Komentarze

 


Andrzej Kaczmarczyk Rządowy kabaret

Andrzej Czarnecki Łukaszenka, Kuczma, Putin – i my

Krzysztof Burnetko Trybunał na żywo


Wojciech Pięciak Zemsta na Milczanowskim 






 

 




  
Rządowy kabaret

Wśród ministrów zapanował duch kabaretowej rywalizacji. Wyścig rozpoczął rok temu Krzysztof Janik obiecując zwiększenie liczby patroli na ulicach dzięki połączeniu patroli policji i żandarmerii wojskowej. Według ministra spraw wewnętrznych połączenie dwuosobowego patrolu policji z dwuosobowym patrolem żandarmerii miało dać cztery dwuosobowe patrole mieszane. Oczywiście nie dało i o całej sprawie już się nie wspomina. Następnie min. Krystyna Łybacka zdecydowała, że ogólnie cenione międzynarodowe certyfikaty nie będą już podstawą do zwolnienia z egzaminu z języka obcego na maturze. Najciekawszy jest cel tego rozporządzenia: kolejne sprawdzanie umiejętności tych, którzy posiadają certyfikaty, ma wyrównać szanse edukacyjne tych, którzy takich certyfikatów nie posiadają. Na koniec min. Mariusz Łapiński, w ramach zmniejszania cen leków postanowił sprzedawać seniorom po złotówce m.in. i te leki, które do tej pory kosztowały 57 groszy. Teraz do wielkiej trójki dołączył minister kultury Waldemar Dąbrowski, który wymyślił wyprawki literackie dla niemowląt. Każdy bobas otrzyma pięć książeczek, by rodzice czytając mu wyrabiali u niego potrzebę kontaktu z wynalazkiem Gutenberga. 
Wszystkie te groteskowe deklaracje nie byłyby szczególnie szkodliwe, gdyby nie kryły się za nimi próby ukrycia autentycznych, nierozwiązanych problemów w poszczególnych resortach. W dniu, w którym Dąbrowski opowiadał o bajeczkach dla dzieci, jego zastępca poinformował, że rząd odrzucił projekt ustawy o działalności kulturalnej. Projekt był opracowywany od czterech lat, popierany przez środowisko kulturalne, a także poprzedniego ministra kultury Andrzeja Celińskiego. Gwarantował m.in. stabilność finansowania instytucji kultury, możliwość tworzenia wieloletnich budżetów, kontrakty menadżerskie i odpisy podatkowe na kulturę. Żeby było zabawniej, wiceminister Rafał Skąpski obiecał, że ponowne prace nad reformą finansów kultury rozpoczną się z początkiem roku, a punktem wyjścia będzie... ten sam projekt sprzed czterech lat. 
Jak tak dalej pójdzie, to dotychczasowy, anachroniczny system finansowania kultury będzie najlepiej funkcjonującym muzeum w Polsce. Docelowo może nawet jedynym. 
 

Andrzej Kaczmarczyk






Łukaszenka, Kuczma, Putin – i my

Z polityką Unii Europejskiej i w ogóle Zachodu wobec Białorusi i Ukrainy jest jak z przysłowiem o „płotkach”, którym nawet drobne przewinienia nie ujdą na sucho i bezkarnych „grubych rybach”, którym wolno wszystko. Oczywiście, naruszanie praw człowieka w kraju Łukaszenki albo specyficzne pojmowanie reguł demokracji i łamanie embarga ONZ na handel bronią przez Kuczmę – to nie są sprawy błahe. Jednak traf chciał, że bezprecedensowe sankcje Unii wobec Łukaszenki i jego otoczenia (w ub. tygodniu ministrowie spraw zagranicznych UE postanowili, że ich państwa nie będą wydawać wiz prezydentowi i jego zausznikom) oraz publiczne upokarzanie Kuczmy przez kraje NATO zbiegły się z – jakże odmiennym! – przyjęciem, zgotowanym Władimirowi Putinowi. Nie przeszkodził w tym fakt, że w Rosji demokracji jest coraz mniej (zakładając, że kiedykolwiek tam była), a rosyjski prezydent ma na sumieniu tysiące ludzi: Czeczenów i Rosjan, żołnierzy i cywilów, zabitych na wojnie, która służy mu jako instrument umacniania władzy i budowania „silnego państwa”. Ale nie jest „płotką”, jak – najwyraźniej – dwaj pozostali. Co świadczyć może także o tym, że Zachód spisał Białoruś i Ukrainę na straty: zgodził się na zdominowanie obu krajów przez Rosję. Rację ma Tadeusz Olszański z Ośrodka Studiów Wschodnich: zmuszony do jednoznacznego wyboru między Zachodem a Rosją, Kuczma wybierze Rosję („Rzeczpospolita” z 22 listopada). Łukaszenka wybierać nie musi, on już wybrał.
Stosując tak oczywistą Realpolitik, Unia powinna zrozumieć, że Polska nie zamierza przyłączyć się do tego rodzaju sankcji wobec Łukaszenki. Interes Warszawy każe utrzymywać stosunki dyplomatyczne z Mińskiem. W polskim (oraz unijnym) interesie leży, by granica polsko-białoruska była równocześnie szczelna (dla nielegalnej migracji, przemytu i przestępców) oraz otwarta (dla przedsiębiorców i innych podróżnych). Co więcej, zakładnikiem – w dosłownym znaczeniu tego słowa – stosunków Warszawa-Mińsk jest mniejszość polska. A działania władz białoruskich w ostatnich latach, wymierzone właśnie w swych obywateli narodowości polskiej, polskie organizacje oraz szkoły dowiodły nie raz i nie dwa, że argument ten traktować trzeba poważnie.

Andrzej Czarnecki






Trybunał na żywo

Rozprawa Trybunału Konstytucyjnego poświęcona ustawie o abolicji podatkowej i deklaracjom majątkowym była bezprecedensowa nie tylko dlatego, że dotyczyła aktu prawnego uznanego przez wielu specjalistów, a w końcu i sam Trybunał za wyjątkowy bubel legislacyjny. Precedensowy charakter rozprawy polega też na tym, że posiedzenie Trybunału było transmitowane na żywo w internecie – co może wpłynąć tak na edukację prawną obywateli, jak na poziom sądownictwa. Oczywiście nie ma się co łudzić, że relacje takie będą mieć masową widownię (choć, przykładowo, w Stanach Zjednoczonych specjalizujące się w tego rodzaju maratonach sądowych programy telewizyjne mają sporą popularność – zwłaszcza gdy dotyczą głośnych spraw karnych). Wystarczy jednak, by pracy Trybunału przyglądała się w ten sposób branża prawnicza. Tematy spektaklu są bowiem zwykle równie ekscytujące, co trudne. Obsada jest zaś zawsze doborowa: aktorami są najlepsi z najlepszych prawników w kraju. Śledzenie ich dyskusji jest okazją do kontaktu z myśleniem prawniczym na najwyższym poziomie. Więcej: swoim przykładem mogą oni kreować standardy stylu prowadzenia sądowego sporu czy choćby pokazać innym prawnikom, że – wbrew potocznej opinii, opartej na rzeczywistości polskich sądów – można swe racje uzasadniać tyleż precyzyjnie, co jasno i zrozumiale nawet dla nieprofesjonalistów. A to obywatele przecież są najważniejsi dla wymiaru sprawiedliwości. 


Krzysztof Burnetko




Zemsta na Milczanowskim  

Proces Andrzeja Milczanowskiego, jeśli do niego faktycznie dojdzie, będzie pierwszym po 1989 roku procesem w istocie swej politycznym. Skazanie (choćby „tylko” wyrok w zawieszeniu) byłego ministra spraw wewnętrznych, który w grudniu 1995 roku z trybuny sejmowej oskarżył ówczesnego premiera Józefa Oleksego o to, że przez wiele lat był on źródłem informacji dla wywiadu sowieckiego, a potem rosyjskiego – to stare marzenie niektórych polityków Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Chodzi nie tylko o zwykłą zemstę na Milczanowskim, do czego pomocny i posłuszny okazuje się wymiar sprawiedliwości: w minionym tygodniu prokuratura przesłała do sądu akt oskarżenia przeciw Milczanowskiemu, zarzucając mu złamanie tajemnicy państwowej; minister miał ją złamać, ujawniając Sejmowi – realizując zresztą jego (Sejmu) uchwałę i wykonując polecenie ówczesnego prezydenta Wałęsy... – zarzuty wobec Oleksego. 
Chodzi o coś więcej: „sprawa Oleksego”, w przypadku którego prokurator (za rządów SLD-PSL) nie dopatrzył się podstaw do sformułowania zarzutu o współpracę z Rosjanami – a nawet ujawnił mu wspaniałomyślnie wiele szczegółów śledztwa, w tym nazwisko przewerbowanego przez UOP (i dziś już podobno nieżyjącego) agenta KGB, dotknęła mniej lub bardziej pośrednio niewielką, ale wpływową grupę polityków SLD. Tych, którzy przed 1989 r. czy później bywali w podobnych sytuacjach co Oleksy i utrzymywali, świadomie lub z „nawyku”, mniej bądź bardziej zażyłe, przyjacielskie stosunki z sowieckimi i rosyjskimi (eks)towarzyszami partyjnymi i „dyplomatami”. Dla nich pognębienie Milczanowskiego w majestacie prawa byłoby czymś w rodzaju przyznania im racji: że ich ówczesne postępowanie było pod każdym względem w porządku.
Na razie wszystko wskazuje na to, że Milczanowski będzie przed sądem osamotniony – nie tylko dlatego, że proces ma być... tajny, jak za starych dobrych czasów PRL-u – i na solidarność dawnych kolegów liczyć zbytnio nie może (bo jako szef UOP i MSW naraził się nie tylko lewicy, a dziś jest poza „układami”). Ale dyskusja, która i tak rozpocznie się zapewne od pierwszej rozprawy, może sprawić, iż w cień pójdą zarzuty formalne, a ewentualne uniewinnienie Milczanowskiego – jeśli nie przed sądem polskim, to przed instancjami międzynarodowymi, do których były minister w razie skazania pewnie się odwoła – w odbiorze społecznym potraktowane zostać może jako przyznanie mu racji w wymiarze szerszym, niż przedmiot procesu.


Wojciech Pięciak











 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl