Mądrość i głupota polityków


Kiepscy na dobre i na złe

Marcin Król



Dlaczego w jednym państwie (na przykład w Polsce) ma się poczucie, że olbrzymia większość polityków jest głupia? A w innych (na przykład w Stanach Zjednoczonych), że wielu z nich poważnie rozważa, co jest najlepsze dla kraju i społeczeństwa w danym momencie historycznym? 


Przeglądam sławną już książkę Boba Woodwarda „Bush at War” i się zdumiewam. Nie warto nawet wspominać o włożonej w nią pracy dziennikarskiej i znanych powszechnie talentach wielkiego reportera, zadziwia jednak inteligencja i mądrość amerykańskich polityków opisywanych przez znakomitego dziennikarza, którzy przecież tak znowu mądrzy i inteligentni wcale nie są, a już na pewno nie bardziej niż politycy w innych demokratycznych krajach. Mówimy tu nie tyle o osobistej inteligencji i mądrości, ile o cechach osoby publicznej. 
Jednym z najciekawszych fragmentów książki Woodwarda jest opis sporu między wiceprezydentem Dickiem Cheneyem i sekretarzem obrony Donaldem Rumsfeldem z jednej strony, a sekretarzem stanu Colinem Powellem i jego zwolennikami z drugiej. Pierwsi byli zwolennikami natychmiastowego ataku na Irak i nieczekania na decyzje ONZ. Powell natomiast chciał pozyskać poparcie ONZ, a przede wszystkim Rosji. Prezydent George W. Bush po długim namyśle uznał racje Powella i – jak na razie – okazała się to decyzja słuszna. Nie chodzi wszakże o to, kto miał rację, bo przyszłość może jeszcze sprawić wiele niespodzianek, lecz o tryb podejmowania decyzji, jasność, między czym się wybiera i zdecydowanie, że wybór musi być dokonany i trzeba stanąć bez wahań po jednej stronie. 

Co polityk robi z mandatem?

Wyobraźmy to sobie w Polsce. Oto trzeba podjąć decyzję, zasadniczą, w sprawie prywatyzacji polskich koncernów benzynowych lub zdecydowanej walki z bezrobociem. Gdyby miało to wyglądać podobnie jak w USA, społeczeństwo powinno wiedzieć, jakie są ewentualności i ich prawdopodobne konsekwencje, kto w rządzie popiera jakie rozwiązanie i czyich rad premier gotów jest wysłuchać (proszę darować brak poprawności politycznej, ale jakoś nie wyobrażam sobie, żeby którykolwiek z polskich polityków posłuchał rad mądrzejszego od siebie Murzyna). Wreszcie, kto ze świata intelektualnego, który z wybitnych polskich specjalistów, profesorów czy publicystów jest zwolennikiem lub przeciwnikiem danego rozwiązania. W Ameryce intelektualiści nie pozostali obojętni na sprawę wojny z Irakiem i dokonywali wyborów czasem zaskakujących, a większość z nich, mimo zasadniczo lewicowych tendencji, poparła stanowisko prezydenta.
Politycy amerykańscy jawią się nam jako mądrzy, ponieważ spełniono oczekiwania niesłychanie istotne dla demokracji. Otóż demokracja, a w każdym razie demokracja współczesna, od dość dawna nie jest już formą władzy ludu. Straciliśmy złudzenia co do tego, że mamy codzienny i bezpośredni wpływ na postępowanie władzy ustawodawczej i wykonawczej. Demokracja jest najczęściej biurokratycznym mechanizmem, który zapewnia nienajgorsze rozwiązania mniej lub bardziej ważnych spraw. Najczęściej, ale nie zawsze. Bywają momenty trudne lub nawet dramatyczne. Wtedy od przywódców krajów demokratycznych oczekujemy tego, co należy do fundamentów demokracji, czyli jasnych decyzji ustalanych w porozumieniu z innymi władzami i opinią publiczną. Ewentualność wojny jest sytuacją niewątpliwie dramatyczną, ale sytuacja w Polsce: bezrobocie, opłakany stan partii politycznych i zamieszanie w głowach wyborców, niemal powszechna akceptacja haseł populistycznych, przypomina najbardziej gorące okresy w historii dwudziestowiecznych demokracji. W Polsce nie mamy dziś do czynienia z codzienną demokratyczną mitręgą, lecz mamy – lub raczej powinniśmy mieć – do czynienia z zasadniczym rozważaniem losów kraju i podejmowaniem decyzji, które mogą poważnie wpłynąć na naszą przyszłość. W takich sytuacjach nie można oczekiwać, że przeciętni ludzie, jakimi są z reguły politycy, nagle staną się nieprzeciętnymi, wielkimi przywódcami. Można jednak się od nich domagać, by uświadomili sobie powagę sytuacji i potrafili społeczeństwu zdać z tego sprawę. 
Prezydent Bush podjął decyzję o wojnie z Irakiem, można mieć wiele wątpliwości, czy była ona słuszna, ale jej podjęcie świadczyło o mądrości polityka. Każde wahanie w tamtym momencie, każda zwłoka byłyby karygodne. Innymi słowy, w demokracji oczekujemy od przywódców, by we wszystkich, a zwłaszcza w szczególnych sytuacjach wykonywali mandat, jaki im powierzono. Oni przecież zostali przez nas wybrani i, bez względu na ich talenty osobiste, muszą podejmować i rozwiązywać sprawy kluczowe dla społeczeństwa, jakim rządzą. Politycy nie zawsze chcą to czynić, bo nie wszystkie decyzje przyniosą im popularność, niektóre zaś są rzeczywiście trudne. Sprytny polityk unika decyzji, mądry ma odwagę je podejmować.

Tyrania większości i szantaż mniejszości 

Rozważmy inny przykład, tym razem mądrości zbiorowej. Gdy w Austrii do koalicji rządzącej weszła szowinistyczna partia Jörga Haidera, cała Unia Europejska podniosła raban, a najbardziej zaciekły był, nie bez powodu, prezydent Francji – Jacques Chirac. Wielu Austriaków uważało, że napaść na ich kraj, jego izolowanie i inne konsekwencje były przesadne. Mają rację. Nie było śladu niebezpieczeństwa, że Partia Wolności Haidera obejmie władzę, a Austria opuści grono krajów demokratycznych, respektujących prawa człowieka i umowy międzynarodowe. Jednak reakcja Europy, przez niektórych uważana za histeryczną, okazała się trafna. Powstrzymano zapędy wielu radykalnie prawicowych partii europejskich, a ugrupowanie Haidera straciło w ostatnich wyborach i jest to raczej jego koniec niż początek.
Nikt nie odważył się zainicjować podobnego trybu postępowania w Polsce, chociaż chodziłoby tu o ingerencję wewnętrzną, a nie zewnętrzną. Po ostatnich wyborach parlamentarnych wszyscy politycy wiedzieli, że mamy w Sejmie dwie partie niedemokratyczne, czyli niegwarantujące przestrzegania reguł państwa demokratycznego: Samoobronę i LPR. Jednak politycy powodowani sprytem, a nie mądrością – tu gros winy (choć nie cała) spada na SLD – nie zachowali się wobec nich tak jak UE wobec Austrii. Wiem, że Samoobrona i LPR nie zdobyły aż tylu głosów bez powodu, że zdobyły je w demokratycznych wyborach, ale o Haiderze i koalicji rządzącej do niedawna Austrią można było powiedzieć to samo. Po wyborach samorządowych problem partii radykalnych stał się w Polsce kwestią nie tylko polityczną, ale też moralną, ponieważ w wielu miejscach trzeba będzie zawierać z nimi, i już się zawiera, koalicje. A to już jest droga prosto do przepaści. 
Sprawa dobrych lub gorszych manier nie jest sprawą indywidualnego temperamentu tego lub owego polityka, który napluje na innych, wzburzając ich do tego stopnia, że uruchamiają prokuraturę. Chodzi o rzecz ważniejszą, przy której jednostkowe urazy nie mają znaczenia. To kwestia losów polskiej demokracji, która nie zdołała się jeszcze umocnić w ludzkich głowach, a już się kompromituje. Otóż dlaczego w Polsce nie powstała koalicja polityczna przeciwko radykalizmowi? Dlaczego raz SLD, raz PiS mruga to do jednej, to do drugiej partii populistycznej? Dlatego że politycy w Polsce nie odznaczają się polityczną mądrością nawet w momentach dramatycznych, ba, nie wiedzą, że czas jest niesłychanie trudny, i nie wiedzą, że powinni podjąć zasadnicze decyzje. Innymi słowy: są po prostu głupi w sytuacjach publicznych i to wszyscy, co do jednego. Bojkotu Samoobrony i LPR nikt nie odważył się zaproponować. Wszyscy posługiwali się instrumentalnym i mylnym rozumieniem demokracji tylko po to, żeby zamieszać ludziom w głowach albo też dlatego, że politycy nie wiedzą, na czym polega demokracja, czego wykluczyć nie można.
Otóż – i wbrew pozorom nie jest to inny wątek – w każdej demokracji istnieje obawa przed tyranią większości. Dlatego demokracje stosują rozmaite reguły służące obronie przed tą tyranią. Istnieje też ewentualność tyranii mniejszości, a co najmniej szantażu przez mniejszość. I na to obmyślono już, na ogół skuteczne, sposoby. To przede wszystkim bezwarunkowe stosowanie reguł państwa prawa, stała i czujna kontrola opinii publicznej (przy pomocy wnikliwych dziennikarzy), wreszcie – publiczny bojkot. Wszystko to jest niezbędne, nie po to, żeby zaszkodzić tej lub innej, może nie aż tak groźnej, partii populistycznej, ale, żeby standardy demokracji nie były naruszane. Mądrzy politycy rozumieją, że standardy demokracji nie są tylko ograniczeniem dla politycznej wolnoamerykanki, ale dają im też szansę na pokazanie własnych talentów.

Rzadkie ptaki

Co z tego wszystkiego wynika? Po pierwsze, że politycy w żadnym demokratycznym kraju nie są dziś jednocześnie mądrymi przywódcami i wybitnymi ludźmi. Te czasy, jeżeli kiedykolwiek istniały, skończyły się kilka dziesięcioleci temu. Bywają jednak, choć rzadkie to ptaki, politycy po prostu mądrzy i bywają, znacznie częściej, politycy, którzy potrafią zachowywać się mądrze w trudnych sytuacjach. Po drugie, politycy zawsze mają szansę – to oni kształtują scenę polityczną i wobec tego nic dobrego nie można powiedzieć o politykach, którzy nie potrafią być na tyle mądrzy, by tę szansę wykorzystać (to, niestety, przypadek premiera Jerzego Buzka). Po trzecie, i najważniejsze, politycy i przywódcy polityczni na co dzień są w demokracji mało potrzebni. Dopiero sytuacje niecodzienne powodują, że stają się nieodzowni. Wybierając polityków powinniśmy raczej mieć wyobrażenie o tym, co zrobią, jak znajdą się w opałach, a nie jak będą rządzić, kiedy jest w miarę spokojnie. Natomiast ten, kto decyduje się zostać politykiem w kraju demokratycznym, niech nie liczy na to, że los będzie dla niego łaskawy, uda mu się przemknąć i dorobić w normalnych czasach. Niech się lepiej zastanowi, czy potrafi kierować społeczeństwem w czasach trudnych. Jeżeli wie, że należy do tych, którzy z politycznego punktu widzenia są głupi, niech lepiej zajmie się czym innym. Do głupoty jednak nikt się nie przyzna, zwłaszcza w Polsce, gdzie każdy uważa się za najmądrzejszego. 
Demokracja zagrożona jest zawsze i tylko czasami, pozornie zresztą, bezpieczna. Jeżeli nie jest nieustannie broniona, nieuchronnie słabnie. Politycy, i nie tylko politycy, powinni stale jej bronić. Trzeba domagać się tej obrony, bo w przeciwnym razie system rządów demokratycznych traci sens.


O głupocie w polityce Marcin Król pisał na naszych łamach również w tekście „Polityka dla głupców” („TP” nr 33/2002).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl