Dwie wystawy w Lublinie


Obracając Schulzem

Piotr Kosiewski



Ryzykowny to pomysł, by pod hasłem „Bruno Schulz” pokazywać sztukę najnowszą. Ryzykowny w dwójnasób, bo twórczość drohobyckiego nauczyciela, w której doszło do zadziwiającego splątania malarskości i literackości, dostarczać może łatwo powtarzalnych klisz. 


W 60. rocznicę śmierci Schulza w Lublinie podjęto zupełnie inną próbę powiązania twórczości drohobyczanina z dzisiejszą praktyką artystyczną. Powstały dwie odrębne wystawy. Bohaterem pierwszej jest Edward Dwurnik. I od razu można powiedzieć: tu sprawa jest prosta. 
Można nawet zobaczyć zgiętą figurę mężczyzny w kapeluszu – Bruno Schulz przechadza się po swoim miasteczku. Co więcej, obraz „Drohobycz” (z cyklu „Podróże autostopem”) powstał specjalnie na lubelską wystawę. W tym widoku rodzinnego miasta pisarza zwraca uwagę charakterystyczny galicyjski ratusz, dwa kościoły, cerkiew i synagoga, tłumek muzykujących Żydów. Ale jednocześnie nie jest to odwzorowanie „rzeczywistego” Drohobycza (tak jak trudno uznać za wzorcowe Dwurnikowe widoki Warszawy, Paryża czy Nasielska). Nie o pedantyczną dokładność idzie. Malarz przywołuje miasteczko czasów Schulza, z trzema ponętnymi kobietami niczym Gracje towarzyszącymi pisarzowi. Ale tuż obok można dostrzec napis „Stalin”. 
Dwurnik przypomina równocześnie o nadchodzącym końcu małych polsko-żydowsko-ukraińskich miasteczek. To świat przed Zagładą. W obrazie „Shalom-Tykocin, Shalom-Włodawa” artysta całą niemal przestrzeń zapełnił tłumem żydowskich skrzypków, spychając architekturę w kąt obrazu. Na innym widać postacie mężczyzn w kipach lub ogromnych kapeluszach – niby wycięte i przyszpilone do tła, zaczynają się rozmywać, tracić kontury. Tytuł nie pozostawia złudzeń: „Shalom-Holocaust”. Wreszcie „Ucieczka” – dwóch mężczyzn odpływa uskrzydloną łodzią, a w tle płonące miasto z biegającymi w przerażeniu ludźmi. Nie ma już miejsca dla Schulzowskich Gracji.
Druga z wystaw – „W poszukiwaniu autentyku” – zaskakuje. Co bowiem łączy twórczość Stanisława Fijałkowskiego, Zbigniewa Makowskiego, Eugeniusza Muchy, Jerzego Nowosielskiego i Andrzeja Strumiłły? Na pewno przywiązanie do tradycyjnych technik: malarstwa, rysunku i grafiki. Pokolenie (wszyscy urodzili się między rokiem 1920 a 1930), a więc wspólnota życiowych doświadczeń, na które składają się II wojna, komunizm, socrealizm... Ale co w tym wszystkim robi Bruno Schulz?
„Wszystko, cośmy kiedykolwiek czytali, wszystkie zasłyszane historie i wszystkie te, które nam majaczą od dzieciństwa – nigdy nie zasłyszane...” – pisał w opowiadaniu „Wiosna” Schulz. Ten właśnie fragment stał się ideową osią wystawy. Tym, co łączy prezentowanych na niej artystów, jest bowiem zasiedzenie w tradycji, świadome czerpanie z rezerwuaru przeszłości. Tradycji, z której się wywodzą, i ku której zmierzają. Nowosielski czerpie z chrześcijaństwa Wschodu, Mucha – Zachodu. I obydwaj się z nim kłócą. Prezentują swoje widzenie prywatne. Struktura ikony staje się dla Nowosielskiego nie tylko punktem wyjścia do abstrakcji, ale też do przedstawienia – z nieukrywaną erotyczną fascynacją – aktu kobiecego. Mucha obchodzi się z uświęconymi wyobrażeniami równie nieortodoksyjnie. Dla niego wizerunek Chrystusa to przede wszystkim przedstawienie człowieka w jego fizyczności i bólu („Wielokrotne Ukrzyżowanie”), ale także obiekt kultu („Renowator z odnowioną figurą”). 
Na wystawie znalazły się również grafiki Stanisława Fijałkowskiego, jak zwykle u tego artysty ascetyczne, oszczędne w środkach wyrazu, dopełnione jedynie tytułem, w tym przypadku odwołującym się do tradycji żydowskiej (cykle „Studia talmudyczne”, „Talmud polski”). A także prace Andrzeja Strumiłły, nieustannie podróżującego, szukającego inspiracji w orientalnych religiach, obserwującego świat Dalekiego Wschodu i przenoszącego tamtejsze znaki i symbole religijne w europejski kontekst (rysunki odwołujące się do lamaizmu mongolskiego).
Całości dopełniają prace na papierze Zbigniewa Makowskiego, twórcy ksiąg wypełnionych misternymi ilustracjami (dwie z nich znalazły się na wystawie). Jego erudycyjne obrazy-traktaty, dzieła-labirynty przywołują frazy i obrazy z wielu tradycji (z tak często powracającym motywem głowy uśmiechającej się Antei z płótna Parmigianina). 
Jeśli artysta „sięga wstecz, uwspółcześnia – oswaja, reaktywuje i zarazem kreuje mit jakiegoś »tu i teraz« – musi liczyć się z tym, że jest jednym z wielu krążących po tej samej orbicie zagubionych poszukiwaczy Autentyku. I będzie miał następców” – przypomina Małgorzata Kitowska-Łysiak, kurator obydwu lubelskich wystaw. Jednak słowo „następca” nie musi oznaczać „naśladowcy”. A zebrana tu twórczość, tak nienowocześnie nowoczesna, chwilami sprawiająca wrażenie staroświeckiej, wciąż otwiera się na nowe odczytania. Podobnie jak sztuka Schulza.


Edward Dwurnik, „Drohobycz i świat”, kurator Małgorzata Kitowska-Łysiak, Galeria Stara BWA Lublin, listopad 2002 – styczeń 2003
„W poszukiwaniu autentyku”, kurator Małgorzata Kitowska-Łysiak, Galeria Stara BWA Lublin, listopad 2002 – styczeń 2003.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl