytut Wydawniczy, tłum. Stanisław Kryński i Zofia Kierszys). W roku 2000, również nakładem PIW-u, w przekładzie Ireny Szymańskiej, ukazał się tom następny – „Upadek Cesarstwa Rzymskiego na Zachodzie”, zamknięty symboliczną datą roku 476, kiedy władzę utracił ostatni cesarz Zachodu Romulus Augustulus. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl