Bitwa pod Stalingradem pozwoliła Rosjanom wymazać z kart historii jedną z ich największych porażek


Klęska w cieniu zwycięstwa

Jarosław Flis 



60 lat temu, o świcie 19 listopada 1942 roku, na froncie sowiecko-niemieckim pod Stalingradem zabrzmiała artyleryjska nawałnica, która w dramatyczny sposób odmienić miała losy II wojny światowej. Jej zgiełk na długie lata przygłuszył jednak całkowitą klęskę, jaką zakończyła się rozpoczęta tydzień później sowiecka „Operacja Mars”.  


Historię piszą zwycięzcy – zasada ta była zazwyczaj rozumiana jako narzucanie przez wygranych swojej oceny wydarzeń współczesnym i potomnym. Tymczasem walki na froncie wschodnim w 1942 r. nie zostawiają zbyt wiele miejsca na interpretację. Po zimowej klęsce, jakiej Wehrmacht doznał pod Moskwą w 1941 r., początkowo karta raz jeszcze się odwróciła: sowiecka ofensywa pod Charkowem zakończyła się katastrofą, a niemieckie kolumny pancerne znów toczyły się po stepach, aby stanąć nad Wołgą i u stóp Kaukazu.
Pod koniec lata 1942 Hitler popełnił jednak ten sam błąd, co rok wcześniej: przekonanie o własnej wyższości kazało mu zmierzać do zbyt wielu i zbyt odległych od siebie celów. Siły zostały rozwodnione i na każdym z kierunków zabrakło dosłownie ostatniego batalionu, by przełamać desperacki opór obrońców. Historia pewnie potoczyłaby się inaczej, gdyby na fali zmian nazw miast w ZSRR to np. Twer został przemianowany na Stalingrad, a Carycyn (późniejszy Stalingrad) został np. Kalininem. Gdy jednak znaczenie geograficzne zyskało – dzięki nazwie – wartość symboliczną, to właśnie miasto nad Wołgą stało się obsesją obu tyranów. 
Niemcy skoncentrowali swe siły do bezsensownych szturmów na rozpaczliwie bronione ruiny. Do obrony skrzydeł zostawili Rumunów: słabo uzbrojonych i dalekich od determinacji. Strategiczny absurd, połączony z szeregiem taktycznych pomyłek wepchnął najsilniejszą armię niemiecką w kleszcze okrążenia. Zarówno planowanie, jak i wykonanie przełomowego natarcia Armii Czerwonej zasługuje na miano podręcznikowego. Koncentracja sił, śmiałość, zaskoczenie – nie zabrakło żadnego z elementów niezbędnych do jednoznacznego zwycięstwa. Co do tego nikt nie ma wątpliwości. 
Cóż zatem nowego można było odkryć w odtajnionych dziś archiwach? A jednak – rzecz trudna do uwierzenia – sowiecka cenzura wycięła z historii II wojny światowej olbrzymią i krwawą bitwę, która miała się stać bliźniaczką stalingradzkiego zwycięstwa.

Zimowy gwiazdozbiór

Po samobójczej ofensywie na Moskwę i nieudolnym sowieckim kontruderzeniu Niemcom został w spadku „występ rżewski”: wybrzuszenie frontu wycelowane wprost w Kreml. Broniącej występu niemieckiej 9. Armii nie udało się Rosjanom zniszczyć ani zimą, ani w zmasowanych, frontalnych atakach w sierpniu 1942. Obiema operacjami dowodził Georgij Żukow, jako zastępca naczelnego wodza i koordynator wysiłków poszczególnych frontów obsadzających kierunek zachodni. Ta frustracja sprawiła zapewne, że stał się on zwolennikiem przeprowadzenia kolejnej kontrofensywy właśnie tu: wzdłuż najkrótszej drogi, która kiedyś mogła poprowadzić na Berlin. Drugą opcją, której zwolennikiem był szef sztabu generalnego Aleksander Wasilewski, było kontruderzenie pod Stalingradem. 
Stalin zręcznie wygrywał rywalizację swych najzdolniejszych dowódców, gdy we wspólnych naradach wypracowywano plany wojenne. W końcu, gdy niemieckie letnie natarcie najwyraźniej wygasło, a rosnąca produkcja pozwoliła zgromadzić potężne odwody pancerne, postanowiono przeprowadzić dwie równoległe operacje: „Uran” pod Stalingradem i „Mars” pod Rżewem. W przypadku powodzenia każda z nich miała zostać rozwinięta w dwie dalsze operacje: celem operacji o kryptonimie „Saturn” miał być Rostów, co pozwoliłoby złapać w potrzask niemiecką Grupę Armii „A” na Przedkaukaziu, a celem operacji „Jupiter” – Smoleńsk i zniszczenie Grupy Armii „Środek”. 
Do obu kontrofensyw wyznaczono niemal identyczne siły, w tym po sześć korpusów pancernych i zmechanizowanych. Pod Rżewem dowodzić miał Żukow, pod Stalingradem Wasilewski. Dodatkową premią dla tego, kto odniesie większy sukces, miało być wykorzystanie potężnej 2. Armii Gwardii, która oczekiwała w rezerwie pod Tambowem – w połowie drogi między polami obu planowanych bitew.

Przygotowania i zaskoczenia

Najpierw, w połowie października, wystartować miał „Mars”. Jednak wczesne jesienne słoty opóźniły koncentrację sił. Operację przesunięto do czasu, gdy pierwsze mrozy umożliwią ruch zmotoryzowanych kolumn po gruntowych drogach. Ostateczny termin wyznaczono na 25 listopada, w niecały tydzień po tym, gdy ruszyć miał atak Wasilewskiego. 
Niemiecką 9. Armię miał spotkać taki sam los, jak ten, który stał się później udziałem 6. Armii w Stalingradzie: armie Frontu Kalinińskiego i Frontu Zachodniego uderzyć miały z dwóch stron występu, ucinając jego górną część. Korpusy pancerne i zmechanizowane miały wykorzystać przełamanie dokonane przez piechotę i szybkim natarciem zamknąć obrońców w kotle. Żukow był tak pewny sukcesu, że w ostatniej chwili przesunął jeden ze swych najsilniejszych korpusów do uderzenia na Wielkie Łuki, co zabezpieczyć miało skrzydło dalszych ataków na Smoleńsk. 
Niemiecki wywiad rozpoznał przygotowania do obu kontrofensyw. Jednak analitycy byli przekonani, że Armię Czerwoną stać tylko na jedno duże uderzenie. O tym, że miało ono nastąpić pod Rżewem, przekonywał fakt, że dowodzenie objął tam osobiście Żukow. Źródłem informacji była też liczba dezerterów. Gdy rozpoczęły się przygotowania do ofensywy i poprawiło się zaopatrzenie, ich liczba zmalała. Gdy termin natarcia się zbliżył – znów wzrosła. 
Tymczasem pod Stalingradem dowódca 6. Armii Friedrich von Paulus skoncentrowany był na walkach w mieście. Zabezpieczające skrzydła armie rumuńskie mogły liczyć na wsparcie tylko jednej niekompletnej dywizji pancernej. Nikt nie spodziewał się po Armii Czerwonej śmiałej i precyzyjnej operacji. Jej dotychczasowe przeciwnatarcia nieodmiennie grzeszyły mało klarownymi celami i nieadekwatnością środków. A już to, że Rosjanie mogą działać według schematów Blitzkriegu – przełamać front i zacisnąć pancerne kleszcze okrążenia – nie mieściło się w głowie. Sygnały koncentracji sił przed rumuńskimi liniami zlekceważono.






„Front wschodni” 
(karykatura sowiecka)





Pod Rżewem rzecz wyglądała zgoła odmiennie. Dowodzący 9. Armią Walter Model już poprzedniej zimy dał się poznać jako mistrz aktywnej obrony. Za każdym z jego korpusów czekała w odwodzie dywizja pancerna. Swoje odwody miała też sama armia i dowództwo grupy armii. Siła przygotowanej pod Rżewem obrony była dla Źukowa przykrą niespodzianką. Pod Stalingradem Wasilewskiego zaskoczyło tylko to, jak ogromną armię udało mu się okrążyć i jak mało sił skierowano, aby ją uratować. 
Front Kaliniński uderzał na występ rżewski od zachodu, dwiema armiami po obu stronach umocnionego miasta Biełyj. W obu miejscach udało się przełamać niemieckie linie i w oba wyłomy, zgodnie z planem, ruszyły korpusy zmechanizowane. Jednak niemieckie jednostki nie pozwoliły poszerzyć wyrw we froncie. Obrona Biełego została wzmocniona oddziałami elitarnej dywizji Grossdeutschland. Jeszcze gorzej poszło Frontowi Zachodniemu, ruszającemu do ataku od wschodu. Natarcie 31. Armii zostało zatrzymane. W lesistym terenie trudno było rozpoznać pozycje obrońców i sowieckie przygotowanie artyleryjskie okazało się nieskuteczne. Wprawdzie 20. Armii udało się zdobyć przyczółek za rzeką Wazuza, ale o połowę mniejszy niż planowano. Mimo to dowodzący frontem późniejszy marszałek Koniew rzucił w wyłom 6. Korpus Pancerny i 2. Korpus Kawalerii Gwardii: wąskim korytarzem, ponosząc ogromne straty zaczęły się one wciskać w głąb niemieckiej obrony. Jednak gdy przeciw nim ruszyły niemieckie odwody, większość jednostek wysforowanych korpusów sama znalazła się w okrążeniu.

Reakcje i frustracje

Choć nie wszystko szło zgodnie z planem, ciągle jeszcze perspektywy operacji „Mars” wyglądały zachęcająco. Ponaglani przez Żukowa dowódcy rzucali w wyłomy kolejne jednostki. Gdy jednak kierunki uderzeń stały się jasne dla Modela, on także pchnął na zagrożone odcinki swe strategiczne odwody. Mimo kolejnych ataków, 20. Armii nie udało się połączyć ze swą odciętą szpicą i Niemcy zniszczyli ją. Tylko część jednostek kawalerii, bez ciężkiej broni, ruszyła naprzód w lasy. Po wielodniowej epopei ich resztkom udało się przemknąć na drugą stronę występu, bez żadnego skutku poza odrobiną zamieszania na niemieckich tyłach.
Wobec braku nadziei na sukces porównywalny z tym odniesionym przez Wasilewskiego pod Stalingradem, rezerwowa 2. Armia Gwardii została wysłana na południe. Przybyła tam w ostatniej chwili, gdy niemieckim siłom zmierzającym na odsiecz Paulusowi został do celu tylko krok. Jej wejście do bitwy rozwiało nadzieję na odblokowanie stalingradzkiego kotła i zmusiło Niemców do ewakuowania sił z Kaukazu. 
Tymczasem na zachodnim skrzydle rżewskiego wybrzuszenia, wokół najgroźniejszego wyłomu zaczęły gromadzić się niemieckie dywizje pancerne. Ich niespodziewane uderzenie od południa doszło aż pod Biełyj i odcięło od zaplecza 1. Korpus Zmechanizowany wraz z towarzyszącymi mu oddziałami 6. Ochotniczego Syberyjskiego Korpusu Gwardii. Tu także okrążający stał się nagle okrążanym. 
Sfrustrowany Żukow nie chciał jednak pogodzić się z porażką. Ratunek okrążonym miał przyjść z przeciwnej strony występu. Wojska 20. Armii raz jeszcze rzucone zostały do pospiesznego szturmu. Niedobitki 6. Korpusu Pancernego zostały wzmocnione setką nowych czołgów, prowadzonych przez kierowców po… pięciogodzinnym kursie. Część wozów była w kolorze metalic – pancerze lśniły z daleka, gdyż nie pokryto ich kamuflażem. Uzupełnienia dla piechoty składały się z „zielonych” rekrutów, w dużej części należących do mniejszości narodowych. Ponosili oni olbrzymie straty, gdyż w obliczu ostrzału zbijali się w grupki dla dodania sobie otuchy. Atak znów rozbił się o okopaną obronę; na froncie szerokości 4 km w ciągu 48 godzin stracono 300 czołgów. 
Wobec braku nadziei na odsiecz ze wschodu, sowieckie jednostki okrążone pod Biełym otrzymały rozkaz przebicia się w stronę linii wyjściowych. Resztki 1. Korpusu Zmechanizowanego zniszczyły sprzęt ciężki i pod osłoną nocy ruszyły do desperackiego natarcia. Do własnych linii dotarło tylko 4 tys. żołnierzy z 15 tys., z którymi 3 tygodnie wcześniej korpus zaczynał kampanię. Bilans całej operacji był zatrważający: straty sowieckie wyniosły 260 tys. żołnierzy i 1600 czołgów.
Stalinowi nie pozostało nic innego, jak wstrzymać kolejne ataki i porzucić myśli o operacji „Jupiter”. Przeznaczona do jej wykonania 3. Armia Pancerna została wysłana na południe, by rozwijając sukcesy Wasilewskiego zadać miażdżący cios węgierskiej 2. Armii nad Donem. Również na południu rozstrzygnąć miał się los występu rżewskiego: po kapitulacji Niemców w Stalingradzie nie było już sensu go utrzymywać i 9. Armia została wycofana na nową, krótszą linię obrony, a uzyskane dzięki temu siły pozwoliły ustabilizować front na południu.

Relacje i wnioski

Stalingradzkie zwycięstwo pozwoliło nie tyle zatrzeć wrażenie totalnej klęski pod Rżewem, ale wytrzeć ją w ogóle z kart historii. Oficjalna, 12-tomowa sowiecka historia wojny nawet nie zająknęła się na jej temat. Sama nazwa pojawiła się tylko na załączonej mapie. Tekst mówi enigmatycznie o działaniach podjętych przez wojska obu frontów celem związania niemieckich odwodów, by nie wysłano ich pod Stalingrad... A Żukow został włączony do grona udziałowców stalingardzkiej chwały. I tak jak i inni główni bohaterowie, przemilcza temat w swych pamiętnikach. Nieliczne ślady można znaleźć we wspomnieniach dowódców niższych szczebli. To właśnie szeregowi uczestnicy walk stali się głównymi poszkodowanymi: nie mają swych pomników, jak obrońcy Stalingradu.
Niemieckie relacje o ciężkich walkach pod Rżewem nie przebiły się do zbiorowej świadomości. Trudno się temu dziwić. Potok niemieckich powojennych wspomnień i opracowań skażony jest takim podziwem dla własnej militarnej sprawności, że aż dziw bierze, jakim cudem Armia Czerwona znalazła się w Berlinie, skoro Wehrmacht odnosił same sukcesy... Autor zwycięstwa, Model, popełnił samobójstwo wiosną 1945 po tym, jak wydał swym okrążonym w Nadrenii wojskom rozkaz rozejścia się do domów. 
Jednak choć bolesne doświadczenia zostały wyparte z oficjalnej pamięci, walki pod Rżewem są kluczem do zrozumienia sowieckiej strategii w 1943 r. Nauczyły one sowieckie dowództwo ostrożności i w letniej kampanii 1943 postanowiło ono zastosować taką samą strategię, jaką upokorzył je Model; przygotowana obrona, zabezpieczona odwodami, miała wykrwawić nacierających. Gdy ich impet osłabnie, do kontruderzenia miały ruszyć czołgi. Niemców raz jeszcze zgubiło przekonanie, że nikt nie ma takich umiejętności, by powtórzyć ich własne rozwiązania. I choć wszystko wskazywało, że w słynnym natarciu na tzw. Łuk Kurski muszą się liczyć z przygotowaną obroną, nie odwołali tej ofensywy ostatniej szansy. Uderzyli głową w mur, licząc na triumf woli. Ale ich nadzieje prysły już bezpowrotnie. 
W ocenie operacji „Mars” nie sposób uciec od faktu, że jej niepowodzenie przyczyniło się jednak do sukcesu pod Stalingradem. Jedna–dwie dodatkowe dywizje pancerne starczyłyby Niemcom do uratowania 6. Armii. Tyle tylko, że gdyby chodziło jedynie o ich związanie pod Rżewem, dałoby się to uzyskać mniejszym kosztem. O wynikach obu starć i życiu setek tysięcy żołnierzy zadecydowała sztuka wojenna: indywidualne decyzje, a nie konieczność dziejowa. Nad Wołgą Armia Czerwona modelowo wykorzystała wszystkie błędy Niemców, wyzyskując wszystkie pojawiające się szanse. Niemcy nie potrafili sobie wyobrazić swojej klęski – i w rezultacie spotkała ich klęska niewyobrażalna.


Korzystałem z książki Davida M. Glantza „Zhukov’s Greatest Defeat: The Red Army’s Epic Disaster in Operation Mars, 1942”, wyd. University Press of Kansas 1999.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl