LISTY





Nie obalajcie legend


Po przeczytaniu tekstu ks. Jana Kracika „Jak Władysław Opolczyk Jasnej Góry nie fundował” („TP” nr 42/2002) zrobiło mi się smutno. Czy koniecznie trzeba obalać legendy? Czy trzeba je sprawdzać? Chyba nie. Przecież są to religijne baśnie. Na Jasnej Górze najważniejsze jest to, że Częstochowska Pani upodobała sobie chyba to miejsce, skoro przy Jej ołtarzu dzieją się cuda i zdarzają się uzdrowienia. Zostawmy więc Jasną Górę tam, w obłokach legendy. Zresztą każda legenda zawiera coś prawdziwego. W legendzie o św. Łukaszu prawdą jest, że był nie tylko lekarzem, ale i artystą. Jego pióro dało nam najpiękniejszą stylem Ewangelię, której obrazy usiłowali potem malarze uwiecznić na płótnie. A w legendzie o św. Mikołaju – musiał świątobliwy biskup być naprawdę wyjątkowym dawcą pomocy dla najbiedniejszych, skoro dotychczas jego pamięć czcimy, naśladując gest darmowego dawania. 
Jestem weteranem „Tygodnika” – czytam Was od blisko 50 lat i nie wyobrażam sobie tygodnia bez „Tygodnika”. Życzę Wam, żeby pozostał „Powszechny”.
 


NINA BOŁASZEWSKA
(Vancouver, Kanada) 





Wyborcy mają rację

Jestem Polką od 20 lat mieszkającą w Irlandii i wieloletnią czytelniczką „TP”. Gratuluję artykułu Klausa Bachmanna „Diabelska alternatywa”, opublikowanego przed referendum w Irlandii („TP” nr 42/2002). Gdy Irlandczycy odrzucili traktat nicejski w pierwszym referendum, w czerwcu 2001 r., „TP” zamieścił komentarz pana Marka Orzechowskiego („TP” nr 24/2001), który pisał o niewiedzy, narodowych egoizmach i niesłuszności oddawania „wielkiego projektu europejskiego” pod referendum. Nic bardziej mylnego! Słusznie napisał pan Bachmann, że niepowodzenie pierwszego głosowania spowodowała fatalna kampania przed referendum (establishment polityczny potraktował wyborców lekceważąco zakładając, że referendum na pewno zakończy się sukcesem). Przeciętnego Irlandczyka, który na ogół jest osobą wykształconą i interesuje się kwestiami społeczno-politycznymi, irytowało to. Niepokoiła też pogłębiająca się przepaść między brukselską „centralą” z jej polityczną elitą i biurokracją, a szarym Irlandczykiem. Przemawiając w Dublinie w grudniu 2001 r. (podczas belgijskiej prezydentury w Unii), premier Belgii powiedział: „Wyborcy na ogół mają rację. Głosujący zwykle nie oddają głosów za to, co osiągnęli, lecz na to, co ma im przynieść przyszłość”.
Dwa tygodnie po pierwszym referendum Irlandię odwiedził Romano Prodi. Na początku wizyty podkreślił, że przyjechał po to, aby słuchać; chce zrozumieć, dlaczego Irlandia odrzuciła traktat; wie, że Irlandczycy nie są jedynym społeczeństwem europejskim, które niepokoi kierunek rozwoju Unii.
Konwent obradujący o przyszłości Europy powołano podczas szczytu w Laeken. Aby przeprowadzić szeroko zakrojoną debatę i kampanię informacyjną o Unii utworzono w Irlandii Forum Europejskie, które początkowo obradowało w dublińskim zamku, natomiast sześć tygodni przed drugim referendum ruszyło w teren. Publiczna debata o Unii, prowadzona w zdrowej i otwartej atmosferze, objęła całą wyspę. Na efekty nie trzeba było czekać. Frekwencja w referendum 19 października wyniosła niecałe 50 proc., ale w Dublinie (gdzie mieszka trzecia część społeczeństwa) dochodziła do 65 proc., z wynikiem „tak” – 68,7 proc. Ani jeden okręg wyborczy nie opowiedział się przeciw ratyfikacji traktatu nicejskiego.
Jan Kułakowski słusznie mówi, że „Irlandczycy najbardziej skorzystali na wejściu do Unii Europejskiej” („TP” nr 42/2002). Należy jednak podkreślić, że duże fundusze z brukselskiej kasy zaczęły płynąć na zieloną wyspę dopiero parę lat po wejściu Irlandii do Unii oraz to, że Irlandczycy znakomicie je zainwestowali. Nie zmarnowano ani centa. Myślę, że Polacy sporo by mogli z doświadczenia irlandzkiego przeszczepić na własne podwórko.


HANNA DOWLING
(Dublin, Irlandia)






Strategia gościa

Konsumpcja, o której m.in. pisze prof. Tadeusz Sławek w tekście „O trudnej sztuce jedzenia” („TP” 43/2002), nie polega już tylko na korzystaniu z dobrodziejstw rynku. Stała się ona sposobem afiszowania statusu materialnego oraz, jak nazwał to zjawisko Zygmunt Bauman, zaspokajaniem sztucznie wytworzonych potrzeb. Konsumpcja jest też sposobem spędzania wolnego czasu (Francuzi nazwali to zjawisko faire du lčche-vitrine, tłumacząc brzydko, acz dosłownie – „lizaniem witryn”). Wystarczy przejrzeć statystyki, pokazujące liczbę Polaków żyjących na kredyt, który zaciągnęli nie tylko po to, by opłacić studia, kupić mieszkanie albo przeżyć do pierwszego. Częstszym powodem jest chęć kupna pralki, bo sąsiadka ma lepszą, a przede wszystkim nową. Młodzi ludzie w tramwajach rozmawiają o najnowszych modelach i parametrach telefonów komórkowych, chociaż w kieszeni brzęczy im nadchodzący SMS. Ci, którzy jeżdżą samochodami, ulegają napadom wściekłości, bo przecież po to kupili nowy, by być wszędzie szybciej. Szkoda tylko, że dróg brak. Podział na biednych i bogatych jest coraz widoczniejszy.
Zygmunt Bauman, pisząc o ponowoczesnych stylach życia, wymieniał pielgrzyma, spacerowicza i turystę. Ten ostatni zdaje się dominować w naszym społeczeństwie. Nie kształcimy się, tylko „zdobywamy” wiedzę, która nie jest już, nawet na uniwersytetach, smakowana i poszukiwana, ale kupowana, wyszukiwana na stronach internetowych, pożerana jak jedno z dóbr konsumpcyjnych. Nie zawsze wiedzy towarzyszą umiejętności zawodowe. Na dodatek najlepsi opuszczają kraj. Słyszymy o polskich lekarzach, świetnie dających sobie radę w Szwecji, polskich informatykach pracujących w USA i fizykach we Francji. Może to kolejna emigracja, tym razem naukowa?
Moi sąsiedzi kupili mieszkanie pod Poznaniem, bo w Sopocie nie mogli znaleźć pracy. Dojeżdżają. Sąsiad znalazł pracę w Warszawie, rodzina widzi go tylko w weekendy. Jak to pogodzić z ideą rozwijania w sobie dyspozycji do przekładania dobra nad powodzenie? Młodych ludzi po zakończeniu edukacji wrzuca się do społecznego młyna obietnic wyborczych, działań polityków nie przystających do tego, co młodych spotyka i zmusza do rozpychania się łokciami. Młodzi zaczynają żyć według „strategii gościa”: nigdzie, z nikim, nie u siebie. Wymogi rynku pracy, widmo bezrobocia, a dla niektórych nuda są stymulatorami kształcenia. Praca stała się towarem i dlatego ruch w przestrzeni społecznej (poszukiwanie pracy, zmiana miejsca zamieszkania) nie podlega planom i nie opiera się na wolności wyboru, tylko jest przymusem.


ALEKSANDRA BAULT
(Poznań)





Sprostowanie

W poprzednim numerze „TP” (nr 46/2002), informując o przyznanej Czesławowi Miłoszowi i Tomasowi Venclovie Nagrodzie Obojga Narodów, omyłkowo podaliśmy, że jednym z poprzednich jej laureatów był Bohdan Osadczuk, a nie – jak było w rzeczywistości – BOHDAN CYWIŃSKI. Za błąd wszystkich zainteresowanych przepraszamy.


REDAKCJA „TP”












LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 46 (2784), 17 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl